sobota, 8 maja 2021

ROZDZIAŁ DRUGI

Mniejsza o rozdział pierwszy, chodzi o to, by w miarę łagodnie powrócić do pisania, by użycie zgrabnego nagłówka zwolniło z obowiązku tłumaczenia się z dwuletniej przerwy. Z drugiej strony każdy tak zwany artysta może mieć kaprys zawieszenia twórczości na kołku miałkiej codzienności. Szczególnie ci z nich, którzy nie czerpią z tworzenia korzyści finansowych. 
Zawsze jednak do czasu, bo albo tracisz źródło dochodu, albo niezwykłe narzędzie ekspresji, jakim jest słowo pisane czy obraz, nie wspominając najważniejszego elementu gry pisarskiej, czyli Czytelników - Anonimowych Powierzycieli Tajemnic.   

CZAS

W marcu tego roku skończyłem pięćdziesiąt lat. Nie przykładam to tego większej uwagi, ponieważ nie postrzegam czasu linearnie. Uważam, że dana jest nam szansa na wypełnienie życia decyzjami, które z kolei stanowią początek zdarzeń. Im ich więcej, tym bogatsze jest nasze życie. 
Takie podejście daje poczucie zadowolenia z życia i spełnienia oraz braku potrzeby grzebania w przeszłości, która i tak obiektywnie nie istnieje. 

Uwalnia również od strachu przed upływem czasu, w zasadzie strachu przed śmiercią, który narasta w miarę zbliżania się do niej. 

GRAWITACJA

Mimo wszystko, z tej okazji, wpompowałem sobie solidną dawkę endorfin, zaliczając ekstremalną wyprawę do jednej z najgłębszych jaskiń w Nowej Zelandii oraz skok ze spadochronu.  

Eksploracja jaskini wymagała 100 metrów zjazdu w kompletnej ciemności, z czego 80 wisząc w pustce. Następnie spłynięcia głęboką podziemną rzeką, leżąc na plecach i obserwując z tej pozycji nierealne formacje skalne. 

Skok ze spadochronem z wysokości 18,500 stóp zapewnia 60 sekund swobodnego upadku z prędkością ponad 200 kilometrów na godzinę. Jakiekolwiek wcześniejsze wyobrażenie tego doświadczenia nie ma nic wspólnego z tym, co w realu dostarcza dziewiczy skok z samolotu z wysokości sześciu kilometrów. Ciśnienie powietrza zgniata ciało, hałas ogłusza, a zmysły szaleją, kompletnie nie ogarniając tego, co się wokół dzieje. 

Oba zdarzenia wzbogaciły mnie o przeżycie stanu balansowania na krawędzi życia, świadomości, że za chwilę mogę umrzeć (choć szanse na to są stukrotnie niższe, niż wskutek wypadku samochodowego). Przepinając się z jednej liny na drugą, wisząc 80 metrów nad ziemią, poczułem, że w razie błędu mogę zginąć w ciągu pięciu sekund. W przypadku skoku w tandemie nie masz na nic wpływu, bo to instruktor pociąga za sznurki. 
Po raz pierwszy w życiu  odczuwałem całkowitą obojętność wobec śmierci. 












PYŁ

W living roomie naszego domu stoi tak zwana koza, czyli piec na drewno stanowiący podstawowe źródło ciepła w okresie nowozelandzkiego sezonu grzewczego. Piec co jakiś czas wymaga  oczyszczenia. Dziś jest sobota, a jak wiadomo soboty najlepiej się do tego nadają. Wie o tym każdy piec. Należy więc opróżnić go z popiołu, umyć szybkę oraz odkurzyć go i wokół niego.

Rozpalenie w wysprzątanym piecu w sobotnie popołudnie to zawsze forma odnowienia rytuału ognia, a już szczególnie, gdy na zewnątrz cieszy oczy dopiero co ułożony, kolejny stos drewna gotowego do spalenia. Zawsze zostają wtedy zrębki, kora, patyki, czyli bezcenne drobiazgi, które nie mogą się zmarnować. 

W wyczyszczonym piecu ogień jest raźniejszy i jaśniejszy, dzięki przestrzeni i umytej szybce. Wrzuca się wtedy więcej drewna, niż wymaga tego temperatura, robi się zbyt ciepło, trzeba więc uchylić okno. A to dlatego takie marnotrastwo, by nasycić się obfitością, odczuć satysfakcję, które z kolei są nagrodą za ciężką pracę polegającą na pocięciu, załadunku, rozładunku, porąbaniu i ułożeniu drewna w zgrabne stosiki. Mam, to nie oszczędzam. Zapracowałem na to, więc stać mnie na chwilową rozrzutność. Coś jak iść na piwo zaraz po otrzymaniu koperty z wypłatą w minionych czasach realnych pieniędzy.

Odkąd zostaliśmy z Lilą parą, ogień zawsze nam towarzyszył. Nie ma opcji, aby w tym czy kolejnym domu go nie było.  
Odczuwam  wdzięczność do Drzew, które nawet po śmierci dają nam coś tak cennego, jak ciepło domowe. Ostatnie poświęcenie tych wspaniałych, dostojnych istot dla człowieka, który i tak ma to w dupie, bo jest chodzącym ignorantem i uważa, że jest istotą bardziej rozwiniętą, bo ma dwie nogi i ręce.  


Wkładam rękę do wnętrza pieca i zanurzam dłoń w popiół. Próbuję przebić się przez stwardniałą skorupę głębiej i głębiej do dna i wymacać uchwyt klapki od kanału odprowadzającego popiół do popielnika pod piecem. Lubię grzebać ręką w spopielonym drewnie, jest oczyszczające. Dziś jednak doznaję przejmującego uczucia przemijania, przez głowę przelatują mi nieznane wcześniej odczucia. 


Dziś skremują ciało mojej Matki. 







O NIEJ

Ona to typowa przedstawicielka swojej epoki. Urodzona tuż po wojnie, przejęła cały bagaż wojennej traumy po matce Niemce dolnośląskiej i ojcu Góralu żywieckim, który w czterdziestym piątym, po odbyciu pańszczyzny na robotach przymusowych, służył w wopie w niejakiej Lubawce lub Liebau jak zapewne wolałaby babcia. Wpadli więc na siebie, bo dziadek doskonale znał niemiecki i się zakochali. Moja Mama to produkt miłości między przedstawicielami skrajnie wrogich narodów, między złą Niemką i dobrym Polakiem, oprawcą i ofiarą. 

I poniosło ich przez życie niełatwe, choć źle im nie było, bo dziadek leśniczym był przez resztę z własnej woli zakończonego życia, a jak wiadomo, za komuny na wsi rządził klecha i leśnik. Tyle tylko, że na robotach przymusowych oprócz niemieckiego nauczył się pić i tak mu już zostało. Kochałem dziadka intensywną, odczuwalną do dziś miłością dziecka do dziadka, jednak oprócz służbowego munduru, telefonu na korbkę, zapachu szarego mydła, kwitnącej lipy przy leśniczówce i syreny 102 zapamiętałem stosy butelek po tanim winie za drewutnią. 

Picie dziadka nie mogło się odbić na Mamie (i na mnie), co zrozumiałem po latach, gdy odszyfrowalem skrót DDA. Ale jak przystało na typową przedstawicielkę epoki, wychowanej na dodatek w szlifie niemiecko-góralskim, nigdy nie narzekała, tylko zakasywała rękawy i zapieprzała na chleb powszedni. Nigdy nam niczego nie brakowało. Sklep warzywno-owocowy, potem kwiaciarnia/zabawki/artykuły wędkarskie/papier toaletowy, potem ciuchy, potem przyszedł rok dziewięćdziesiąty i gdy handel nie wytrzymał konkurencji, do Niemca za sześćset marek miesięcznie śladem ojca pojechała garować w bawarskim pensjonacie. Żeby na spłatę długów było. Bo dla dumnej córy Karol und Margarete Caputa geborene Weiss aus Nieder Schlesienland dług to powód do wstydu. Jej proste w swoim przesłaniu zdanie: "Ja tam się po chałupach prosić nie będę" stało się również i moim. 

Pod koniec zawodowego życia miała jeszcze swoje pięć minut. Zostając kierowniczką jednego z pierwszych dyskontów w Polsce, była autorką ogromnego jego sukcesu, co w małym miasteczku miało niebagatelne znaczenie i wywołało prawdziwe trzęsienie ziemi wśród lokalnych badylarzy, a także na skalę międzynarodową polsko-czeską przygraniczną. Nawet wybiciem szyb grozili z zazdrości. 
Oto bowiem, po latach harówy, matka piątki dzieci (dwoje bliźniaków zmarło parę dni po urodzeniu, piąte to jej mąż), po latach poniżania przez komunę i postkomunę, ponownie i ostatecznie mogła przejść przez lubawski rynek z wysoko podniesioną głową, dumnie odpowiadając na "Dzień dobry pani Krysiu", "Dzień dobry pani kierowniczko". Mogła także jedyny raz w swoim życiu wsiąść do auta prosto z salonu, nowiutkiego fiata Uno pojemność 0,9 litra. 

Potem, po latach udoskonalania ogrodnictwa na tak zwanej działce, przyszedł czas na spełnienie ostatecznego proroctwa Cyganki z młodości. Odbyła mianowicie podróż życia, właściwie dwie podróże (czyżby Cyganka się pomyliła?), bo pierwszą ze starszym synem na południe Europy, drugą zaś... No właśnie, drugą zaś do nas, do Nowej Zelandii. 

Zamieszkali więc z nami rodzice przez trzy miesiące w pokoju z własną toaletą i balkonem z widokiem na sąsiadów, których poprzez obserwację poznawali całymi godzinami, kompensując w ten sposób nieznajomość języka.

Rok później zabrała się z tego świata.


 




UJMUJĄC, DODAJĄC

My zaś nie możemy uczestniczyć w ceremoniach pogrzebowych przez jakiś cholerny wirus, który wyklucza lot do jednego z najbardziej dotkniętych pandemią miejsc na świecie. Jedyne, co nam pozostaje to technologia, dzięki której możemy być świadkami fizycznej i psychicznej degradacji człowieka, a później uczestniczyć w ceromoni pogrzebowej. Dobrze, że jest ta technologia. Że nie musimy być zaskakiwani telegramem o treści: "Mama nie żyje stop". Nagła informacja o śmierci jest równa informacji o nagłej śmierci. 
Albo że dowiadujemy się o śmierci najbliższej osoby cztery miersięce po fakcie. Jakoś tyle bowiem trwała podróż statkiem z Europy do Nowej Zelandii. 

Teraz mamy streaming, ostatnio konieczność w świecie zakazu przemieszczania i masowych śmierci. Uczestniczę w pogrzebie Mamy w trybie on-line. 

Pandemia usprawiedliwia mnie w oczach znajomych i członków rodziny przed nieobecnością na pogrzebie. Wcześniej było nie do pomyślenia, by najbliższa rodzina w komplecie nie uczestniczyła w Ostatniej Drodze, nawet gdyby miała przylecieć z Wysp Wielkanocnych.  

Im dłużej na emigracji, tym bliżej do pogrzebów najbliższych w kraju. Nikt tego nie uniknie. 

Z jednej strony nie trzeba brać bezpośrednio udziału w smutnym procesie umierania, jeździć do szpitala lub do hospicjum, poruszać krępujących tematów śmierci i silić się na równie krępujące pożegnania (bo życie ze śmiercią nas nie oswaja). 

Z drugiej zaś strony wpadasz z tego powodu w depresję, bo nie możesz towarzyszyć matce - żywicielce, dawczyni życia, z którą stanowiło się kiedyś jeden organizm, w jej ostatnich chwilach. 
A jak już skończą się ceremonie i pożegnania, nasila się tęsknota za krajem, rodziną i przyjaciółmi. 

Jedynie wszechobecne na zdjęciach maseczki skutecznie sprowadzają na ziemię. 





 































 


niedziela, 26 maja 2019


POMIŃMY

Pomińmy kończące się właśnie, nasze trzecie (Lilki czwarte) nowozelandzkie lato. Wiosna nie zapowiedziała go należycie, bo sama nadeszła i odeszła niezauważona, zignorowana, pomimo sygnałów o swojej obecności w postaci wystrzału dodatkowej zieleni i ujadania ptaków.  
Znienacka się wiosna i lato pojawiły i odeszły, z głupia frant, ni stąd, ni z owąd, płasko, bez specjalnej zapowiedzi. Bez szumu. 
Może z wyjątkiem szumu liści i deszczu, na początku lata oraz chłodnych wiatrów u jego schyłku.

Może z wyjątkiem much, opętanie krążących wokół kuchni, niesionych instynktem prokreacji, znaczących swoją obecność kropami brązowych muszych kup. 

Może z wyjątkiem cykad, które najpierw pojedynczo, nieśmiało, potem grupowo, coraz odważniej, naznaczały swoją stałą obecność w przestrzeni dźwiękowej. Te jednak też pomińmy, bo cykady zapadły w cykadowy, zimowy niebyt.

DNO

Tak więc rozmyły się w tym roku wiosna i lato. Rozmyły się w w wielomiesięcznym rozproszeniu uwagi, w klimacie zepsutych miałkością problemów międzyludzkich, skrajnie negatywnej energii, a pożerającej całą radość z życia w tym pięknym miejscu świata, podminowującej sens całego naszego wysiłku rozpoczęcia nowego życia na emigracji. Energii nie tylko burzącej delikatne więzi międzyludzkie, które tak trudno przecież zbudować na emigracji, ale przede wszystkim podkopującej fundamenty naszych rodzinnych relacji, a nawet stanowiących dlań poważne zagrożenie. 

Cena za przetrwanie była i jest niestety bardzo wysoka.  Musisz w tym wszystkim zachować własną godność, a także szacunek dla drugiego człowieka: poczuć współczucie i współodpowiedzialność za całą sytuację. Zrozumieć. Nie oceniać. Z tym akurat jakoś sobie radzę, choć nie zawsze.


WAKACJE TEŻ POMIŃMY

Tym razem nie chcę się rozpisywać o wakacyjnych przygodach. Nie chce mi się, to raz. Poza tym tegoroczne podróże wakacyjne, poza tym że były dość podobne w stylu do poprzednich, były czasem wyjątkowym, osobistym, prywatnym, czasem spędzonym z rodziną, czasem oczyszczenia z całego tego szamba, w jakim byłem (i ciągle jestem) zanurzony. 

NOWY ROZDZIAŁ

DOM

W całym tym badziewiu ostatnich miesięcy kupienie domu nabiera szczególnego znaczenia. Uczucie szczęścia, jakie doświadczam (Lila i chłopcy oczywiście również) uderza mnie z dwukrotną mocą, ponieważ gwałtownie wyciąga mnie za uszy ze stanu psychicznej degrengolady i wynosi na poziomy kosmicznych uniesień. Nieważne, że tylko na chwilę, bo badziewie nie daje za wygraną, ale i tak moc uderzeniowa zmiany otumania mnie na jakiś tydzień czy dwa, czemu chętnie się poddaję, bo szczęścia nigdy za wiele, a podobnej radości doświadcza się w życiu jedynie kilka razy. Wcześniej czułem się tak na własnym ślubie i gdy rodziły się dzieci. 

Nie zastanawiamy się długo, nie grymasimy, nie przebieramy w ofertach. Wpadł nam w oko i tyle. Pełna zgoda małżeńska, jak zawsze w tych sprawach. Realizujemy wspólną wizję. 

Dom drewniany, prawie czterdziestoletni, ulokował się na stoku wzgórza z widoczkiem, z wielkim ogrodem z tyłu i równie dużym z przodu. Przestronny, bardzo ciekawie, nietuzinkowo rozłożony: zbudowany na planie litery L. 

W skład krótszej pałeczki (front domu) wchodzą otwarta kuchnia, living room, dining room oraz master bedroom
Pałeczka dłuższa, niejako osobne skrzydło domu, składa się z łazienki, pralni oraz części przeznaczonej dla dzieci: dwóch sypialni oraz pokoju zabaw. 

Długi balkon z przodu, taras z tyłu, dużo okien oraz rozsuwanych drzwi (pięcioro!). Spadzisty, wysoki drewniany sufit, schody, schody, schody. 

Duży ogród z tyłu domu, równie duży z przodu. Mnóstwo zieleni. Trawnik przy tarasie, drugi wyżej, za domem. Jeszcze wyżej ogród. Obok niego malutki zagajnik. Ogrody po obu stronach domu. Oba uroczo zarośnięte i zachwaszczone.  

Trzy miejsca garażowe. Stromy podjazd. 

Kolor elewacji: fioletowy... 

PIERWSZE


Pierwsza noc, pierwszy seks, pierwsze poranne słońce wdzierające się do sypialni. Pierwsza kąpiel w wannie. Pierwszy przypalony garnek. Pierwsza mucha. Pierwsza kolacja przy winie. Pierwsze sikanie w ogrodzie. Pierwsza kupa. Pierwsze odkurzanie. Pierwsza gadka z sąsiadem. 
Pierwsze wbicie łopaty, motyki, kilofa. Pierwsze półki z palet. Pierwsze odpalenie pilarki. Pierwsze ognisko. Pierwszy deszcz demaskujący cieknącą rynnę. Pierwsza walka kotów. 

Doświadczanie Pierwszego to jedne z najbardziej fascynujących przeżyć w życiu świadomego człowieka. Choćby nawet było to Pierwszy Raz W Nowym Miejscu/Czasie, raczej niż Pierwszy Raz W Życiu, to i tak Pierwsze zawsze będzie miało wydźwięk odkrywania świata. Nie trzeba lecieć na Marsa/Księżyc/Międzynarodową Stację Kosmiczną. Każda zmiana w życiu to swoista randka z Pierwszym/Pierwszą.  

KOT

W naszej rodzinie pojawiła się płeć żeńska. Dwu- trzyletnia kotka wybrała nas jeszcze w starym miejscu, jakby czując, że wkrótce zamieszka w fajnej, nowej miejscówie. Odegrała pewnego popołudnia dramatyczną scenę z rozpaczliwym, rozdzierającym dziecięce serca miauczeniem, doskonale wiedząc, w którą strunę uderzyć, by zapewnić sobie stałą dostawę żarcia i opiekę. No i tak już została. 

Nieznana proweniencja. Skromna, bystra, powściągliwa (chyba że głodna), raczej schodząca z drogi (chyba że głodna), nieskora do pieszczot (chyba że głodna), idealnie wpasowała się w nastrój naszej rodziny. Z wyglądu i z prowadzenia się kot. Mocno terytorialna, skuteczna i agresywna wobec okolicznych współplemieńców. Łapie myszy, sra u sąsiadów. Większość czasu buja się po okolicy, ale nie wraca do domu uszlajana i skurwiona. Przeciwnie, zawsze schludna.

Dlaczego o niej piszę? Bo trudno jest mi teraz wyobrazić sobie nasz nowy dom bez tego sierściucha. Wrosła w to miejsce błyskawicznie i obok porannych promieni słońca w sypialni, stromego podjazdu, zarośniętych ogrodów i fioletowej elewacji stała się ostatnim elementem układanki. 

A PROPOS

Co do zarośniętych ogrodów. Gdy ogląda się domy, na niektóre rzeczy nie zwraca się uwagi. Widzisz, że wnętrze jest po niedawnym generalnym remoncie, nie wymaga żadnych ulepszeń, czy napraw; dreptasz po nowym dywanie, oceniasz potencjał miejsca itp. Chodząc dookoła, widzisz mnóstwo zieleni, zadbane trawniki, drzewa, krzewy itp. 

Gdy już się wprowadzisz, przyglądasz się sprawom z bliska i wsadzasz nos w zakamarki. I wtedy oczywiście okazuje się, że do zrobienia jest tyle, że sporządzasz listę prac i projektów do przeprowadzenia. Super pilnych przed zimą, mniej pilnych w trakcie zimy, dalszych pilnych na wiosnę. I wiesz już, że musisz poświęcić na to wszystkie wolne weekendy. 

I wiesz już, że trzeba będzie zapomnieć o wyjazdach poza miasto. Na długo. 


































środa, 5 września 2018

POLSKA

JETLAG DRUGI (w NZ)


Szybko trzeba zabierać się do pisania, nie ma co czekać, aż miną skutki radykalnej zmiany strefy czasowej. Bo im bardziej "zryta bania", im bardziej w głowie pomieszane, (bo nie wie głowa, czy dzień to noc, czy spać, czy dziennie trybić, czy wysłać ciało na śniadanie w środku nocy, czy zrobić kupę rano, czyli wieczorem, czy odwrotnie), tym lepiej się pisze, wyraziściej, odważniej, radykalniej, dosadniej. Tym mniejsza obawa o urażenie Czytelnika-Rodaka, że przyjechał taki na chwilę i będzie się tu mądrzył, politykował, cwaniakował, dziury w całym szukał. Tym większa szansa na czepliwość/złośliwość, do kalania gniazda polskiego, macierzy, co wykarmiła, ojczyzny, co śrubki wkręcać nauczyła, tendencja. 

Tym większa szansa na zachowanie subtelnych, ulotnych doznań, wrażeń, błyskotliwych spostrzeżeń siłą rzeczy wcześniej niewidzialnych, nieuświadamianych. 

Tym łatwiej wypierać tęsknotę, sentymenty, wspomnienia, obrazy z pamięci, teraz chłonięte/rejestrowane/odtwarzane wszystkimi siedmioma zmysłami. Tym lepiej owinąć się w pancerzyk obojętności, oschłości, cynizmu, pancerzyk z mini-wiatraczkiem do osuszania łez i projektorem zdjęć polskiego grudniowego zimna i błota, braku słońca, marcowego zmęczenia, psich gówien, brudu i braku naturalnej zieleni - przy jednym oku. 

JETLAG PIERWSZY (w PL)
Pancerzyk z minilunetką przy drugim oku w pierwszym tygodniu wyostrzony jest jak żyleta: na wszechobecne pety, więcej petów, śmieci, tłumy ludzi, pierdolniętych kierowców, pisizm, koszulki z napisem "Śmierć wrogom Ojczyzny", architektoniczny chaos, wszechobecne obrzydliwe banery reklamowe, brudne, obszczane kamienice, zawalające się rudery, zachwaszczone pobocza, pomniki Wojtyły, metalowe krzyże w polu, pastelowe kolory elewacji, smutne panie w biedrze, przepoconych pijaczków, alergiczny kurz. Jeszcze dostanie się komarom, gzom, kleszczom, szczekającym psom 
i manualnej skrzyni biegów. 

Gdy seria tabletek nasennych oszuka wreszcie głowę i powróci cykl porannej kupy, jakoś po tygodniu, gdy wyjedzie się poza miasto, nasyci najbliższymi ludźmi, którzy zdążą przywyknąć do zrzędzenia na wszechobecne pety, można wziąć głęboki oddech i rozejrzeć się dookoła. 

ŚRÓDJETLAG

Smak

Od tej chwili, aż do rozstania na lotnisku, rozpoczyna się Pobyt Właściwy, rozpoczyna się przygoda z Polską.  

W pierwszych chwilach po otrząśnięciu się z szoku, umysł próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, desperacko poszukując tego, co znane i oswojone przez lata życia w Polsce; bezpiecznej niszy, zespolonej głównie ze wspomnieniami i doznaniami zmysłowymi. 
Na początek uruchamiany jest przeto zmysł smaku, wspomagany i zestrojony z węchem. 

Wyostrzone do granic możliwości, natychmiast zauważają gliniany garnek w rogu teściowej kuchni, którego zawartość - ogórki małosolne - ma dostarczyć ukojenia dla rozklekotanych nerwów. 
Niestety małosolne są za słone i skapciałe jakieś. Czyżby Wandzia wyszła z wprawy? Nie powinna, bo w domu tym czas się zatrzymał dwadzieścia lat temu, a wraz z nim zastygły prastare domowe receptury. Na otarcie łez pozostaje niezawodna kanapka z soczystym pomidorem i majonezem.   
Roztrzęsione zmysły poszukują dalej. 


Być może jabłuszka kaparowe, moje największe kulinarne odkrycie w kategorii "Przekąski", którymi namiętnie zajadałem się przed wyjazdem z Polski? Niestety. W biedrze, gdzie były wówczas dostępne, już ich nie ma. 
Oczywiście po jakimś czasie sprawę załatwią, a jakże, ruskie pierogi, o które nie sposób się nie potknąć. Nic poza tym nie zaskakuje, głównie dlatego, że Lila, moja żona, jest niezwykle uzdolnioną artystką kulinarną, której dziełom mało co jest w stanie dorównać. Piszę to bez cienia przesady. 

Zmysł smaku zaspakaja więc nieograniczony wybór piw rzemieślniczych. Nawet na stacjach benzynowych. 
W tej kategorii pobiliśmy podobno samych Czechów i tak trzymać.
Tu jestem patriotą.  



Węch

We Wrocławiu, na pierwszy rzut nosa, dominuje wszechobecny zapach kurzu, spalin i dymu papierosowego. Na ulicach nie ma możliwości od tego uciec, a ilość palaczy wręcz szokuje, od czego zdążyłem się szybko odzwyczaić,  mieszkając w kraju, gdzie palenie jest obciachem.

Wystarczy jednak wyjechać poza miasto,  wejść do lasu, wyjść na pola i oto wącham inną Polskę. Gdy jesteśmy na prowincji, wdycham zapach pól, rozgrzanego piasku i kwiatów. 
W górach delektuję się aromatem wiatru, letniego lasu świerkowego i roztartych w palcach igieł kosodrzewiny.

Niestety, mimo lipca, nie zdążam już na zapach kwiatów lipy, bo w wyniku letniej wiosny i suszy wszystko zakwitło dwa tygodnie przed terminem. Aromat ten zawsze i natychmiast przenosił mnie do beztroskiego dzieciństwa i wakacji spędzanych u dziadka w leśniczówce, przy której rosła właśnie stara, ogromna, mityczna lipa.  



Inne wonie, których nie zdołałem odświeżyć, to aromat dymu palącej się w ognisku brzozy oraz zapach wnętrza rozgrzanego letnim słońcem wagonu kolejowego np. na trasie Wrocław-Sędzisław. W ogóle żałuję i nie rozumiem, jak mogło zabraknąć mi czasu na przejażdżkę z dziećmi polskim pociągiem. 

Słuch

Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaje Ignacy (lat 5) po przylocie do Polski, brzmi: "Mamo, dlaczego tutaj wszyscy mówią, tak jak my?"

Uderzające jest to, że od momentu wyjścia z lotniska wszyscy mówią w moim rodzimym języku, więc siłą rzeczy rozumiem większość toczących się wokół mnie rozmów. 

Odczuwam w związku z tym dyskomfort, bo mam wrażenie, że mimowolnie podsłuchuję, as więc naruszam czyjąś sferę prywatną, na respektowanie której jestem szczególnie wrażliwy. Polacy zazwyczaj rozmawiają głośno (nie tylko przez telefony), czyniąc przypadkowe osoby wbrew ich woli, w tym mnie, odbiorcami treści tychże rozmów i po części mimowolnymi uczestnikami ich życia, choćby nawet przez te kilka sekund. Jedynym wyjściem jest ostentacyjne zatkanie uszu palcami (nietaktowne) lub oddalenie się. Ale dokąd, skoro ludzie wszędzie głośno rozmawiają?


Wzrok

Wyostrzony do granic możliwości nie tylko wskutek laserowej korekty prawego oka, po paru dniach z wielkim trudem odwraca uwagę od brudu i chaosu w przestrzeni publicznej, i w ramach równowagi Yin-Yang szuka przeciwwagi. 

Co zauważa najpierw? Ano piękne kobiety zauważa.
W świetle obserwacji nowozelandzkich, mimowolnych dodam, bo nie jestem typem faceta, co bezczelnie "obczaja laski", a co najwyżej dyskretnie zauważa estetykę i piękno, bo jest na nie wrażliwy, Polki jawią się jako ucieleśnienie kobiecej piękności. Ich aparycja jest tak uderzająca, że podczas pierwszego spaceru po centrum Wrocławia aż przystaję z wrażenia. 


Potem przychodzi czas na odkrycie Wrocławia: na wspaniałe zabytki, odnowione nadodrzańskie bulwary, plażyczki i przywodne knajpki. Wrocławska Odra odżywa i staje się ulubionym miejscem letniego wypoczynku mieszkańców. 

Na niesamowitą ilość rowerów w mieście, a na nich... piękne dziewczyny i przystojne chłopaki.

A gdy wyjedzie się na prowincję, zauważam zadbane wsie, piękniejące, odrestaurowane domostwa i niemal wszechobecne remonty dróg lokalnych. 

A gdy robi się bardziej lokalnie, gdy coraz bliżej do rodzinnej Lubawki, gdy doskonale znane górskie krajobrazy przywołują wspomnienia niezliczonych pieszych wędrówek, to człowiek zwyczajnie "mięknie". Organoleptycznie doświadczam, co Schultz,  Staff, Mickiewicz, czy inny Stasiuk mieli na myśli, przedstawiając dzieciństwo jako utracony raj. 


Dobrze, że są komary, muchy, kleszcze i gzy, które skutecznie sprowadzają człowieka na ziemię.
W takich chwilach pomaga także trzeźwa ocena sytuacji oraz pamięć brutalnie długiej zimy, niemal permanentnego braku promieni słonecznych i przenikliwego zimna (którego rześkość z racji wychowania w górach nawet lubiłem, choć Lila już na pewno nie). 



Dotyk


Po trzech latach mieszkania w kraju, który nie posiada praktycznie zabytków architektury w rozumieniu europejskim, odczuwam nieodpartą potrzebę kontaktu z wielowiekową materią. Gdy tylko nadarza się okazja, wchodzę w kontakt z  rzeczami stworzonymi w zamierzchłych czasach. Na szlaku górskim dotykam wiekowych drzew, przydrożnych krzyży i kapliczek; w kłodzkim kościele delikatnie przesuwam dłońmi po średniowiecznych rzeźbach i orzechowych ławach, wyczuwając ich strukturę i kształt nadany przez rzeźbiarza sześćset lat temu. 

Podobnie zachowuję się w świdnickim Kościele Pokoju oraz w Złotoryi, gdzie przysiadam na chwilę w ciasnej, kościelnej ławie i dyskretnie obserwuję odprawianą właśnie mszę. 

Ludzie

Nie ma chyba większej radochy, niż spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi. O ile z rodzicami i teściami jesteśmy w stałym, internetowym kontakcie (gdzie te czasy, gdy piętnaście lat temu Australii, co dwa tygodnie w niedzielny wieczór, zamykałem się na godzinę w budce telefonicznej...), o tyle ze znajomymi tylko sporadycznie. 


I oto nagle, po trzech latach, zjawiają się: roześmiani, bezpośredni, szczerze serdeczni i ciekawscy, niezwykle gościnni, zasypują nas pytaniami, a my z przyjemnością odpowiadamy i opowiadamy, choć pod koniec każdego dnia regularnie drapie w gardle od tego gadania. Niesamowita jest potrzeba spotkania się z każdym znajomym, żeby broń boże nikogo nie pominąć. Niestety tak się nie da, choć robimy wszystko, co tylko możliwe, znajdując wyrwy w napiętym planie pobytu. 




Pożegnania

Cały nasz pobyt w Polsce to w zasadzie pożegnania. Zaczynają się już w pierwszym tygodniu, po pierwszych spotkaniach z przyjaciółmi, bo każde z nich wiąże się ze świadomością, że kolejne będzie za ileś tam lat. Nie są to więc zwykłe pożegnania, typu: "No to na razie" lub "W kontakcie", lecz te wylewne, czasem krępujące potrzebą użycia ważkich słów, wsparte obietnicami i zaprosinami, kończone długim odprowadzającym wzrokiem, czasem zamazanym łzami. 
Najtrudniej jednak pożegnać się z rodzicami, bo prawda jest taka, że nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek fizycznie się spotkamy. Ale tak jest już los emigranta. Doskonale wiedzieliśmy, jaka będzie cena za wyjazd na drugi koniec świata.  

RODZAJ PODSUMOWANIA

Im bliżej końca pobytu w Polsce, tym większa tęsknota za NZ, tym większa chęć powrotu do domu. To bardzo dobrze, bo szczerze obawialiśmy się tego momentu. Baliśmy się, że wrócą sentymenty, że być może pojawi się żal podjętej decyzji o wyjeździe z Polski. Nic z tych rzeczy. Może gdybyśmy spędzili ten czas na beztroskich wakacjach, zamiast na nieustannym bieganiu z miejsca do miejsca, trudniej byłoby wyjechać. 

Pewnego razu, podczas górskiej wędrówki zielonym szlakiem granicznym,  chłonąc co chwilę przepiękne krajobrazy, zastanawiamy się nad kupnem małej nieruchomości na stare lata gdzieś tam w górach. Ale czy w Polsce? Nie wiem, czy chcielibyśmy żyć w państwie wyznaniowym; jesteśmy zbyt liberalni, by narażać się na parafialny ostracyzm, a kto wie, czy nie lincz. Na rewolucję w tym zakresie nie ma co prędko liczyć, zważywszy jak głęboko zakorzeniony jest w kraju lęk przed kościelnym batem.
Może więc w Czechach? Może. 

Obecna duszna sytuacja społeczno-polityczna w kraju skutecznie odrzuca myśli o powrocie. Mniejsza o beznadziejnych polityków, chodzi głównie o to, jak głęboko podzielone jest społeczeństwo. Słychać to nawet na ulicy, gdzie słowo "nienawidzę" jest w modzie, a ludzie o wiele głośniej wyrażają swoje preferencje polityczne, niż trzy lata temu, bez skrępowania wykrzykując, kto wróg, a kto swój.

Polska to kraj niezwykłych kontrastów: brzydota spotyka się z elegancją, wielkość z miałkością, nienawiść z miłością, kicz ze sztuką, ultranowoczesność z odległą tradycją, głupota z mądrością, a sacrum z profanum
Z dużym prawdopodobieństwem pozytywne wrażenie stępi za chwilę kolejne rozczarowanie i odwrotnie: gdy nie możesz już znieść widoku brzydoty, nagle otwiera się okno z widokiem na piękno. 

Taka jest moim zdaniem Polska - czy ciągle moje miejsce? 
























O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2