piątek, 17 czerwca 2016

OKRĄGŁY ROK
 
Trudno w to uwierzyć, ale w niedzielę będzie rocznica naszego przyjazdu do NZ. Tak się przypadkowo, zupełnie przypadkowo złożyło, że aśnie mija 12 miesięcy. 52 tygodnie. 365 dni.  
Jednak jakoś nie mam ochoty na podsumowania, na które pewnie co poniektórzy po cichu liczą; proszę, nie tym razem. Płynnie wolę przejść w kolejny rok na innej planecie. Niech tym razem codzienność i powszedniość wezmą górę. Niech refleksja drobna, ulotna przemknie niepozornie i szybko, pojawi się i zniknie. 

Za to sobotnią noc spędzę w Auckland w dansklubie jakim i przetańczę nockę z okazji tej niebywałej okazji. Wytańczę wspomnienie o utraconych przyjaciołach. Może z tej okazji łzę oną wycisnę... Może dwie...

GĘSTO

Trudno ostatnio zabrać się do pisania. Nie żeby brakowało tematów, bo byle ptasia kupa na szybie auta może być wystarczającą inspiracją do głębszych przemyśleń. Choć przyznać muszę, że z powodu tzw. zimy przystopowaliśmy z wyjazdami, które zawsze były świetnym pretekstem do radosnego klepania w klawiaturę.  Zdjęć też niewiele, więc trzeba coś sklecić z folderu "różne".
 
Nie żeby mi się nie chciało, lenistwo ogarnęło, znużenie pisaniem, czy coś. 
Nie. 
Chodzi o coś innego, ale o tym potem.
  
O tym, jak trudno zabrać się do pisania, świadczą: 
1) czas, jaki upłynął od ostatniej publikacji,  miesiąc niemal,
2) kurz na klawiaturze i biurku - na TEJ klawiaturze i na TYM biurku (inne znajdują się w małym pokoju).

Ad 2):

O kurz u nas niełatwo, więc nawet wziąwszy poprawkę na fakt palenia w kominku, który jest za ścianą, jego ilość i tak budzi pisarski niepokój. Nie jest to kurz wrocławski, swojczycki,  roztocza nie tamtejsze lokalne, bo tam to był dopiero kurz!
 
Zakurzony Swojec to specyficzne miejsce na mapie naszego życia z wielu powodów, nie tylko z powodu zajebistego mieszkanka, jakie sobie uwiliśmy. Czy też kurzu, który je szybko i regularnie pokrywał.
 
Swojec powraca we wspomnieniach głównie pod wpływem jakiegoś wydarzenia, jak na przykład remont ulicy Miłoszyckiej, czy Euro Cup we Francji. 

Taki event zawsze elektryzował sąsiada Artura, który w ogrodzie, w swojej tancbudzie, posiadał owóż telewizor. Myśmy nie mieli i nie mamy, ale Artur miał. W ogrodzie. Taki man cave w wydaniu swojczyckim, w wydaniu przedmiejskim, podogródkowym, z tyłu sklepu spożywczego Społem Wrocław Północ

Tak więc spotykaliśmy się w tej jego man cave i "cisnęliśmy" meczyki. A to piłka nożna, a to siatka, a to ręczna. A już jak grali Polacy... Arur, ultrapatriota, zwolennik opcji smoleńskiej, zawsze na baczność podczas hymnu; ja - no dobra, wstawałem. Oczywiście przy okazji co nieco się napijało, a i papieroska się podpaliło, frytki zajebiste wysmażyło na gazkuchni, a że była koza, buda działała cały rok. Zimą bywało najprzytulniej, najbardziej klasycznie w temacie. Tyle w temacie.

Prawie tyle. 
Szkoda, że tego nie czytasz, ale dzięki Arturze za wszystko, tęsknię za Tobą. 

Ad 1):
Od ostatnich wynurzeń, bardzo osobistych zresztą, terapeutycznych, minęło trochę czasu, ALE jestem po części usprawiedliwiony:

Dzięki nieustającemu wsparciu i przychylności mojej żony Lili, która ani przez sekundę nie miała wątpliwości, dopiąłem swego i nabyłem sprzęt do tworzenia muzyki (tu od razu rozwieję wszelkie nadzieje: muzyki techno). 
A że sprzęt nieźle współpracuje z wokalem, gitarą akustyczną i flecikiem moim, jest nadzieja, że coś się z tego wykluje. 

Tak więc powstała konkurencja dla pisania. Oj, niełatwo jest ciągnąć na raz dwie dziedziny sztuki, oj nie. Bo albo jedno, albo drugie. To coś jak z bólem: Nigdy nie boli w dwóch miejscach jednocześnie, nawet, jeśli są dwa jego ośrodki. Tak mówi Lila, a Lila ma niemal zawsze rację. ("Niemal" nie robi różnicy.)  

Obie rzeczy są o mnie zazdrosne, kuszą, nęcą, rywalizują. Myślę, że wybrnę z tego, gdy zaproponuję im pożycie w trójkącie, który zawsze wydawał mi się atrakcyjny. Nie wiem jeszcze, co na to Lila.  

Nawet teraz, w drodze do zakurzonego biurka, zerkam przez uchylone drzwi, czy może jednak rozgryźć syntezator, który posyła mi uśmiech, ale nie. 
Tu przecież chodzi o reputację bloggera oraz szacunek dla Czytelnika!

SPRZĘT

Oto leży przede mną najnowsze dziecko serii Rolanda, zapoczątkowaną w 1982 roku kultowym sekwenserem TB-303. Mam tu wirtualny syntezator analogowy, syntezator basów, modulator głosu, sekwenser oraz mikser. 
Ten ostatni - rewelacja. To tak naprawdę master unit, mózg organizmu. Już jest uważany za niezależny instrument. I jaki intuicyjny w obsłudze... Bajka, miód na uszy i balsam na dł0nie.
Do szczęścia brakuje małego samplerka, ale kiedyś wypełni go jakiś DAW z laptopa.
 
A teraz najlepsze: Wszystko jest dedykowane pod live performance. Pod scenę (lub klepisko, jak w Hakea). Wszystkie ustawienia (np. pokręteł, efektów, zestawów perkusji) pozostają w swojej zmienionej pozycji także po zmianie utworu (patternu). Jak w pierwszych analogach. Niewiele miejsca na presety, trzeba pracować rękami. 
I O TO MNIE SIĘ ROZBIEGAŁO. 

Tak, ręce chodzą. A im więcej, tym lepszy efekt. Bierność nie pasuje do całości. 

Całość nagłośniona jest monitorami studyjnymi, które chyba są zbyt mocne, bo jak grają głośniej, to po rękach kewlarowym chłodem od nich wieje. 

SPŁATA

To ja miałem wątpliwości i opory (cena mało niska oraz spo- i niespodziewane wydatki), więc postanowiłem, że kupię jak zarobię. Oczywiście stało się odwrotnie: najpierw kupiłem, teraz zarabiam. I to na kolanach zarabiam! 
Do Częstochowy na tych kolanach kurwa dojdę. Po dnie oceanu przepełznę, góry wysokie przetnę, knieje głuche, miasta tłumne, wszystko na kolanach, jak człekokształtna małpa, byleby tylko odkupić grzechy i pozbyć się wiecznego poczucia winy za to, że mam tak zajebiście fajne życie. 
Jeszcze tylko pozbyć się lęku przed śmiercią i mógłbym odejść w każdej chwili.

Mam ochraniacze na kolana w robocie, to dam radę. 

GĘSTO

Podsumowując, gęsto u nas. "Gęsto" to najlepsze określenie tego, co się dzieje. Sytuacja jest gęsta, bym powiedział, bo raz: instrumenty, dwa: złożyliśmy papiery na rezydentów, trzy: nadszedł czas decyzji. 
W stylu: fajna rzecz nie wypala, mniej fajna się pojawia. Wpływająca na tryb życia w najbliższych latach. Męcząca, ale kusząca. Nie współgrająca za bardzo z muzyką. 
Weź tu wybierz...

No i zima przyszła, trochę się marznie. Nie za wiele, ale jednak. Tłumaczę to sobie i innym tak:
Przyjechałem tu rok temu,  więc zima ma się kojarzyć ze zjednoczeniem rodziny. Jednak głównie kojarzy się z tym, że jest zimno. No bo do cholery zimą jest i musi być zimno.

Dlatego właśnie u nas gęsto; mówiło się kiedyś:  "Atfosmera się zagęszcza, sytuacja staje się napięta jak baranie jaja." Dlaczego baranie jaja - niech mi ktoś powie. 

No i vanlove nam się znowu popsuł. Jakiś wyciek paliwa, z pompy niestety. 

A PROPOS MECZÓW

Adaś chodzi do szkółki wspinaczkowej. Lubi też mecze rugby. W ostatnią sobotę oglądaliśmy (na pożyczonym tablecie z kartą TV) mecz All Blacks vs Wales. Nasi wygrali, choć Walijczycy bardzo twardo walczyli. Ale nasi to mistrzowie świata. 
Oglądamy mecz

W każdym razie, gdy jakaś pani zaśpiewała z tłumem hymn "God Defend New Zealand" (nie wiem, co ma do tego bóg), wzruszyłem się. A gdy po hymnie oglądałem haka, niemal rozpłakałem. No i All Blacks... Wszyscy na czarno, jak ja... Ojej...
Tak oto stałem się patriotą.  Lokalnym patriotą.

 Once you go black, you'll never go back.



 






















 

czwartek, 19 maja 2016

KLATKA

Uciekam do pokoju, który miał być biurem. Zamykam drzwi, gaszę światło. Opierając głowę o stół, który miał być biurkiem, zasłaniam dłońmi uszy, by nie słyszeć nieznośnych dźwięków: krzyków dzieci, hałasów z kuchni. Zamykam oczy, by nie widzieć przenikającego przez szpary światła.

Opadam z sił, więc schodzę do parteru na leżący na podłodze materac. Jest mi zimno. Naciągam na siebie śpiwór, który ciągle wala się w kącie po ostatniej wyprawie. 

W głowie mam sieczkę: chaotyczne myśli pędzą niczym stado zwierząt uciekających przed apokalipsą pożaru. Próbuję czepić się którejś z nich, ale jej treść wydaje mi się kompletnie bezsensowna i nie na miejscu. Próbuję z inną - to samo. 
W końcu się poddaję. Próbuję skupić się na oddechu: to również wydaje się absurdalne. Czuję ścisk w mostku, żołądku, od ściągniętych mięśni twarzy boli mnie szczęka. Ołowiane chmury zgniatają mi zawartość czaszki.  

Jestem milczącym statystą w czarno-białym, niszowym filmie.

Czuję się jak zwierzę w klatce albo w tekturowym pudle. Nie wiem, czy mogę z niej wyjść, czy może otwiera się tylko od zewnątrz, na co po cichu liczę. Nie chcę podejmować żadnych decyzji, ani brać za nie jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Otacza mnie ciemność: dosłowna, którą lubię, i przenośna - która mnie przeraża. Ta, którą lubię, stwarza pozory bycia niewidocznym, ukrytym od świata i światła, które eksponuje moje ciało i umysł zamknięty w jego wnętrzu. Które obnaża posturę i układ mięśni twarzy - w świecie ludzkich bodźców, w świecie nawykowego reagowania na nie, odbierane jako niemiłe, odpychające. 

Ta ciemność, której nie lubię, to parafraza lęku. Samotności i niezrozumienia. Chwilowego, mam nadzieję, poczucia przegranej i totalnej degradacji samooceny. Niespełnienia oczekiwań i utraty nadziei na zrealizowanie marzeń. 
Ogromnego stresu, trudnej do zniesienia presji, jaką narzuciłem sobie, decydując się z rodziną na wyjazd. Również presji z wiązanej z oczekiwaniami wyimaginowanych obserwatorów naszego życia, gorliwie oczekujących sukcesu, pięknych fotek z widokami, uśmiechniętych selfies i potoku słów zachwytu nad Nową Zelandią. 
Gówno prawda. 

Przed całkowitym upadkiem ratuje mnie jedynie mądrość, którą wyniosłem z praktyki medytacji Vipassana, że nic nie jest trwałe i wszystko przemija. Wszystko przeminie - takie jest podstawowe prawo przyrody. 
Więc i to przeminie, choć trwa już niemal tydzień.  

 

Po jakimś dopiero czasie, powiedzmy godzinie, z wielkim trudem, kierując się dalekim echem głosu rozsądku, wstaję i zmuszam się, żeby wejść do kuchni i zmierzyć się z jej światłem. Zafunkcjonować jako członek rodziny. Powyciągać gary ze zmywarki, wytrzeć blat, stół. Pogonić dzieci do łóżka. Umyć zęby. Poczytać książkę. 

Zająć się jakąś pracą fizyczną, odmóżdżyć się. W ciągu dnia porobić coś w ogrodzie lub tylko schować się gdzieś w kąt i pobyć przez chwilę samemu. Iść do pracy fizycznej i na kolanach układać panele, poszlifować beton. 
Bo cokolwiek by się nie działo, każdą emigrację zaczyna się na kolanach, dosłownie i w przenośni: od garów, ściery, zgarbionych pleców, samotności, zagubienia, czasem poniżenia.


Następnego dnia ponownie zamykam się w pokoju, tym razem rozkładam matę do jogi i przez godzinę wsłuchuję się we własny, głośny oddech ujjayi. Codziennie, regularnie wypacam toksyny z ciała i umysłu. 
Nie mam pod ręką lepszej terapii na depresję. Zaufanie we własne możliwości póki co ratuje mnie przed koniecznością wizyty u specjalisty.  

Jest jeszcze domowa rozmowa, którą ostatecznie z wielkim trudem inicjuję, by naprawić sytuację. Dobrze, że do niej dochodzi. 

Wracam do świata.  

 




























wtorek, 10 maja 2016

CIĄGNIE SIĘ

Ta jesień nowozelandzka... W zasadzie kolejny sezon wegetacyjny, sądząc po soczystej trawie i po tym, jak błyskawicznie rosną zioła w naszym zielniku (kolendra, pietruszka oraz lubczyk i koperek z Polski). No ale prawie nie ma tu dnia bez słońca, pogoda jest stabilna, temperatura nie spada poniżej dwudziestu. Wilgotność w normie. Noce ciągle nie zimne. 

Trudno się do tego przyzwyczaić, mając w pamięci polskie, wielotygodniowe piździawki i nieliczne, krótkie dni chwały i łaski słonecznych promieni, szansy, daru od losu; dziury na niebie między jednym niżem, a drugim. Między jednym dwutygodniowym zachmurzeniem, a kolejnym. Albo w czasie pełni księżyca.

Momenty te wyraźnie trącały wewnętrznym i zewnętrznym nakazem wyjścia z domu i skorzystania z możliwości naświetlenia. "Nie siedź w domu, szkoda dnia, taki piękny..."  - słyszałem w takich dniach w pradawnych czasach. 

Rowerem jeszcze przed zimą można było ruszyć, na grzybki ostatnie, już nie tak pachnące, wyskoczyć pod Milicz. Albo te małe, na łące. Chabazie i inne badyle na działce spalić i dołączyć się do armii jesiennych Dymów Polskich. A inne spalić ze znajomymi pod wieczorną kolację i winko. Poszurać butami w parku w opadłych liściach i może wiewiórkę namierzyć, zabieganą w desperackim poszukiwaniu zapasów na zimę. Bo jaśniej, więcej widać, spadnie coś, ludzie rzucą. 
Mamy też maślaki
Może nawet na kocyku przysiąść, piwko sączyć, frisbee porzucać... Za długo nie można posiedzieć, bo po tyłku, po korzonkach ciągnie, a wiadomo, że priorytet to nie złapać wilka.

My tu też możemy poszurać, nawet liści sporo opada, bo dużo tu gatunków ze Starego Świata. Natywne drzewa i krzewy są evergreen i dobrze, bo zimę łatwiej przetrwać, gdy wokół zielono. 

Mamy tu też inne sposoby na szuranie: można gołymi stopami po rosie albo po rozgrzanym piasku na plaży. Ciągle, pomimo jesieni, można poszurać po welurze materaca, który służy za łóżko w naszym vanlove'ie/bajsie/funvanie, tj. busie, który regularnie, co drugi weekend, dodaje sobie kilometrów. 

Ostatnio wzbogacił się o jakieś sześćset, sam nie wiem, nie chce mi się sprawdzać. Tak jak nigdy nie wkręcam się w sprawdzanie zużycia paliwa. Oczywiście warto czasem, ale ja skupiam się na czasie spędzonym za kółkiem, roboczogodzinach, jak motopompy lub koparki na przykład, niż miałbym coś tam zapisywać i obliczać. Jedno tankowanie - jedna solidna wyprawa. Spalanie: 600 kilometrów na wyprawę.

A że ciągnie się ta jesień i temperatura sprzyja, nadal można campingować. Co więcej, nie muszę już spać w namiociku, gdy w busie za mało dla mnie miejsca. Nie muszę, bo zrobiłem sobie platformę do spania ze sklejki i czterech nóżek na zawiasach (dzięki czemu łatwo ją złożyć i wsunąć pod tylną kanapę), którą umieszczam nad przednim fotelem pasażera i jest git. 

Dopóki noce nie są przeraźliwie zimne, można jeździć i spać w aucie. Całą rodziną. To jest właśnie przewaga posiadania busa. Są też trzy krzesła, rozkładany fotel, stół, garkuchnia, baniak na wodę. Jest wiata na wypadek deszczu. Turysty pełną gębą. 

KRÓTKA PIŁKA

Piątek pod wieczór Lila pyta: 
- Jedziemy gdzieś jutro z noclegiem? 
- Spoko - odpowiadam.
- Na południowy zachód? - precyzuje. 
- Spoko. 

Zachodnie wybrzeże jest inne, choćby dlatego, że piasek jest koloru ciemnografitowego, przez co plaże mogą się komuś wydać mniej atrakcyjne. Bo jak przyjdzie plażować taka dziunia z niunią, to kocyk różowy zabrudzi, tym piaskiem, brudnym przecież. Fuj! Albo do pośladków się przyklei, a jak wiadomo, plażowy, słony, to się klei, na dodatek od brudu, bo wiadomo od dziecka, że brud się klei, więc jak się przyklei, to będzie wyglądało, jakby dziunia z niunią nad błotkiem przykucnęły na zbyt niskim pułapie.  

Albo jakby usiadły na krowim placku na przykład, co przecież się zdarzało w Polsce! To uczucie stąpnięcia na taki placek na łące koło bloków... Chrupnięcie zewnętrznej skorupki i zanurzenie stopy w ciepłym, miękkim wnętrzu... Chyba że świeżynka, to wtedy wślizgiem. 
Mmmm... Dzieciństwo...

Nie ma więc kurortów, jak ma wschodzie, dokąd kierują się wszystkie miejskie pańcie; jest jedna główna droga, (inne to boczne, szutrowe), nie ma wielu osad ludzkich, czy miast. Oprócz New Plymouth oczywiście, najbardziej odizolowanego w NZ. Coś jak Perth w Australii - najbardziej na świecie oddalonej od innych metropolii.

Są za to jedne z najlepszych fal do surfingu, który swoimi kontrkulturowymi korzeniami o aromacie hippie i maori, tworzy wraz z kolorem piasku ciekawy, trudny do zdefiniowania nastrój prowincjonalnego, swojskiego  undergroundu.

RUTYNA WYJADACZY 

I znowu ta sama historia: pakowanie. Ja już mam każdy centymetr kwadratowy bagażnika czemuś przypisany, więc niech nikt mi się tam nie pcha ani nic nie upycha, bo i tak muszę po swojemu. Niesamowite, w czym można się wyspecjalizować. 

A w związku z tym, że pakujemy się w sobotę, wyruszamy dopiero o jedenastej. Do sklepu oczywiście, bo zakupy trzeba zrobić na wyjazd, więc w trasę ruszamy w południe. Jednak ponieważ nie mamy konkretnego celu, możemy sobie na to pozwolić. Tam śpimy, gdzie dotrzemy i gdzie będzie nam się podobało. Najlepiej na dziko, w czym byliśmy dobrzy, i żeby nie wypaść z wprawy, żeby utrzymać formę, spanie na dziko staje się naszym celem. 

JEDZIEMY

Jedziemy sobie. Piękna jak zwykle pogoda, wspaniałe widoki, zielone równiny, zielone wzgórza, przełęcze, przełomy rzek, wreszcie ocean. Czyż istnieją przyjemniejsze trasy od tych wzdłuż wybrzeża? I jeszcze z widokami np. na wulkan. Gdziekolwiek się zatrzymasz szum oceanu... albo plaża, a przy niej jakiś zagubiony caravan park, a przy nim czynna jadalnio/knajpo/kawiarnia. 

Po kawce i muffinie jedziemy dalej, bo ciemno już o szóstej się robi i nocleg w krzakach trzeba znaleźć. 

Niestety wycwanili się na tym zachodzie. Już się wydaje, że miejscówka fajna, ukryta, gdy nagle coś okazuje się nie tak: a to za blisko domów, a to tabliczka: teren prywatny, keep off. 
Czyżbyśmy jednak wyszli z wprawy? 

Po czterech podejściach lądujemy w caravan park, który kosztuje nas 40 dolków. Ale za to rozbijamy obóz tuż przy pięknej, na prawdę pięknej plaży. No, a że jesteśmy na zachodzie, mamy też zachód słońca. Oprócz nas - nikogo na polu namiotowym, a przynajmniej nikogo w zasięgu rozmowy, bo teren campingu jest ogromny. Więc siedzimy sami. Dopóki dzieci nie śpią - w czwórkę. Potem w dwójkę. W takich chwilach doświadczamy samotności emigrantów. Brakuje nam towarzystwa. Przyjaciół, z którymi można się pośmiać. 


NIEDZIELNY PORANEK

Rano wstaję pierwszy i od razu korzystam z odpływu. Raz, że mogę pobiegać na boso (co ostatnio robię namiętnie), dwa - zajrzeć tam, gdzie nie zajrzałbym podczas przypływu, czyli na sąsiednie plażyczki. Są one smutnym świadectwem erozji wybrzeża. Klify nie są wyższe niż 15-20 metrów, jednak ich struktura jest niezbyt stabilna. Odsłonięte przez fale, ukazują wielokolorowe warstwy geologiczne, z których żadna nie jest solidna. Przeciwnie, łatwo brudzą dłonie, a nawet się odłupują. Nie dziwią więc mini-plażyczki w kształcie w litery U, stopniowo wypłukiwane przez deszcz, pływy i fale. 

Gdzieniegdzie widać osuwiska ziemi, wiszące smętnie resztki ogrodzeń, które jeszcze niedawno pewnie stały bezpiecznie daleko od skarpy. Gdy biegam od plaży do plaży, nie zbliżam się do tych miejsc, choć zachęcają ciekawymi formacjami, w tym grotami - ziemia może się osunąć w każdej chwili. 

 

NEW PLYMOUTH

Przy śniadaniu postanawiamy dotrzeć do stolicy regionu, czego nie było w planie. Jesteśmy jednak tak blisko, że niepoświęcenie niedzieli na poznanie miasta i ujrzenie wspaniałego wulkanu byłoby grubą niestosownością. 

New Plymouth to jedenaste co do wielkości miasto w NZ (56 tys. mieszkańców), największe miasto i stolica regionu Taranaki. Mają tu podobno ropę i gaz, jest więc port i trochę przemysłu, dzięki czemu stać ich zapewne na więcej. Na przykład na najlepszą w NZ sieć ścieżek rowerowych, dzięki czemu jest to najbardziej przyjazne miasto dla rowerzystów. I pieszych zresztą też. 
 
Spacerując po centrum w poszukiwaniu miłej kawiarni, zwracam uwagę na liczne, ciekawe murale i graffiti. Jest sporo galerii, co mile zaskakuje, jak na tak zadupiaste miasto. Trudno powiedzieć, że hipsterskie, bo to określenie bardziej pasuje do Wellington. Na pewno aspiruje do miasta artystów, co w konglomeracie z portowym charakterem, zadupiastym położeniem i bliskością wulkanu, daje niezły koktail. 

GÓRA

Mount Taranaki (lub Mount Egmont) o wysokości 2518 metrów to aktywny, choć spokojny wulkan; póki co. Monstrum, które góruje nad miastem swoim wspaniałym, klasycznym stożkiem. 
Niestety w niedzielę jest pochmurno i w ogóle go nie widać. Szkoda, cholernie szkoda, bo mam słabość do wulkanów i koniecznie chcę ujrzeć Jego cielsko. 
Pułap chmur wydaje się jednak niski, więc jest nadzieja, że gdy podjedziemy na wysokość niemal tysiąca metrów do oddalonego o 20 minut od centrum North Egmont Visitors Centre, coś zobaczymy. 

Strzał w dziesiątkę. Droga stopniowo wspina się pod górę, wkrótce jesteśmy w gęstych, deszczowych chmurach. Początkowo droga przebiega przez tereny rolnicze (mają tu doskonałą, wulkaniczną glebę), by wreszcie wjechać na teren Egmont National Park - odrysowanego cyrklem geodety, idealnie okrągłego obszaru chroniącego unikalną faunę i florę. 

Gdy dojeżdżamy do parkingu, widać o wiele, wiele więcej: ogromne stoki wulkanu. Po kilkunastu minutach cierpliwego wyczekiwania na właściwe ujęcie, pojawia się popołudniowe słońce, które przepięknie oświetla masyw. Jednak wierzchołek do do końca pozostanie owinięty białym szalem chmur i zazdrośnie nie ukaże swojego oblicza.

Notujemy w pamięci opcje powrotu: noclegu i trekkingu, w tym letniej wspinaczki na najwyższy szczyt (zajmuje to cały dzień). Może nawet poszusowania zimą na nartach?
Miasto jest znane z tego, że tego samego dnia można pojeździć na snowboardzie  i posurfować na falach. 

 

Wracamy do domu, przed nami ponad 250 kilometrów drogi do Hamilton. Jak dotąd New Plymouth podoba nam się najbardziej. Szkoda, że tak daleko... 
   













poniedziałek, 25 kwietnia 2016

KUSICIELKA
 

Widzę Ją niezmiennie codziennie, a nawet kilka razy dziennie. I za każdym razem nieodmiennie przyjemnie jest spojrzeć na Jej wyniosłą, dumną sylwetkę, czasem przesłoniętą bardziej lub mniej gęstą warstwą chmur, rzadko całkowicie schowaną za zasłoną deszczowych chmur, zwykle nieprzyzwoicie całkowicie nagą. Późnym popołudniem oświetloną promieniami zachodzącego słońca, które odcinają liniami cieni i odcieni zieleni długie granie.

Pręży się dumnie i samotnie, szumnie, zakrzywiając gwałtownie linię widnokręgu i wtykając swój ostro zakończony nos najwyższego szczytu do wysokości niemal tysiąca metrów, bo w najbliższej okolicy nie ma żadnej konkurencji.

Samotna Góra.

Mount Pirongia. 
 
Gdy zerkam w Jej stronę, przed moimi oczami przez chwilę tylko, w sekundzie ulotnej, mam obraz z młodości, gdy jako kompletnie, ale to kompletnie ześwirowany na punkcie gór nastolatek, w drodze do rodzinnej Lubawki, z zachwytem, szczerą nostalgią i wierszem na ustach gapiłem się przez szybę pekaesu na jeszcze ośnieżony Lasocki Grzbiet i Śnieżkę, na których tle cudownie, wiosennie, pyszniły się świeżą zielenią rodzinne masywy Gór Kamiennych.

Ale to mogły być również Bieszczady widziane z w drodze do Ustrzyk Górnych. Gorce z Pienin. Pieniny z Gorców. Masyw Policy ze szczytu Babiej Góry. Tatry. Beskid Niski. Sądecki. Żywiecki. Mały. Wyspowy. Makowski. Góry Bystrzyckie. Izery...

JUŻ SIĘ ZNAMY
 
Poznaliśmy się w lipcu ubiegłego roku, zaraz po przyjeździe. Być może wytrwały Czytelnik pamięta naszą pierwszą górską wędrówkę z Ignacym w nosidełku. Być może, choć dużą nieprzyzwoitością, chełpliwością, pyszałkowatością, przesadnością, rozwiązłością byłoby przypuszczenie, że Czytelnik aż tak przykłada się do czytania, że pamięta zdarzenia z otchłani przeszłości niebliskich mu przecież ludzi.
 
Wtedy jednak była to wycieczka jednodniowa, dotarliśmy jedynie do punktu widokowego ze szczytu Ruapane (723m npm).
 
Cytując samego siebie:
"Dotarliśmy do niego od strony południowo-wschodniej, choć szlaki turystyczne mają swój początek w wielu innych punktach, z każdej niemalże strony. Mile zaskakuje nie tylko ich wielość, ale i różnorodność: są łatwe, rodzinne lud dostępne dla niepełnosprawnych. Są trudniejsze i bardzo trudne. Jednak mnie najbardziej intrygują te najdłuższe: dwu- i trzydniowe, wymagające noclegu w namiocie lub w bezobsługowym schronisku. To świetny prognostyk na przyszłość, kiedy noce będą nieco cieplejsze, bo podobno w zeszłym tygodniu popadał tam nawet śnieg. Na wędrówkę wybiorę się z Adasiem, bo to doskonały piechur i wspaniały towarzysz".
 
No i wybraliśmy się. Jakże by inaczej, gdy Góra kusi codziennie...

FACECI

Choćbym nie wiadomo jak bardzo się wykręcał i unikał zmaskulinizowanych zwrotów, jest to męska wyprawa. No, sami faceci, znaczy się: Adaś, Mateusz (Polak), Nick (Kiwus) i ja.

I tyle. Tak się złożyło, że kobiet nie było, choć zapewne miło by było, gdyby któraś wsparła Adasia w rozbijaniu niskich częstotliwości. 
Jak to faceci, nie spieszymy się się za bardzo i wyruszamy dopiero w południe, choć jako doświadczony piechur wywieram presję, bo wiem, czym grozi w górach zła kalkulacja czasu, szczególnie po przejściu na czas zimowy; mam wręcz uzasadnione podejrzenia, że zabraknie nam dnia. 

Odcinek do wspomnianego punktu widokowego to w zasadzie dwugodzinna rozgrzewka, miły spacerek, nie licząc pleców odwykłych od noszenia plecaka i trochę znudzonego Adasia, który na szczęście się rozkręci. I to na dobre.

Na szczycie Ruapane robimy szybki lunch pod wieżą triangulacyjną i ruszamy dalej. Trochę profilaktycznie, trochę zaś pod wpływem wyglądu ludzi idących z przeciwnej strony, zakładam sobie i Adasiowi stuptuty (co za słowo...). 


SZLAK 

Naszym celem jest Pahautea Hut - bezobsługowe schronisko. Aby do niego dojść, trzeba wdrapać się na najwyższy szczyt: Mount Pirongia (959 m npm).
Wszystkie szlaki w Pirognia Forest Park to tzw. graniówki. Nie istnieją znane w Polsce leśne drogi trawersujące stoki, bo las nie posiada funkcji użytkowej. Ponieważ masyw ten jest wygasłym wulkanem, granie są nieregularne, a stoki je zwieńczające - strome; jak to w przypadku młodych gór. Oznacza to, że idzie się jak po kogucim grzebieniu: gwałtownie w górę lub gwałtownie w dół. 


Ruszamy. Szlak prowadzi ostrą granią do następnego szczytu. Tuż po wyruszeniu pojawiają się łańcuchy ułatwiające zejście/wejście po skałach. Z łańcuchów skorzystamy jeszcze wiele razy. Wąska ścieżka prowadzi przez gęste, krzewiaste zarośla, które umożliwiają podziwianie widoków. Jest przepięknie. I groźnie. Obecność Adasia oraz mniej obytych w górskich wyprawach towarzyszy wyostrza uwagę.
Gdy tylko kończy się skaliste podłoże, pojawia się błoto. Jest niemal wszędzie i trudno je obejść, bo ścieżka jest wąska. Szlak nieustannie kluczy wśród gęstwiny karłowatego lasu we wszystkich kierunkach: w prawo , w lewo, w górę i w dół. Erozja odsłoniła korzenie drzew i chyba dobrze, bo można się po nich wspinać/schodzić jak po drabinie.

Dochodzimy do niewielkiego wzniesienia na wprost samotnej, skalnej iglicy. Krótki odpoczynek  i ruszamy dalej. Ostatnie łańcuchy. 
Nadciągają ciemne chmury, ale deszczu z nich nie będzie. Za to mam wrażenie, jakby zabierały nam światło dzienne.
Jest już niemal ciemno, gdy dochodzimy do szczytu. Krzyczę z radości, bo stąd już tylko pół godziny do schroniska. Tyle że... to jeszcze nie ten szczyt... To jeszcze nie Pirognia Summit. Jeszcze pół godziny męczarni po korzeniach i błocie. Zmęczony i ubłocony Adaś prawie się załamuje: próbuję postawić go do pionu i wyzwolić resztki energii. Zaczynam się poważnie martwić. Nie mamy wyjścia: musimy iść, bo nie ma odwrotu. Czuję przypływ adrenaliny. 

CIEMNOŚĆ

Jest już tak ciemno, że nie obejdzie się bez czołówek. Niestety Nick nie posiada żadnej latarki, trzeba więc oświetlać drogę i jemu, i Adasiowi. Wygląda to tak: najpierw idę ja jakieś pięć metrów, reszta stoi. Odwracam się i świecę Adasiowi, który klucząc wśród korzeni i błota, dochodzi do mnie. Nick i Mateusz radzą sobie sami. Potem znów ja i tak dalej. Drastycznie spada przez to tempo marszu.

Szczęśliwie dla nas, ostatnie dziesięć minut do szczytu i kawałek za nim idziemy po wygodnej, drewnianej  kładce. Na szczycie stoi platforma widokowa, na którą wspinamy się, by zrobić nieudolne zdjęcie z lampą błyskową. 


Zaraz ruszamy. Wkrótce wygodna kładka się kończy i znowu: korzenie i błoto. Pół godziny wydłuża się do godziny.

Wreszcie docieramy do celu: najpierw przechodzimy przez lądowisko dla helikopterów, a już za chwilę widzimy dwa budynki schroniska. 


NOCLEG

Schroniska, zwane tutaj huts, są bezobsługowe, choć za nocleg 
trzeba zapłacić od 5 do nawet 54 dolarów (dzieci do lat 10 nie płacą). Cena zależy od lokalizacji oraz standardu (Great Walk huts - najdroższe, potem club huts, standard, serviced oraz basic).
Nasz, w wersji standard, kosztuje jedynie 5 dolków. Uiszczenie opłaty jest obowiązkowe, choć praktycznie nikt tego nie sprawdza i wszystko opiera się na uczciwości. Oczywiście wszyscy płacą. W niektórych obiektach wymagana jest rezerwacja, w innych zaś, także naszym, obowiązuje zasada: kto pierwszy ten lepszy.

Pahautea Hut składa się z dwóch budynków: starego i małego oraz większego, wybudowanego całkiem niedawno.  Wewnątrz znajduje się wspólna jadalnia/kuchnia oraz dwie sypialnie. Od zewnętrznej strony budynek otacza taras widokowy.  

Nie ma prądu, jest woda.

Żródło: Internet
Toalety (oczywiście ekologiczne) znajdują się na zewnątrz, w drodze do których, po lewej stronie, stoi niewielka zadaszona umywalka. Wokół schroniska chodzi się wyłącznie po drewnianych kładkach, co uważam za doskonałe rozwiązanie. Nie powstaje w ten sposób błoto, a ziemię wokół budynków porasta gęstwina niezadeptywanych krzewin i traw.
Istnieją również miejsca na rozbicie namiotów w formie kwadratowych, drewnianych  platform wypełnionych ziemią i zrębkami. Część campingowa posiada swoją niezależną wiatkę do przygotowania posiłków.   
Ponieważ docieramy jako ostatni, wszystkie łóżka (bunk beds) są zajęte. Wprowadza to pewien niepokój wśród uczestników naszej wyprawy, ale czy podłoga służy jedynie do chodzenia po niej? Znajdujemy więc zapasowe materace (ja mam swój własny) i rozkładamy obozowisko w starym budynku.
 
Muszę użyć najmocniejszych argumentów, by podnieść zmęczonego Adasia, a są to: przywiezione z Polski kultowe gorące kubki (serowa i pomidorowa) oraz wizyta na dłużej w toalecie.

Kolacja przy świecach (w schronisku nie ma prądu) oraz herbatce z wkładką (czy, jak kto woli, po góralsku) to prawdziwa przyjemność, która mogłaby trwać i trwać, ale niestety zmęczenie bierze górę.


POWRÓT

Tuż po godzinie szóstej na nogi stawia nas głośne gaworzenie rocznego chłopca, który, kto wie, czy nie został najmłodszym noclegowiczem w historii tego miejsca. Gdybym nie miał własnych dzieci, może bym się nawet po cichu wkurzył, ale szacunek dla rodziców za wniesienie go na plecach oraz odporność na dziecięce hałasy biorą górę. Zresztą dzięki temu wcześniej wyruszymy. Pogoda słaba: mglisto, zimno i mokro.  

Przy śniadaniu pojawia się konflikt interesów: Wbrew oczekiwaniom, opierając się jednak na trzydziestoletnim górskim doświadczeniu, biorę pod uwagę możliwości najsłabszego uczestnika i naciskam na wybranie łatwiejszej, choć dłuższej drogi powrotnej. W górach nie ma żartów. Cieszę się później z decyzji, bo szlak jest niezwykle przyjemny: prowadząc wzdłuż jednego z ramion masywu, łagodnie opada w dół suchą, niezabłoconą i w miarę równą ścieżką. 
 

Aby dojść do początku szlaku, trzeba wrócić na najwyższy szczyt. Podobnie jak w nocy, dziś też nic nie widać: tym razem widoczność zasłania gęsta mgła. 

Górny odcinek szlaku dostarcza nam niesamowitych doznać estetycznych: Cały masyw tonie w gęstej mgle, nadając magiczny charakter karłowatym lasom regla górnego. Rzadko rosnące drzewa pokryte są gęstymi porostami, a uniesione w górę i na boki ramiona konarów sprawiają, jakby rośliny żyły. Na dodatek wąska ścieżka kluczy pomiędzy wysokimi, wilgotnymi trawami i zanim doprowadzi do przyjemnego lasu, tolkienowskie obrazy na trwałe naświetlają matrycę pamięci. 

Większość z ponaddziesięciokilometrowej drogi upływa mi na rozmowie z Nickiem. Mateusz pędzi z przodu z Adasiem i tylko dziw bierze, skąd ma tyle energii. Sądzę, że owocują wspólne wędrówki po Karkonoszach, Górach Izerskich, czy Bieszczadach.

Gdy pojawia się wilgotny las deszczowy, wiem, że jesteśmy w dolinach.Słyszę szum górskiego potoku. Nasza wędrówka dobiega końca. W samą porę, bo kłapiąca pięta podeszwy mojego buta irytuje coraz bardziej.


Tak oto zamykam kolejny etap mojego życia wyznaczany przez żywotność górskich butów.




 







  



 





















 

O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2