czwartek, 23 lipca 2015

OSTATNIO NUDY

Znowu nie ma o czym pisać... Nudy. Nic, tylko leje albo świeci słońce. Ponieważ nie mamy telewizora,więc nudne życie prowadzimy. Z nudów jeżdżę z Ignacym codziennie na rowerze, z nudów kupiliśmy sobie mini stereo z bluetoothem, żeby słuchać nudnej muzyki, którą przywiozłem z Polski. Nawet pożyczyłem taki didżejski kontroler do plików mp3, żeby się trochę pobawić i zabić nudę. 

Czekam na instrumenty. Dawno nie miałem takiej ochoty pograć na gitarze, ostatni raz jako nastolatek. Podobno niewielu ludzi tutaj muzykuje; w Polsce połowa populacji zna podstawowe akordy CadG, druga połowa zestaw piosenek do CadG. 
Tutaj w najlepszym wypadku Beatelsów, może coś jeszcze, Stonesów dajmy na to. Nie ma kultury wspólnego śpiewania, na przykład przy ognisku, po kilku browarach czy kilku wódeczkach. 

"Wódeczka"... Co za słowo, jaki eufemizm, jakie oswojenie znaczenia i kontekstu, przede wszystkim kontekstu, w brzmieniu niemal mateczka, ba, córeczka!
Ach, te polskie zdrobnienia... 
Pani Halinko, chlebek poproszę, masełko, kiełbaskę na grillika i te cztery piwka. Aha, i ćwiarteczkę Pani dorzuci.
Tak więc jeśli już grasz, musisz założyć, że po czasie ktoś się będzie chciał dołączyć. W tym temacie nie ma tu wybrzydzania: jeśli grasz, dziel się tym, bo wszyscy tego oczekują. Inaczej niż w Polsce: przeglądy, przesłuchania, grymaszenie, próby, ten pasuje, tamta nie pasuje. Tutaj pasuje każdy, bez względu na preferencje muzyczne. 


W ramach walki z nudą zaprosiliśmy na sobotni wieczór Dave'a i Dianne (nasi przyjaciele, ci od farmy w górach), która akurat ma w ten dzień urodziny. Zanim jednak się pojawią, trzeba zrobić zakupy, wcześniej oddać Tony'emu pilarkę. To jeden z szefów Lili, mieszka na obrzeżach Hamilton - ten, który ma kury i kilka owiec. 

Tony oczywiście zaprasza nas na kawę, a my oczywiście nie odmawiamy. Takim przystojniakom się nie odmawia. W domu przystojna żona, dwójka prawie odchowanych przystojnych dzieci oraz pies, który wygląda jak kot.  
                                                  
 Dom jest duży, choć z zewnątrz nie wygląda na takowy. Przykuwa uwagę ogromny living room, mniej więcej pięć, sześć razy większy od naszego na Swojcu we Wrocławiu. Tony chwali się, że sam wykonał remont, a drewno pochodzi z odzysku, na przykład blat kuchenny to fragment dawnego ogrodzenia. Oczywiście zaraz się zgadujemy, bo ja również podczas remontu wykorzystałem drewno z odzysku. Podobnie jak my, Tony ma piecyk kominkowy i częściowo odsłonięte cegły na ścianie wokół pieca. Podobnie jak ja, Tony własnoręcznie wykonał meble kuchenne. 
Za domem jest spory kawał ziemi, jakiś hektar, po którym szwendają się domowe zwierzęta. Obok domu garaż, właściwie narzędziownia, w której jest wszystko, co potrzebuje "złota rączka". Obok garażu wiata, a pod nią pięć motorów crossowych dla wszystkich członków rodziny. Na pożegnanie dostajemy jajka i siatę owoców cytrusowych z ogrodu,  w tym ugly fruit, w smaku pomiędzy cytryną i pomarańczą. Pierwszy raz słyszę i widzę.


Ugly fruit
Po południu zjawiają się oczekiwani goście. Przyjeżdżają busem, zwanym tutaj vanem, na którego pace jest wielki materac. Tam nasi goście będą spać.
Dostajemy kilka prezentów, z których najcenniejszy to ręcznie wykonana przez Dave'a kuchenna deska do krojenia. Jest długa i wąska, odpowiada mi bardzo. Inne prezenty to zioła,  rabarbar i drewno do kominka. 
Jubilatka także dostaje od nas upominek: ciepłe kapcie. Można wreszcie napić się piwka. 
Po jakimś czasie zjawiają się pozostali goście - członkowie ich rodzin. Prezentów dla jubilatki nie mają. Jest wspólna kolacja, rozmowy, słowem: miło. Godny uwagi fakt jest taki, że nasi goście to "lokalsi" - ludzie stąd, Kiwis z krwi i kości. Podoba nam się ich otwartość, życzliwość, chęć pomocy.

W niedzielę jesteśmy umówieni na kinder party. Zaprasza Angina, Lili koleżanka z pracy, której syn ma drugie urodziny. Impreza ma się odbyć w ogrodzie zoologicznym w specjalnym miejscu do tego przeznaczonym; w programie pokaz zwierząt i inne atrakcje dla dzieci. 
Angina jest Hinduską z Fidżi, reprezentantką dużej grupy emigrantów, którzy zamieszkują wyspy od kilku pokoleń. 
Niestety Lila dostaje wiadomość od Anginy, że jej syn złapał anginę i impreza jest przeniesiona do jej rodzinnego domu. Szkoda, jednak nie rezygnujemy: Bardzo chcemy poznać Hindusów z Fidżi. 

Dom nowoczesny, choć do bólu typowy: parterowy, z zewnątrz cegła, wewnątrz wykładzina, typowe meble, w living roomie wielki telewizor, w jadalni drugi wielki telewizor. 
Poczęstunek: kanapki z Subwaya (z papryczkami chilli, dla dzieci, co za pomysł!), słodycze i... więcej słodyczy. No i tort urodzinowy za 300 dolków (gospodyni się pochwaliła).

Dołączamy się do gospodarzy i innych gości (prawie wszyscy to Hindusi z Fidżi). Ponieważ nikt nic nie mówi, z braku alternatywy wpatrujemy się w telewizor. Trudno zresztą go zignorować, gdy zajmuje prawie połowę ściany. Akurat leci Ninja Go na Cartoon Network, więc jest super. W końcu nie daję już rady i podejmuję rozmowę, oczywiście o dzieciach, zwykle się sprawdza. Coś się niby klei, a do rozmowy chętnie się przyłącza pewna Filipinka, która wyemigrowała do NZ w 2008 roku. Widać, że też ją męczy drętwa atmosfera. 

Wieść niesie, że mąż Anginy interesuje się muzyką etniczną, podobno ma jakieś ciekawe instrumenty; miałem wielką ochotę go podpytać, może współpracę zaproponować, jednak facet przez cały nasz pobyt nie wypowiada ani jednego słowa, nawet na powitanie i pożegnanie. Podobno nieśmiały, więc nie chcę gościa stresować i rezygnuję. 

Czas do domu. Można było spodziewać się czegoś więcej po Hindusach z Fidżi, niż tylko kanapek z Subwaya z papryczkami chilli. Skądinąd bardzo smaczne, cztery zjadłem.

















poniedziałek, 13 lipca 2015

POWRÓT CHŁODÓW

W zasadzie chłodne są tylko noce. Temperatura spada poniżej zera, sądząc po zaszronionej trawie przed domem. Mimo wszystko chyba tak nie marznę, jak trzy tygodnie temu zaraz po przyjeździe, kiedy to wejście pod prysznic oznaczało serię poważnych wyrzeczeń, a nawet autoanalizę psychologiczną z obszaru kognitywistyki symbolicznej. 

Może się po prostu przyzwyczaiłem? Owszem, w naszej sypialni z kominkiem jest ciepło, zgadza się, chłopcy mają grzejnik olejowy, ale w pozostałych pomieszczeniach wieczorem i w nocy temperatura spada poniżej 10 stopni. A tu w nocy trzeba wstać do toaletki lub sprawdzić, czy chłopcy przykryci. Inna sprawa, że w ciągu dnia świeci słońce, które nagrzewa dach, a system HRV rozprowadza po domu zgromadzone tam ciepłe powietrze. Nie zmienia to faktu, że rano para z ust bucha i trzeba otworzyć drzwi, żeby cieplejsze, już nagrzane porannym słońcem powietrze, jak najszybciej spenetrowało pomieszczenia. 

Taka jest różnica między zimnem w Polsce i NZ. Jeśli nadejdzie wyż atmosferyczny, świeci intensywne słońce, a temperatura w ciągu dnia oscyluje wokół 15 stopni. Za to po zachodzie szybko się ochładza, nagrzane powietrze ulatuje w kosmos i robi się zimno. Trzeba wówczas się dogrzewać. Niestety nie znają tu centralnego ogrzewania, więc nawet jeśli w nocy na zewnątrz jest 10, to w domu... również jest 10. 

Albo coś takiego: W Europie słońce wschodzi na wschodzie,  po czym wędruje na południe i zachodzi na zachodzie. 
A tutaj? 
Ze wschodu słońce wędruje na... północ. Chcesz mieć jasny, słoneczny pokój od południowej strony? Powinien być od północy. Chcesz strzelić popołudniową drzemkę? Musi być popółnocna. Liczysz na ciepłe powietrze z południa w tym tygodniu? Zapomnij - południowe wiatry oznaczają ziąb. Ludy północy to nie sztywni Skandynawowie, tylko rozgrzani słońcem "północnianie". Nie mamy nawet odpowiedniego słowa na określenie ludów z ciepłej północy, co zrozumiałe. 
Mamy co prawda "ludy północy", ale jak to chłodno brzmi! Brrrrr... Kto tam mieszka??! Drętwi Norwegowie - potomkowie okrutnych morderców...
Mamy za to południowców: przystojnych, smagłych Włochów podrywających w rytmie italo disco, tańczących Zorbę Greków dojących swoje leniwe kozy, wyluzowanych Chorwatów, oliwkowych Hiszpanów, skąpanych w winie Portugalczyków, a więc tych, którym podświadomie zazdrościmy, bo sami jesteśmy "północnianami" północnej półkuli. 

Albo, jak podpowiedział mi znajomy, marka The North Face lub słowacka North Finder. O co im chodzi? Z polarem w tropiki?? Groteska...

Tutaj wszystko na głowie stoi; siłą rzeczy i grawitacji.
 
WEEKEND CZWARTY

Piątek - mamy gości

Wieczorem odwiedza nas Nick wraz ze swoją dziewczyną Cristine. 

On jest Lili kolegą z pracy; lubią jeździć razem w teren, bo zanim rozpoczną pomiary, zawsze rzucają frisbee na rozgrzewkę.
Prywatnie słucha metalu, zna polskiego Behemotha i Vadera. Jednak nie jest to typ "pióraka", wygląda jak typowy luzak z NZ: spodnie rurki, klapki, flanela, tygodniowy zarost i czarna czapeczka. 
Nick okazuje się być niezwykle sympatycznym ponadtrzydziestolatkiem: to typ zrelaksowany, zdystansowany i tolerancyjny. Z każdym kolejnym wypitym cydrem nić porozumienia między nami wydaje się być coraz silniejsza. Szczerze go polubiłem.

Ona jest nosicielką większości genów, jakie dotarły na tę wyspę: Maoryska-Filipinka-Mongołka po matce, Irlandka po ojcu. To jak się wydaje wyjaśnia niespotykaną urodę, jaką obdarzyła ją Natura.  Jest młodsza od Nicka, z aspiracjami na nauczycielkę fitness i doradczynię odżywiania. Jak twierdzi, była kiedyś krnąbrną nastolatką z poważną nadwagą i słabością do piwa. Ale to już przeszłość. Tak twierdzi, a my jej wierzymy. 

Jest bardzo sympatycznie: swobodna rozmowa płynie swoimi torami, czas również. 
Za kulinarną część artystyczną odpowiada Lila: serwuje marynowane tofu z orzechami nerkowca w chińskiej kapuście bok choy, smażone we własnym sosie słodko-pikantnym, podane z kiełkami fasolki mung i dzikim ryżem on-site. Na deser daktyle w mleku kokosowym na gorąco, przyprawione kardamonem i cynamonem. Proste jedzenie prostych ludzi. 
Goście i gospodarze są zachwyceni, wszystko znika z talerzy. Spontaniczny deser uwieńcza część kulinarną, wzbudzając niemal ekstatyczny zachwyt uczestników.

Ja odpowiadam za muzyczną część artystyczną: wertuję w pamięci co ciekawsze tematy muzyczne i, jak zwykle w takich sytuacjach, pamięć zawodzi. Prawie się poddaję. W ostatniej chwili pojawia się niezawodne rozwiązanie. Odpalam You Tube'a i na reakcję nie muszę długo czekać. 

Ona wpatruje się z zachwytem w ekran, zapominając na jakiś czas o świecie. Co kilka minut wraca do rzeczywistości i pozwala sobie na komentarz, bo zdaje się, że nie wypada inaczej. Obserwuję ją ukradkiem i widzę, jak zgrabne ciało subtelnie porusza się w rytm muzyki, z podrygującą nogą na czele. Czuję, niemalże słyszę, jak pulsuje ciemna krew jej dzikich przodków - pogromców azjatyckich przestrzeni, pradawnych pionierów tropikalnej dżungli, czy nieustraszonych potomków Wikingów. Niemalże widzę ekstatyczny taniec plemienny wokół ogromnego ognia w rytmie prastarych, obrzędowych pieśni i bębnów.

On prosi o podanie linka, co czynię niniejszym:

https://www.youtube.com/watch?v=pT4IufMeyY

Kończy się wieczór. Żegnamy gości i obiecujemy sobie powtórkę z rozrywki. Z zastrzeżeniem jednak, że bez pośpiechu i zobowiązań. Sytuacja jest rozwojowa, jak mawia Wiciu.

Sobota - Hamilton Gardens

Nadszedł czas poznać największą atrakcję naszego miasteczka - Ogrody.

To nie byle działka z warzywami, byle ogrodzina obsrywana przez miejskie kundle, czy obszczywana przez pijanych studentów. 
To największa atrakcja Hamilton, duma miasta znana nie tylko na półkuli południowej. To zdobywca prestiżowego tytułu najlepszego ogrodu na świecie w 2014 roku. 
Rocznie odwiedza go ponad milion turystów, co nie dziwi, zważywszy nie tylko na jego atrakcyjność, ale także i na fakt, że wstęp jest wolny. 

Dawne wysypisko śmieci zajmuje powierzchnię ok 55 ha. Położony tuż przy Rzece doskonale wkomponowuje się w Jej krajobraz, a fragment stromego brzegu wraz z typową roślinnością jest jedną z jego atrakcji.

Teren Ogrodów otoczony jest wielką, trawiastą przestrzenią, ta z kolei parkiem. Tuż przy wejściu/wyjściu znajduje się sklep z pamiątkami oraz kawiarnia, w której bez wyrzutów sumienia delektować się można sojowym latte w stylu warszawskiej dekadencji, podziwiając jednocześnie gładką taflę niewielkiego jeziorka, nad którego brzegiem kawiarnia się rozłożyła.  

Ogród jest niezwykle różnorodny. Prezentowana w nim wielość stylów jest powodem dumy chyba każdego potomka emigrantów z Europy i Azji, oswojonego z faktem, że lokalne wytwory kultury nigdy nie będą konkurencją dla Starego Świata. Cóż więc zatem, jeśli nie przyroda... 
Mimo wszystko pierwszy, pobieżny rzut oka na ogród w stylu renesansu włoskiego, czy angielskich Tudorów niebezpiecznie kojarzy się z amerykańskimi, żałosnymi namiastkami Wenecji w Los Angeles, czy egipskimi piramidami w Las Vegas. Szybko jednak koryguję margines akceptacji Nowego Świata i jużci doceniam wysiłek i intencje twórców. 

Cały ogród składa się z pięciu głównych kolekcji: Paradise, Productive, Fantasy, Cultivar oraz Landscape. Te z kolei skupiają od czterech do sześciu ogrodów o tematyce odpowiadającej danej kolekcji. Centralnym punktem każdej z nich jest dziedziniec, od którego odchodzą wejścia do poszczególnych ogrodów.



Paradise Collection jest najbardziej reprezentacyjny i tu właśnie trafia pierwszy rzut zwiedzających. Dziedziniec jest klasycystyczny, z fontanną, od którego odchodzi sześć symetrycznie rozmieszczonych, łukowatych wejść do sześciu ogrodów: Modernist Garden, Chinese Scholars Garden, English Flower Garden, Japanese Garden of Contemplation, Indian Char Bagh Garden oraz Italian Renaissance Garden. 

Productive Collection, według mnie najciekawsza, składa się z następujących ogrodów:
Herb Garden, Kitchen Garden, Te Parapra Maori Garden (prezentująca kulturę Maoryską podoba mi się najbardziej) oraz Sustainable Backyard Garden. 

Fantasy Garden Collection: Chinoiserie Garden, Tropical Garden, Tudor Garden, Surrealist Garden, Picturesque Garden, Mansfield Garden, Concept Garden.

Cultivar Garden Collection: Hammond Camellia Garden, New Zealand Cultivar Garden, Rhododendron Lawn, Rogers Rose Garden, Victorian Flower Garden. 

Landscape Garden Collection: Bussaco Woodland, Echo Bank Bush, Hamilton East Cemetery, Valley Walk.
 
Ufff, mam dosyć. Jeśli ktoś czuje niedosyt, odsyłam do Singapore Botanic Gardens albo do Trauttmansdorff Castle Gardens we Włoszech, może tam znajdzie ukojenie. 
Ja ukojenia raczej nie zaznałem: darmowy wstęp oraz piękna, słoneczna sobota ściągnęły tłumy wielbicieli selfie-fotek oraz wrzaskliwych, rozpieszczonych bachorów z nadwagą lub bez. Jeszcze w tym tygodniu spróbuję pojechać tam z chłopcami na wycieczkę rowerową. Mam również na uwadze fakt, że jest zima, więc czeka nas kolejna wizyta gdzieś na przełomie października i listopada. W tygodniu oczywiście.  

Niedziela - zakładamy buty górskie


Nadszedł czas na symboliczną przemianę terra nova w terra cognita. Uważam, że nie ma lepszej na to metody, niż wejście w bezpośredni kontakt z glebą, błotem, zbutwiałymi liśćmi, ubabranie się, upaćkanie, podrapanie; niż upuszczenie kilku kropel potu, a może i krwi, a może i moczu, czemu nie, na tęże glebę, żeby wchłonęła odrobinę tych soków ludzkich, tego smrodku, posmakowała, zasmakowała i ostatecznie zaakceptowała. 

Tak więc pożyczamy nosidełko dla Ignaśka, przeglądamy mapę, wybieramy najwyższe i najbardziej wymagające góry, jakie oferuje okolica, po czym szykujemy suchy prowiant, ciepłą herbatę w termosie, upychamy tym plecak, także ciepłymi ciuchami i wyruszamy. Autem oczywiście. 
Masyw górski nazywa się Pirognia i jest, jakże by inaczej, wygasłym wulkanem. Pokrywa go największy obszar pierwotnego lasu w regionie Waikato (którego stolicą jest Hamilton). Odległy od Hamilton o ok. 25 km zajmuje powierzchnię 13,5 tys hektarów, tyle co średniej wielkości park narodowy w Polsce. Najwyższy szczyt ma 959 m npm, więc to nie przelewki. 
Wynajduję dogodne miejsce dojazdowe: jest nim parking, na mapie wyglądający na dość spory. Zakładam, że znajdę tam visitor centre, o ile nie sklep z pamiątkami, z których dochód idzie na utrzymanie parku. Na miejscu okazuje się, że daleko mi jeszcze do zrozumienia faktu, że w NZ to odległa kraina. Owszem, jest wygodny parking oraz wiata z tablicami informacyjnymi, jest czysta toaleta, ale sklep... Oprócz nas kilka samochodów świadczy, że są jednak jacyś ludzie na szlaku. Zresztą spotykamy kilku po drodze. 

Wybieramy trasę, która po dwóch godzinach ma nas doprowadzić na punkt widokowy znajdujący się na szczycie Ruapane o wysokości 723 m npm. To sporo, jeśli się pamięta, że ze względu na bliskość oceanu wysokości względna i bezwzględna są niemalże te same. 
Szlak nie jest trudny, ale łagodnie wspina się pod górę. Pamiętamy jednak, że wyruszyliśmy dopiero o pierwszej po południu, a ciemno robi już o szóstej. Poza tym trzeba wtargać na plecach Ignacego. 

Duże wrażenie robi na mnie las. Jest dokładnie taki, jaki sobie wyobrażałem: gęsty, ciemny, wilgotny, niedostępny, groźny; dominują oczywiście drzewiaste paprocie. Są niesamowite. Szczególne wrażenie robią ich rozłożyste korony, przypominające figlarne parasole o wzorze fraktali, przez które z trudem przebija się słońce. Dwa razy napotykamy miejsca, gdzie umarło potężne stare drzewo. Tam nagle pojawia się światło: robi się przytulnie, ciepło.
Są też inne gatunki drzew, których nie znam. W NZ ponad 70% flory to gatunki endemiczne i trochę potrwa, zanim się rozeznam. 
Niezwykłe są też epifity, czyli większe i mniejsze porośla rosnące na pniach i konarach drzew. Wszystko tworzy niezwykły, bajeczny klimat.

Ścieżka konsekwentnie wspina się granią pod górę. Po jakimś czasie przeczuwamy finał wędrówki: jest więcej światła, więcej karłowatej roślinności, ścieżka staje się bardziej stroma. Nadzieja wypełnia serca, wkrótce zrobimy popas. I jak to w górach: rozczarowanie. To zmyłka, wywyższenie w grani,  do szczytu jeszcze ponad pół godziny i nic tego nie zmieni. Wreszcie dochodzimy do kulminacji: skrzyżowania szlaków. Już mam ściągać Ignacego z pleców, gdy dostrzegam tabliczkę: szczyt 15 min. Nie ma lekko, napieram dalej. Końcówka okazuje się być całkiem stroma, pojawiają się śliskie skały. Ze względu na Ignacego boję się upadku, więc jestem bardzo ostrożny, tym bardziej że wyrwałem do przodu i nie mam wsparcia. 
Wreszcie na czworakach wdrapuję się na wierzchołek i 
zamieram z wrażenia. Co za widok... Sporo widoków zaliczyłem w swoim życiu, ale ten... I te góry... W czasie wspinaczki nic nie było widać przez gęste zarośla, a tu okazuje się, że mam za plecami potężny masyw górski z gwałtownymi urwiskami, gdzieniegdzie skalnymi, porozcinanymi ostrymi żlebami przechodzącymi w głębokie wąwozy. Odczuwam przez chwilę lęk wysokości, który przeradza się w głęboki respekt dla tych groźnych gór. 

Dołączają pozostali: Lila z dzielnym jak zawsze Adasiem oraz Mateusz. Rozkładamy się na ławeczce, dobieramy się w pierwszej kolejności do gruszek i jabłek, potem jest sałatka i ciepła herbata. Od drugiej strony pojawia się turysta: Andriej, sympatyczny Rosjanin, który po krótkiej rozmowie idzie dalej.
 Podziwiamy wspaniałą 
panoramę: widać nie tylko całą nieckę-równinę wokół Hamilton, ale także ocean od którego odbijają się promienie słoneczne i wszystkie masywy górskie w promieniu wielu, wielu kilometrów. Nie mamy zbyt dużo czasu, jest już późno. Za półtorej godziny zrobi się ciemno, więc wyruszamy w drogę powrotną. Szkoda, że tę samą. Do parkingu dochodzimy, gdy jest już niemal całkiem ciemno, ale zjeżdżając autem w dolinę, podziwiamy jeszcze kolorową łunę zaszłego słońca, a nad nim Jowisza i Wenus w pionowej linii. Przepięknie. 

Cały masyw przypomina trochę Masyw Ślęży w pobliżu Wrocławia, skądinąd również pradawny wulkan: porośnięty lasem, z każdej strony otoczony jest ziemią uprawną. Dotarliśmy do niego od strony południowo-wschodniej, choć szlaki turystyczne mają swój początek w wielu innych punktach, z każdej niemalże strony. Mile zaskakuje nie tylko ich wielość, ale i różnorodność: są łatwe, rodzinne lud dostępne dla niepełnosprawnych. Są trudniejsze i bardzo trudne. Jednak mnie najbardziej intrygują te najdłuższe: dwu- i trzydniowe, wymagające noclegu w namiocie lub w bezobsługowym schronisku. To świetny prognostyk na przyszłość, kiedy noce będą nieco cieplejsze, bo podobno w zeszłym tygodniu popadał tam nawet śnieg. Na wędrówkę wybiorę się z Adasiem, bo to doskonały piechur i wspaniały towarzysz.




















wtorek, 7 lipca 2015

           Na wieść o uzyskaniu wizy nie bardzo wiedziałem, jak zareagować, więc na wszelki wypadek poryczałem się. Tak profilaktycznie/terapeutycznie. Potem, kiedy połączyłem się z Lilą na Skypie, wybuchnąłem śmiechem; takim intensywnym, pełnym i szczerym, szczerością nie ustępującym płaczowi. 
          Wraz z otrzymaniem wizy rozwiały się resztki złudzeń co do nieuchronności naszego losu. Oto będę musiał ostatecznie porzucić poukładany tryb życia, jaki prowadziłem przez ostatnie pół roku. Zrzucić skorupę obojętności wobec przyszłości, wyjść poza bezpieczną przestrzeń własnych czterech kątów, zburzyć istniejący od siedmiu lat, nawet bez żony, domowy mir. 
          Wówczas po raz kolejny uaktywniłem szczególną zdolność mobilizacji i umiejętność działania w chwilach tego wymagających. Doceniam w sobie tę cechę; już wiele razy pozwalała mi wyjść cało z różnych opresji, czy też ukierunkowywała na właściwe tory, oszczędzając tym samym energii i czasu. 
           Ponieważ od września konsumowałem oszczędności, już wcześniej wystawiłem na sprzedaż wszystkie przedmioty, które uznałem za zbędne, a z których dochód pomógł mi przetrwać finansowo: część instrumentów, stary router, sziszę, rowery i wyposażenie rowerów, głośniki, fotelik samochodowy. Tym razem poszły meble: półki, narożnik i dwie komody. Na dzień przed wyjazdem sprzedałem samochód.
          Był początek maja. Przyszedł czas na kupienie biletów. Ta sprawa również poszła gładko; termin wylotu wyznaczyłem na połowę czerwca, dając sobie tym samym miesiąc na ostateczne zamknięcie starego rozdziału. Gdybym tylko przypuszczał, ile pracy przede mną...



TRZECI WEEKEND 

Nie mogę pojąć, dlaczego ostatnio przedłużyłem sobie pobyt w NZ o tydzień... 

Już wiem. Otóż od dnia przyjazdu, który miał miejsce w piątek,  zdarzyły się trzy weekendy. Trzy weekendy brzmi prawie jak trzy tygodnie, nieprawdaż? 

Trzeci weekend właśnie się skończył. 

O piątku lepiej jak najszybciej zapomnieć.

W sobotę jedziemy w góry, na wschód od Hamilton, w stronę Raglan. Siedem kilometrów przed wybrzeżem trzeba skręcić w lewo, jechać dwanaście kilometrów, potem  dwa kilometry szutrem i jesteśmy. Po drodze piękne krajobrazy przypominają Szkocję, może Gorce, momentami Suwalszczyznę: silnie pofałdowane, trawiaste pastwiska, zielone wzgórza porozcinane żlebami i dolinkami, gdzieniegdzie resztki lasu, które albo cudem przetrwały masową wycinkę drzew pod pastwiska, albo czekają na lepsze ceny tarcicy. 

Tam znajduje się druga weekendowa farma należąca do rodziny naszych przyjaciół: Dianne i Dave'a. Pierwsza położona jest na zachód od Hamilton, byliśmy tam zaraz po przyjeździe. 
W zasadzie nie jest to typowa farma, raczej kawałek ziemi z prymitywnymi, drewnianymi domkami/altankami, służącymi za sypialnie, kuchnią, zadaszonym miejscem na ognisko i grilla, łąką (na której rodzina zorganizowała w marcu imprezę taneczną dla setki osób) oraz pastwiskami, na których pasie się 80-90 owiec. Dokładnie nie wiadomo ile, bo swobodnie się rozmnażają. Wygląda na to, że posiadanie owiec to tutaj narodowe hobby, bo nawet jeden z szefów Lili ma kilka sztuk. Kury też.

Oprócz Dianne jest Dave, właściciel nieruchomości oraz włochatej ruchomości, były mąż Dianne. Jest też jej obecny partner, także Dave, obaj w znakomitej komitywie, popijają piwko i słuchają w rozklekotanym radiu relacji z ważnego finału rugby. Za antenę robi drut, a jakość odbioru przywołuje z pamięci Radio Luxemburg lub Wolną Europę. Nie ma też zasięgu. 
Zjeżdżają także członkowie ich rodzin - potomkowie Dave'ów z obecnych lub poprzednich związków oraz członkowie ich rodzin -  w sumie kilkanaście osób wraz z dziećmi. Wszyscy żyją w zgodzie.

Po zapadnięciu zmroku jeden z synów któregoś Dave'a wybiera się na polowanie na pałanki (lub possumy - małe, wielkości kuny, brązowe torbacze przywleczone z Australii i uważane za szkodniki). Ze strzelbą na naboje małokalibrowe, na którą nie trzeba mieć zezwolenia, oraz bandą podekscytowanych dzieciaków (włącznie z Adasiem) znika w lesie. Pół godziny później wraca z poruszonymi dziećmi i martwym zwierzęciem. Dowiaduję się, że w cenie są futra, ale biznes opłaca się, gdy liczone są w kilogramach. 

Nie mam ochoty robić zdjęć ludziom: atmosfera jest rodzinna i swobodna, czułbym się niezręcznie z moim aparacikiem. Zresztą szybko zapada zmrok i lepiej skupić się na testowaniu lokalnego piwka, rozmowie i mieszaniu zawartości wielkiej patelni. 


Choć jesteśmy przygotowani na nocleg, decydujemy się na powrót. Nie ma to jak obudzić się we własnym łóżku...



LUMBERMAN

W niedzielę również się tu pracuje. To dla wielu ludzi jedyny pełny wolny dzień, więc i okazja do "podgonienia" zaległych prac domowych. 
Choć odczuwam pewien, powiedzmy... kulturowy dyskomfort, biorę się za robotę; konkretną robotę, jaką jest zwiezienie i pocięcie drewna na opał. 

Podczas geodezyjnego podziału większej działki na mniejsze często zleca się ścinkę drzew. Siłą rzeczy geodeci są pierwszymi, którzy mają możliwość skorzystania z darmowego opału. Drudzy w kolejce to budowlańcy, którzy podobno mają bzika na punkcie gromadzenia drewna. Ja też mam bzika i żonę geodetkę, która nadgorliwym budowlańcom pokazuje figę z makiem, a stosownie gorliwego męża wysyła do roboty. 

Cała akcja wymaga planowania logistycznego, gdyż - oprócz przywiezionych w plecaku kluczy nasadowych - nie posiadam żadnych narzędzi, a już tym bardziej piły spalinowej. Trzeba jechać do Tony'ego (jeden z Lili szefów) po przyczepkę, pilarkę i siekierę, następnie pociąć i załadować drewno, rozładować za domem, zrobić kolejny kurs, znów rozładować i na koniec odwieźć przyczepkę. W całej akcji pomaga mi Mateusz, przyjaciel domu i Lili kolega po fachu.  

Następnego dnia, tj. w poniedziałek, zlecam Adasiowi opiekę nad Ignacym i zabieram się za cięcie, potem rąbanie. Z duszą na ramieniu, rykiem pilarki informuję dzielnicę o swojej obecności. Niech mnie znają, zbieracza opału z Polski. Liczę tylko, że żaden nadgorliwy sąsiad nie powiadomi tak zwanych służb o hałasie na 24 Hinau St. W Australii z pewnością musiałbym się już tłumaczyć. 

Kończę po zmroku, układając drewno w zgrabny stosik pod okapem dachu. Połowa pracy wykonana; czas na zasłużoną kolację i inne drobne przyjemności.






         

         






















piątek, 3 lipca 2015

NO WŁAŚNIE, O CZYM...


Za oknem
No i o czym tu pisać, kiedy za oknem raz pada, raz świeci, a potem już tylko świeci... lub tylko pada...

O codziennym gotowaniu obiadów, które lubię, widząc, że wszystkim smakuje? Sprzątaniu? Zakupach w lokalnej biedronce, gdzie wczoraj stłukłem ukraińskie piwko za 2,69 przy samoobsługowej kasie? Miła młoda pani z obsługi pozwoliła mi wziąć nowe bez dopłaty... Od razu pomogłem zbierać szkło. Pietruszki też wypadły na rozlane piwo, więc są już la sauce.

Piwko niezłe. 

Więc chodzę codziennie po Adasia z Igim w wózku (cwaniak, wie, co dobre) dwa kilometry i z powrotem i przyznaję, że lubię te spacery. Gdyby jeszcze nerka tak nie bolała... 
Schodzę do parku, przecinając ruchliwą ulicę bez pasów dla pieszych. Tam mijam jeziorko w kształcie boomerangu (lub raczej wyjącego dinozaura). Tam też zawsze szczerze podziwiam fakt istnienia czegoś takiego, jak profesjonalny tor wyścigowy dla bmx-ów, taki z rampą startową, pagórami, hopkami, profilowanymi zakrętami, szatnią, oświetlony po zmroku.
Następnie podziwiam tempo budowy parku dla młodych rolkarzy z placem zabaw po środku. Ignacy pozdrawia kaczki, gdy ja pcham wózek po wygodnej platformie tuż przy szuwarach; dalej, wychodząc z niecki jeziorka ostro pod górę, mijam ładne, stare jak na NZ, drewniane parterowe domy. 

Po lewej wyłania się małe, prywatne przedszkole, a po prawej spora podstawówka, do której powinniśmy zapisać Adasia, bo to nasz region. Szkoła specjalizuje się w nauczaniu dzieci maoryskich i skupiona jest na krzewieniu maoryskiej kultury. Adaś Maorysem raczej nie będzie, więc zapisaliśmy go do nieco bardziej oddalonej, ale za to specjalizującej się w pracy z dziećmi nie mówiącymi po angielsku - czyli emigrantów. 

Przecinam kolejną, jeszcze bardziej ruchliwą dwupasmówkę bez świateł dla pieszych (na szczęście jest wysepka po środku), czujnie wypatrując przerwy w zielonej fali aut, z których na szczęście żadne nie przekroczy 60 km/godz; potem już tylko w lewo i 400 metrów dalej szkoła. 

Dziś odbieramy rowerowy fotelik dla Ignacego, więc za dwa tygodnie, po feriach zimowych, będziemy jeździć rowerami.


SZKOŁA
 
 To z pewnością temat godny chwili uwagi i to pod wieloma względami. Jako już były nauczyciel mam doskonałą okazję do obserwacji i porównań. 

Przybyszowi z końca świata, jakim jest Polska, od razu rzuca się w oczy budynek. To parterowa konstrukcja drewniana, która nie stwarza wrażenia solidnej, zresztą jak większość starych budynków w Hamilton. 
O ile współczesne budowle są znacznie solidniejsze, o tyle drewno świadczy o dość nietrwałym podejściu do życia dawnych rezydentów Hamilton i innych miejsc. A może drewno było łatwiej dostępnym, tańszym materiałem budowlanym? 

Obiekt szkolny to tak naprawdę wiele połączonych ze sobą budynków skupionych wokół centralnego dziedzińca, z których każdy służy innej grupie wiekowej, lub też administracji/bibliotece. W najbardziej strategicznym punkcie znajduje się pokój nauczycielski, z wielkimi oknami wychodzącymi na boisko i plac zabaw.  Ten również podzielony jest na sekcje, w zależności od wieku dzieci. Starszaki nie mają wstępu na instalacji dla młodszych.


 i odwrotnie, o czym przekonał się Adaś - poinformowany, właściwie upomniany przez niezbyt sympatyczną panią dyżurującą. 



Tuż obok placu znajduje się odkryty basen kąpielowy, zamknięty w okresie zimowym. 
Za szkołą otwiera się wielka trawiasta przestrzeń wielkości dużego boiska piłkarskiego.
Z prawej strony szkoły, tuż przy głównym wejściu, jest też pierwsze z dwóch asfaltowych boisk do gier drużynowych. Drugie z tyłu.
Szkoła nie posiada krytej sali sportowej. Myślę, że to skutek sprzyjającego klimatu, raczej niż ograniczonego budżetu ministerstwa edukacji NZ.
Klasa Adasia bardziej przypomina pracownię, niż klasę w polskim tego słowa rozumieniu. Ławki są rzadko używane, dzieci większość czasu siedzą/leżą na dywanie (w trzeciej klasie!). Nie ma centralnego punktu, jakim jest biurko (pani ma stolik w kąciku) i regularnych rzędów dziecięcych ławek. Klasa jest też hojnie wyposażona w elektronikę: komputery,  laptopy, wielki telewizor i pewnie coś tam jeszcze. 
Pomieszczenie klasowe jest jasne, pod sufitem znajduje się świetlik, trochę taki, jak w dawnych, poniemieckich i pogierkowskich fabrykach.

Zwraca uwagę fakt, że nie istnieje tu system lekcji w naszym rozumieniu, w tym przerw regulowanych głośnym dzwonkiem (przynajmniej w podstawówce, nie wiem, jak w innych szkołach). 

Dzień szkolny zaczyna się o 9:00 (klasy otwarte już od 8:30) a kończy o 15:00. Oznacza to, że brać nauczycielska spędza w pracy około 35 godz/tyg. Nie miałbym nic przeciwko, zważywszy na tutejsze zarobki (ok. 800 do 1000 NZD tygodniowo w zależności od stażu; 
1 NZD = +/- 2,70 PLN).

O 9:00 powitanie, potem ustalenie planu dnia i zajęcia: czytanie na dywanie, pisanie w ławkach itp. Adaś dostaje na komputerze specjalne ćwiczenia do nauki języka lub czyta książkę, gdy inne dzieci piszą. 
Od 10:30 jest pierwsza półgodzinna przerwa. Dzieci jedzą śniadanie, mogą też iść na plac zabaw. 
Dalej kolejne zajęcia i o 12:30 lunch time, który trwa aż do 13:45. 


 W tym czasie dzieciarnia szaleje głównie na placu zabaw i boisku (starsi). Parę razy odbierałem Adasia właśnie w porze lunchu, dając przy okazji Ignacemu okazję do wybiegania się. Harmider nie do opisania: piski, krzyki, dzikie wrzaski, bieganie, skakanie, ganianie się, nawet mini-zapasy, kopanie piłek pod oknami pokoju nauczycielskiego, słowem: pełna wolność .
Pełna, ale pod czujnym okiem dwóch nauczycieli w żółtej kamizelce, którzy prawie w ogóle nie reagują, bo nikomu nic się nie dzieje. Niemal połowa dzieciaków biega na boso (im młodsze, tym więcej) bez względu na temperaturę. Czasem robiło mi się na prawdę zimno na widok gołych, dziecięcych stópek. Przypominam, że jest tzw. zima i bywa na prawdę zimno, gdy zajdzie słońce. 

Po lunchu jeszcze 1 godzina i kwadrans i potem już do domu: Pod szkołę zajeżdżają auta i robi się tłoczno. 


Przed i po zajęciach trwa akcja "bezpieczne przejście przez ulicę": dyżurni uczniowie pod czujnym okiem nauczycielki (wszyscy w odblaskowych kamizelkach), zaopatrzeni w specjalne szlabany, wstrzymują ruch na otaczających ulicach, by inne dzieci mogły bezpiecznie przejść na drugą stronę. To działanie rutynowe w przypadku każdej szkoły, co zaobserwowałem już wcześniej w innych miejscach. Są nawet specjalne, podświetlone znaki drogowe ograniczające prędkość do 40 km/godz.  

Rok szkolny podzielony jest na cztery części, pomiędzy którymi dzieci mają dwie przerwy dwutygodniowe oraz pięciotygodniowe wakacje letnie. 


 Trudno mi powiedzieć, jaki jest poziom nauczania w porównaniu z Polską. Podobno edukacja w NZ stoi na bardzo wysokim poziomie, zaś według badań jest to najbardziej "pro-dziecięcy" kraj na świecie. 
Wiemy na pewno, że Adasia szkoła ma bardzo dobre notowania, choć są w okolicy lepsze. 

Dla ciekawskich link do szkoły, można zalajkować :)

http://www.allteams.co.nz/vardon-school/







O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2