piątek, 29 stycznia 2016

W NOWYM ROKU

...dni mkną mniej więcej tak, jak polskiej, szkolnej młodzieży druga połowa sierpnia. Nie oznacza to, że koniec lata tuż tuż,  o nie! Nie po to tłukliśmy się na drugi koniec świata, żeby lato było krótkie. Gdybyśmy chcieli inaczej, wybralibyśmy, powiedzmy, Islandię. Lato ma być, jest i będzie długie. Trudno jednak zaprzeczyć, że proces wypełniania danego nam czasu (bo przecież wiadomo, że czas nie płynie) jakby przyspieszył, rozpędu nabrał.

Jest ciepło: temperatura oscyluje między 26 i 29 stopni, a jeśli pada deszcz, to wszędzie dookoła Hamilton, ale nie nad nim samym. Na radarze pogodowym doskonale widać, jak chmury kręcą się wokół Waikato District. Taki właśnie mają wpływ okoliczne góry, które niczym pierścień okalają miasto.

Oczekuję gwałtownych spadków temperatury, jak w Polsce: minus 15, a parę dni później plus 10. Albo latem: tydzień upał, tydzień, leje, tydzień zimno. Tutaj na takie zmiany nie ma co liczyć, co w sumie bardzo mi odpowiada. Ceną za to jest wrażenie szybszego "upływania" czasu, bo brak jest wyraźnych cezur pogodowych. I życiowych, co zapewne się zmieni, co z pewnością wzmaga czujność.

SIOSTRA

Gosia przyjechała do nas tydzień temu i zostanie jeszcze przez dwa. Zazdroszczę jej, bo wiem (w styczniu 2008 roku naszym celem podróży poślubnej była Teneryfa), jak to jest uciec od brudnawej zimy, i to do takiego miejsca, jak NZ. Już lepiej nie mogła sobie wymyślić. Poza tym to ona pierwsza wpisze się do Księgi Gości z Polski.

Kto następny? Możesz to być również i Ty, drogi Czytelniku, bez względu na to, czy się znamy.

Każdy jest mile widziany.

Dodam jeszcze, że dwa dni po przylocie Lila obchodzi swoje czterdzieste urodziny, więc z tej okazji jest impreza na farmie; takiej hipisowskiej w zamierzeniu, na wczesnym zamierzenia etapie. O tym jednak tym za chwilę. 

Dzień po urodzinowym weekendzie obie siostry zostaną zabrane na fishing na oceanie. Jako wegetarianin muszę przyznać, że świeży snapper smakuje tak dobrze, że z pożałowaniem wspominam odmrożone resztki ryby biedronkowej w panierce grubszej, niż sama ryba, w wydaniu kochanej teściowej.

Jest wesoło, bo rodzina to rodzina. Dziewczyny właśnie się zawinęły i pojechały na cztery dni (mamy tu długi weekend) do Auckland, na tak zwany babski wyjazd. Tam już czekają kolejne przyjaciółki, które wiedzą, jak należy miło spędzać czas w NZ.

Ja i chłopcy posiedzimy w tym czasie w domu i raczej nigdzie nie pojedziemy, bo busik stoi w warsztacie. Nazywamy go Bajs (od tablic: BYS 994).

URODZINY 

Przypadły najpierw Adasiowi, cztery dni później mamie. W lutym przypadną Ignacowi, w marcu mnie.


Dzięki poznanym ludziom jesteśmy mile widziani w Hakea. 66 ha ziemi, obejmującej fragment wzgórza, łagodnie schodzi doliną do rzeki uchodzącej do zatoki. W większości nieruchomość porośnięta jest drzewami manuka, z których wyrabia się najlepszy i najdroższy na świecie miód (w tym roku mam zamiar zbudować ule i postawić je w tym lesie), położona w przepięknej scenerii okolicznych gór, należy do rodziny, której członkowie nie mają nic przeciwko, żeby raz na jakiś czas rozstawił się tam kameralny sound system, rozbłysły lasery i kolorowe światła, zjechała ekipa kolorowo ubranych, wolnych ludzi, antysystemowców, w Polsce pieszczotliwie zwanych lewackim ścierwem.

Rozstawiają się busy i namioty, a z głośników rozbrzmiewa skoczna muzyka w rytmie dub, minimal, potem trance i psytrance. W ciągu dnia można zejść w dół nad zakole rzeki w kształcie litery "u", koniecznie w porze przypływu, wówczas słona woda pcha w górę koryta słodką, podnosząc jej poziom grubo ponad metr. W miejscu, gdzie znajduje się koryto, jest nawet ze trzy metry i można skakać ze skałki na główkę (nie dla mnie). Można też nasmarować się gliną i poleżeć na wysokich trawach (dla mnie).


W takich właśnie okolicznościach przyrody świętujemy Lili urodziny. Rozstawiamy wielki namiot, który przytargałem z Polski, wcześniej zapraszamy wszystkich, w większości polskich znajomych.

Jest więc Ola z Whatsanem i dwójką dzieciaków, których poznaliśmy gdzieś na północy, jest Carey - kolega z pracy, Agnieszka z Mikem, również z dziećmi, jest Magda z Mateuszem, których szczęśliwie złapaliśmy w sklepie gdzieś na wschodzie, a którzy, jak się szczęśliwie okazało, również mieszkają w Hamilton. Nikt nie zawiódł.

Jak dotąd Polacy, których poznajemy, są naprawdę wspaniali. Są zaprzeczeniem stereotypu Polaka - ciasnego mentalnie, często bezkrytycznego fanatyka płytkich pseudoidei, bez własnego, sensownego zdania i tchórzliwie uciekającego w gotowe odpowiedzi.

Wiem, że trochę piaskiem po oczach.

Sam przebieg imprezy jest, powiedzmy, rozmazany. Albo wyostrzony, jak kto woli. Nie tylko ze względu na upał, ale także niedobór snu. Ten zaś spowodowany jest:

a) obecnością dzieci,

b) nieobecnością dzieci w czasie, gdy spały, tj. w nocy. Wtedy właśnie, w świetle pełni księżyca, kolorowych, dyskretnych świateł, wizualizacji z projektora oraz w bańce mocnych beatów sound systemu, a także bodźców o właściwościach niezasadowych, dzieją się uch, ciekawe rzeczy.

https://www.facebook.com/robert.meister.7543/videos/o.1635031136757264/895524290563473/?type=2&theater

BYS 994

Busik nam się zepsuł dość poważnie: skrzynia biegów padła. Automat na domiar złego, co oznacza wydatki. Duże wydatki...

No, ale cóż zrobić. Cieszyć się tylko, że padł na parkingu już po powrocie z podróży po północnej wyspie. Nie chcę myśleć, co by było, gdyby stało się to zaledwie dzień wcześniej...

Nie dziwię się, że padł, bo auto naprawdę dostało w kość. Dwa i pół tysiąca więcej na liczniku, z czego dwieście po szutrach, ślizganie się po błocie na pełnym gazie, wreszcie wyciąganie z rowu... Niby nie aż tak wiele, są lepsi zawodnicy od nas, ale zawsze to jakieś pocieszenie. Nie, że kiepski egzemplarz kupiliśmy, nie. Auto miało prawo paść.

WYPRAWA

Wyruszamy w wigilię dwudniowego święta katolickiego, kierując się właśnie do Hakea. Sam proces pakowania się na trzy tygodnie campingowania mógłby być osobnym tematem, są jednak ciekawsze rzeczy.

Nie powiadamiamy nikogo o naszym przyjeździe, chcąc zrobić niespodziankę. Na miejscu okazuje się, że... nikogo nie ma (wrócili późno w nocy). Nie mamy nic przeciwko: Hakea do własnej dyspozycji... Cóż lepszego mogło nam się trafić?

W ramach potrzymania marnych resztek tradycji, Lila przygotowuje sałatkę z czerwonych buraków. Mamy kolację przy świecach z rozległym widokiem na dolinę przy świetle księżyca w pełni...



Święta upływają nam w rodzinnej atmosferze, bo jesteśmy traktowani jak członkowie Hakea Family. Następnego dnia są nawet prezenty pod drzewkiem cytrynowym.

Czas upływa na słodkim lenistwie: czytaniu, hamakowaniu, frisbee, rozmowach. Choć były
i prace stolarskie.











KELLY

W Hakea zostajemy cztery dni, po czym wyruszamy na północ, potem zachód, gdzie nad ogromną zatoką, która według googla nie ma nazwy, właściwie odnogą zatoki, znajduje się tzw. holiday park, czyli pole campingowe dla zmotoryzowanych. Te z kolei należy do rodziny Kelly, mojej dawnej znajomej jeszcze z czasów pobytu w Australii. Poznaliśmy się na wylot, bo Kelly i jej ówczesny chłopak byli moimi współlokatorami. Cudownie ją zobaczyć po dziesięciu latach, tym razem z dwójką brzdąców!

Zostajemy tam trzy dni. Jesteśmy gośćmi, więc nie płacimy. Okolica nie jest specjalnie atrakcyjna, jednak poznajemy świetnych ludzi. Podziwiamy również Indusów, którzy w liczbie czterech rodzin anektują kuchnię i masakrują zmysły kulinarne oszałamiającymi zapachami indyjskich smakowitości.

I tylko lenistwo tłumaczy fakt, że nie zrobiliśmy u Kelly ani jednego zdjęcia.

ZATOKA MATAI

Kolejnym celem jest urokliwa zatoka na Półwyspie Karikari. Prowadzi do niej przepiękna droga przecinająca ogromne lasy natywne, w tym słynny Waipoua Kauri Forest. Kauri to potężne drzewa, które niemal całkowicie zostały wytrzebione przez chciwych osadników, którzy kupowali od Maorysów ziemie za flaszkę whisky.
W połowie drogi korzystamy z promu, co też jest atrakcją samą w sobie.

Na miejsce docieramy pod wieczór. Nie jest to jednak problem, bo mamy Bajsa, w którym śpimy. Oczekuje nas niezła ekipa składająca się z trzech mieszanych rodzin, które łączy to, że żony/partnerki są Polkami. Wszyscy mieszkają w Auckland. Zajebiści ludzie.

Jesteśmy daleko na północy. Stąd już naprawdę blisko do Przylądka Reinga lub po prostu Cape North, najbardziej na północ wysuniętego punktu w NZ. Nas jednak to nie rusza; zaliczanie miejsc kompletnie nas nie interesuje.

Zatłoczone, choć tanie i czyste pole namiotowe leży tuż nad malutką, oceaniczną zatoką, wzdłuż której ciągnie się piękna, kilometrowa plaża. Czas spędzamy głównie na plaży, korzystając z wszelkich dostępnych rozrywek, jaka ta może dostarczyć, dzięki czemu po raz pierwszy czujemy się jak na wakacjach.



Nasi znajomi zaanektowali solidny kawał przestrzeni, na środku której rozstawili wielki namiot - wiatę: w upalny dzień daje cień, a wieczorami służy za miejsce wieczornych biesiad. Jest o czym rozmawiać, bo ludzie są z wielu zakątków świata i każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. Ważne, że są inne dzieci, więc chłopcy mają towarzystwo.

SYLWESTER

Cztery dni później opuszczamy cudowną zatokę i kierujemy się do kultowej wśród żeglarzy i popularnej wśród bogatych turystów Bay of Islands, którą znam trochę  z mojej żeglarskiej przygody. Liczymy, że coś ciekawego wykluje się ze spotkania z Jankiem (z którym właśnie żeglowałem) i jego znajomymi. Niestety okazuje się, że nie mogą cumować w tej okolicy, bo nie wyczyścili w Auckland kadłuba łodzi, i że istnieje ryzyko przywleczenia jakiegoś robaka, który tu, na północy, nie jest mile widziany. Janek opowiada później, że była specjalna komisja i płetwonurkowie, i że w Sylwestra musieli zlecić czyszczenie kadłuba.

Przy okazji okazało się, że owe robaki o kształcie grubych patyczaków rzeczywiście przyczepione były do dna łodzi.

Takie mają tu problemy.

Po krótkich pozdrowieniach i życzeniach kierujemy się na południe, do miejsca, gdzie mamy świętować Nowy Rok.

Dwie godziny później jesteśmy u bramy wjazdowej na farmę, na terenie której zgoła tysiąc znanych już kolorowych ludzi będzie celebrować ten wyjątkowy na Półkuli Południowej wieczór. Wyjątkowy, bo to początek lata.

Pierwsza bramka - wielcy, groźni ochroniarze zniechęcają przypadkowych gości wstępnym wywiadem: "Bilety proszę". "Nie mamy przy sobie. Jeden jest w komputerze, drugi kupimy". "Ile osób?" itp.

Za chwilę następna bramka, tym razem wolontariusze. Te same pytanie i odpowiedź.

Wreszcie trzecia bramka, gdzie wreszcie można dokupić bilet. Lila zna tam kogoś, więc skutecznie negocjuje cenę. Adaś siedzi pod kocem i udaje rupiecia. 

Po nerwowym kwadransie oczekiwania udaje się. Lila jest bohaterką. Wjeżdżamy na teren festiwalu, który rozłożył się w rozległej dolinie porośniętej gdzieniegdzie wielkimi drzewami - w tym upale cień jest na wagę złota. Jest środa 30 grudnia. Mamy zatem o jedną noc więcej na podziękowanie za Stary Rok i powitanie Nowego.

Są przyjaciele: Mateusz z Amy z Hakea, Lara z Harrym z Auckland, natychmiast poznajemy kolejnych ludzi. Zakładamy obozowisko: pompujemy materac, rozstawiamy wiatę oraz dodatkowy mały namiocik.


Są dwie sceny/dancefloory: na jednym bardziej lajtowo, prawie coctail party i tempo minimal house, czy jak mu tam, na drugim szybciej, bardziej psajtransowo. Jest też zawsze miły dla uszu drum'n'base.

Za dnia odbywają się różne warsztaty, yoga, malowanie, żonglerka. Są food tracki. Dużo przestrzeni. 20 minut spacerkiem dociera się do niewielkiego jeziorka śródleśnego. Kąpiel jest cudowna, jest mocna ekipa zwolenników waleta.


Druga, sylwestrowa noc to zwariowany czas. Zaraz jak tylko chłopaki posną, tj. o 23:30, powiększamy sobie przestrzeń i bardziej ją kolorujemy, dodając niezłe efekty wizualne.

W efekcie idziemy spać (powiedzmy) nad ranem.



Budzi nas deszcz, wiedzieliśmy, że będzie. Dobrze, że jest wiatka, heroicznie robię śniadanie. Czasem porywiście wieje, wówczas wiatka nadyma się jak balon, i gdyby nie solidne linki, już by pofrunęła.
(Ostatecznie złamie się, bo nasiąknięta ziemia nie utrzyma szpilek.)

Ciągle pada.

W krótkiej przerwie między jednym i kolejnym deszczem idziemy na kawkę i coś zjeść - food tracki działają. Zaczyna padać, wracamy. Lilę boli głowa - coraz bardziej. Leje. Postanawiamy poczekać do jutra. Lila już tylko w pozycji leżącej - migrena... Dobrze że jest tablet dla chłopaków.

Lila ma fatalną noc.

Następnego dnia... Lila ciągle źle. "Ciągle pada", jak głosi pieśń. Zwijam więc ekspresowo obóz w rulon i już o dziewiątej wyruszamy.
Okazuje się, że przy wyjeździe jest kolejka aut, bo błoto utrudnia wyjazd z doliny. Wiele grzęźnie w błocie, inni na poboczu czekają na cud.

Nie, kurwa, muszę się wyrwać.
Moja kolej. Mam jeszcze ekstra pasażerkę, presja wzrasta.
Podchodzi człowiek: "Masz 4x4?" "Nie mam". "Oj, to słabo, stary".
Fuck!
Startuję.
Najpierw przygazówki, jednak nie doceniam błota. Dobrze, że droga szeroka.
Drugi raz biorę z prawej, unikając kolein. Błąd: szybko grzęznę. Wracam.
Trzecie podejście:


Wiem, powtarzam się
Gaz do dechy i rura! Bajs wyje jak dziadka syrenka, zarzuca na prawo i lewo, ale idzie pod górę. Lila nie patrzy.
Ja pierdzielę, nadzieja w sercu ROŚCIE, Bajs podskakuje na wybojach, ja ciągle na pełnym gazie.
Wreszcie: Udało się!!! Piszczę z radości: Yeeaaa, we've fckn' made it!!!
Rosnę duchem.
Na pewno otrzymuję oklaski i wiwaty, jak każdy, komu się udaje. 

Wracamy do Hamilton, ale tylko na jedną noc: Lila dochodzi do siebie (magia domu i kominka), szybkie pranie, pozbywamy się zbędnych rzeczy i już następnego ranka, spakowani, wyruszamy do miasta Rotorua, gdzie czekają na nas długo nie widziani przyjaciele z Australii.

Tak oto rozpoczynamy drugą, równie niesamowitą część naszej podróży.






























poniedziałek, 21 grudnia 2015

PÓŁ ROKU

...minęło, odkąd tu zawitałem. Pokusiłbym się chętnie o rodzaj podsumowania, subiektywnego spojrzenia, wstępnego ocenienia, być może rachunku sumienia, czy podliczenia mienia, oniemienia pięknem krajobrazów, wspaniałym latem, nie za gorącym, takim w sam raz.

Nie jest jednak łatwo o ocenę, gdy nie ma się oczekiwań. Po prostu rzeczy się dzieją, a dany nam szczęśliwie czas wypełniamy zdarzeniami. Te są zwykłe lub bywają niecodzienne, jak chociażby mój ostatni, czterodniowy rejs jachtem wzdłuż wschodniego wybrzeża.

Z drugiej strony nie jest też łatwo oprzeć się pokusie oceny, gdy pochodzi się z takiej Polski, gdzie ocenianie to jeden z objawów neurozy pokolenia ludzi z traumą a to powojenną, a to popeerelowską, a to poalkoholową w efekcie obu i kilku jeszcze innych. Gdybym był wyraźnie starszy lub wyraźnie młodszy, wiekowo bardziej wyrazisty, uniknąłbym losu pokolenia "w rozkroku", do którego się zaliczam: jedną nogą w komunie, drugą - w III RP. Może wtedy nie miałbym skrupułów.

A tak:

ŚMIAŁO! 
  
- No dalej, zrób to! Wyduś to z siebie. Idź pod prąd, cytując klasyka karpackiego punk rocka.
W końcu co ci zrobią, deportują? Obrażą się? Poza tym to możesz się mylić, ba, masz nawet do tego prawo, bo czym jest te marne pół roku...
Trzeba mieć mimo wszystko sporo odwagi, żeby to powiedzieć, bo presja jest ogromna, oczekiwania również. No więc...

NZ jest przereklamowana.
Ok, nieco przereklamowana.

Krajobrazy
Pagórkowate, pocięte ogrodzeniami, owszem malownicze, zielonymi pastwiskami jak na widokówce pokryte, z wszędobylskimi owcami i krowami, leniwie żrącymi trawę. Tyle że niewiele więcej, zbyt szybko się nudzi. Nie ma wiosek. To uderzające odkrycie od razu podniosło notowania Polski.
Farmy są tu rozrzucone, a jeśli już trafi się osada, nazywają to town, nigdy village. Tego słowa nie ma w użyciu.

Dewastacja lasów, jaką tu dokonano na przełomie XIX i XX wieku (na budowę nowych miast - do dziś drewno to podstawowy budulec), w tym całkowita wycinka potężnych, prastarych drzew kauri, nie tyle przeraża, co uświadamia, co stało się w Europie - tysiąc lat wcześniej. Jednak tym bardziej, boleśniej odczuć można wpływ działalności gatunku Homo sapiens, bo siłę odczuwania wzmacnia przecież rozumienie mechanizmów ekspansji planety przez ten niebezpieczny gatunek ssaka.

Na szczęście miejsca za strome dla leniwych, chciwych posiadaczy ziemi zachowało państwo. Dzięki temu mamy tu wspaniałe, zalesione góry, które objęte są częściową lub całkowitą ochroną. Całą resztę obszarów spotkał los Szkocji (lesistość NZ wynosi obecnie ok. 27%).

Fencing
Przede wszystkim ziemia jest tu pocięta brzydkim, regularnym drutem i palikami w formie ogrodzeń. Nie ma więc polnych lub leśnych duktów, jakie znamy z Polski - idealnych na spacery, czy wycieczki rowerowe. Lasy sosnowe to prywatne plantacje desek. Rodzime lasy nie nadają się do chodzenia, bo za stromo i porasta je gęsta roślinność. Trzeba zdać się na ścieżki turystyczne, których oczywiście nie brakuje.
W efekcie fencingu rzeki i rzeczki stają raczej niedostępne dla kajaków, choć wyglądają bardzo zachęcająco. Oczywiście są miejsca do kajakowania i to takie, że z nóg zwala. Mnie chodzi o te polskie Pliszki, Radunie, Czarne Wody, dzikie rzeczki, które odkrywałem z bratem i przyjaciółmi.

Oczywiście rozumiem, że muszą być ogrodzenia, inaczej wszystkie te krowo-owce rozlazłyby się po okolicy. Rozumiem również, że polska łąka, na której bezprawnie rozbijałem namiot, też jest prywatna, tyle że nieogrodzona.

Kontrolowana turystyka
Ognisk na campingach się nie pali, więc o jedną, choć kluczową przyjemność biwakowania, mniej. O brataniu się przy ogniu mowy raczej nie ma. Chyba że z partnerką/partnerem pod śpiworem "na harcerza".
Lila miała niedawno okazję skonfrontować swoją, podobną do mojej, opinię o NZ z backpackersami. Byli zszokowani, że można krytycznie oceniać NZ.
Jak to??? Przecież tu jest pięknie!

No, ...jasne. Nie ma wątpliwości, bo jeśli mowa o przyrodniczych atrakcjach turystycznych, to jest przepięknie, szczególnie na Wyspie Południowej. A dzięki temu, że takich atrakcji jest mnóstwo, poziom zgrzytu się niweluje.

Każde z tych miejsc swoim pięknem zachwyca do tego stopnia, że zostanie na długo w pamięci.
Wie o tym doskonale rząd NZ, niezwykle skutecznie kreując obraz raju na ziemi i przyciągając w ten sposób zachodnich turystów. Nieźle ich przy tym łupiąc, ale oferta turystyczna jest naprawdę imponująca. Ceny również. Tylko płacić i korzystać z życia, wolności, adrenaliny. 

Eco/Recycling
Z sześciu rodzajów plastiku tylko nr 1 i 2 idzie do odzysku, inne lądują w śmieciach. Podobnie baterie - nikt tu nigdy nie słyszał o pojemnikach na zużyte. Plastikowe reklamówki ciągle są w powszechnym użyciu.

Do niedawna komunalne śmieci zwyczajnie zrzucało się do wyeksploatowanych odkrywek. Nawet nie myślę, jak wpłynęły i wpływają na wody gruntowe. Podobno obecnie Waste Management bardziej się stara.

Woda w Hamilton jest bezpłatna (jeszcze), więc się jej nie oszczędza.
Nie wiem, jak w innych domach, ale u nas mydliny ze zlewozmywaka w łazience łączą się z burzówką i wspólnie płyną tą samą rurą do okolicznych cieków wodnych, w tym do stawu w naszym parku.

Pieszy nie ma wielu praw. Niemal nikt mu nie ustępuje. Przejść dla pieszych jest bardzo niewiele, a zebry występują jedynie w centrum. Nielicznie. Główny środek transportu to samochód, i choć istnieje komunikacja miejska, rzadko kiedy widzę więcej niż pięciu pasażerów.

Nie oznacza to oczywiście, że wystawiam złe świadectwo, choć to nie Skandynawia. Podkreślam jedynie, że gospodarka odpadami wymaga "upgrejdu". Zastanawia również, jak bardzo my, Europejczycy, w tym my Polacy, zmieniliśmy świadomość potrzeby ochrony przyrody. Przecież "reklamówki" zniknęły w Polsce niemal z dnia na dzień i to ile już lat temu!

Tyle czepiania się
Bo przecież nie narzekania.  

  PODSUMOWUJĄC

Mam wrażenie, że Nowozelandczycy żyją trochę w oderwaniu od głównego nurtu wydarzeń, nie do końca świadomi, co się dzieje za wodami. Zważywszy jednak na odległość jest i tak całkiem nieźle. Ludzie są szczęśliwi, panuje powszechne zadowolenie. Tematy tabu to zarobki, religia i - uwaga - polityka. Infrastruktura, choć podstarzała, ciągle jest sprawna i pozwala dość wygodnie egzystować.

Trudno nie zauważyć, że życie płynie tu wolniej i stabilniej niż w Polsce.
Nawet temperatura powietrza jest stabilna. Lato jest długie, okres wegetacji trwa niemal cały rok. [Ciągle jeszcze oczekuję gwałtownych wychłodzeń, bałtyckiego lata, górskich odwilży po mrozie i śniegu, ale tych nie ma.]
Auta też jeżdżą tu stabilnie, nie ma miejskich szaleńców drogowych, mistrzów prostej, a szczególnie idiotów na szybkich motocyklach. Do dziś odruchowo robię miejsce, gdy widzę taki w lusterku, zakładając, że za chwilę bzyknie mi koło nosa.

Na nieco krytyczną, choć krytycznie stabilną ocenę mają również wpływ, oprócz pokusy porównywania, mocno wyśrubowane oczekiwania. A to dzięki temu, że dokładnie, systematycznie i przez wiele lat poznawaliśmy Polskę (przyrodniczo) i jej piękno, z każdej możliwej perspektywy: z roweru, kajaka, jachtu, autostopu, pieszo, szczytu górskiego, skalnej ściany, biegówek, zjazdówek, przez okno szyby pekaesu, lornetkę, obiektyw, a raz to nawet kraty policyjnego aresztu.

Znamy też trochę świata. Poza Europą i Afryką Północną (Lila), Australię: niemal wszystkie parki narodowe wokół Sydney (ponad trzydzieści), Góry Kościuszki oraz całe zachodzie wybrzeże: od Darwin po Albany.
Poznaliśmy również trochę Azji: Południowo-Wschodnią oraz Indie.

Możemy więc radośnie wybrzydzać i ze spokojem stwierdzić:

Krajobrazowo Polska nie przegrywa z Nową Zelandią.

Ale to tylko nasze zdanie.

WAKACJE

Trwa przedświąteczny amok. Święta tutaj to czas letnich wakacji, czas wybitnie hedonistyczny - jak zresztą wszędzie - w najlepszym i wyczerpanym do bólu, tego słowa rozumieniu. Ludzie sprawiają sobie różnorakie przyjemności, po czym zaczynają urlopy. W sklepach upierdliwe kolędy tak samo masakrują co wrażliwsze uszy, a plastikowy, choinkowy kicz w dniach chwały dumnie płynie po powierzchni percepcji. Gawiedź się cieszy, słońce miło grzeje, choć nie ma upałów. A jakby nawet, to miła bryza zawsze schłodzi na czas. Brakuje do szczęścia zapachu grillowania.

Adaś już ma wakacje, które potrwają do połowy stycznia. Atmosfera urlopu wisi w powietrzu. Za cztery dni pakujemy busa i wyruszamy na trzytygodniowy objazd wyspy w kierunku północnym. Po drodze odwiedzimy przyjaciół na campingu, potem zgarniamy innych przyjaciół z Australii i odkrywamy interior wyspy.

Zresztą zobaczymy, co się wydarzy.








wtorek, 24 listopada 2015

STABILNIE

W OGRODZIE

Dni upływają stabilnie, bez większych zawieruch, gwałtownych tąpnięć, które pewnie kiedyś nastąpią, bo muszą, bo taka jest ich natura, bo taka jest natura zdarzeń nieuchronnych oraz rachunku prawdopodobieństwa.
Wypełnianie danego nam czasu  odbywa się bez większych zakłóceń, Hamilton coraz częściej wydaje się być miastem sennym. Senność potęguje również fakt, że bywa nawet gorąco i bzyczą niechciane, duże  muchy, które z impetem wpadają na salony, a także senne, oszałamiające i odurzające zapachy kwitnienia; uszy zaś sennie łaskocze wszechobecny, rozkoszny świergot ptaków.


Impresja na wąkrotę i kąty
W przyrodzie trwa orgia życia: wszystko pcha się do słońca, na siłę, a kto wyżej, ten lepszy. Ale za wysoko nie warto, bo prędzej czy później wychylających zrówna do poziomu kosiarka. Więc płożą się po ziemi, rozkładając swoje zielone ramiona i rozpychając łokciami.
Ależ parcie na przetrwanie, jaka wola życia! Każdy sposób, o ile skuteczny, jest dobry, byleby do słońca, byleby przetrwać.

Jest na przykład taka roślina, umówmy się: chwast, o podejrzanej nazwie wąkrota (hydrocotyle).
Czyż nie kojarzy się  z wągrem? wąglikiem? albo wąsem? (Wąchock zostawmy w spokoju.)
Pod koniec zimy pierwsza wystawiła nosa: pojawiła się znienacka, wypuszczając purpurowe kwiatki na purpurowych pędach. Poznaliśmy się bliżej w ogrodowym klombie, który służy także za kompostownik, a ostatnio warzywniak.
O! Jak fajnie, że jesteś, witaj roślinko wiosenna!

Jednak kiedyś przyszedł Martin, sąsiad, który pożycza mi kosiarkę i kontroluje okolicę czujnym okiem. Martin każe pozbyć się tych chwastów. Ale o co chodzi, gatunek pionierski, ładne kwiaty, zwiastun wiosny.
Wtedy nie posłuchałem, teraz zaś prowadzę prywatną wojenkę z panią wąkrotową. To roślina, która mnie z jednej strony wkurza, także swoim intensywnym, metaliczno-kwaskawo-słodkawym zapachem, ale jednocześnie imponuje sposobem na przetrwanie. Otóż dotąd myślałem, że wystarczy wyrwać toto z korzeniami (a wyrywa się zaskakująco łatwo) i ciepnąć na kompost.

Nie nie, moi drodzy. Nie z nią te numery. Tej roślince o to właśnie chodzi. Wrzuć mnie na kompost, przykryj skoszoną trawą, a ja sobie już tam poradzę.
Zaraz korzenie chciwe do wilgoci wypuszczę, zaraz łapskami rychło rosnącemi wolą przetrwania wychynę i zachłanne listki do słonka wysterczę. A jak się panoszy po okolicy! Wszędzie pełno tejże.
A Martin mówił: do śmieci, nie na kompost!

Coraz częściej myślę, że rośliny są mądrzejsze od większości ludzi.

Z tym ogrodem związany jest osobny wątek. Już wcześniej podejrzewałem, że może to być ciekawa "wczuwka" i rzeczywiście, przykuwa uwagę.
Zaczęło się od rozważań, że skoro mamy już zioła, że skoro jest kompost (czytaj: klomb), warto go wykorzystać, więc posadźmy sobie na nim warzywka.

Najpierw Lila zasadzi pestki dyni, potem, gdy te wykiełkują, dorzucę dwie cukinie, cztery krzaczki pomidorów i kolendrę, a dynie rozsadzę. Teraz czekamy. Czekając podlewamy, podpieramy patyczkami i kamyczkami, bo chucherka to takie, osłaniamy,  zaglądamy co dwie godziny, chuchamy, cackamy, dmuchamy.

Oczywiście bogaty kompost upatrzyli sobie również inni, w tym jeż oraz ślimaki. Pierwszy jest mile widziany, drugi jest mile widziany przez pierwszego i o to chodzi. Te pełzające kreatury, monstra obślizłe, z tą żałosną muszlą na plecach, żerują z przyczajki, w nocy i bezwstydnie lubują się w  liściach naszej biednej, prześladowanej cukinii. Naszym dziennym sprzymierzeńcem są ptaki, które w ogóle się mną nie przejmują, gdy odchwaszczam nasz klomb i odsłaniam kryjówki ślimaczych potworów.

W ogóle zwierzęta nie są tu tak płochliwe, jak w Europie. Ptaki nie odlatują tak gwałtownie, rybki w rzece nieśmiało podpływają, licząc na przekąskę, kaczki, kury i inne kuraki w tutejszym arboretum są wręcz nachalne; rdzenne karaluchy mają swoje kryjówki w drzewach, a nie w domach (czasem się zawieruszą). Widać, że zwierzęta aż tak dużo krzywdy tu nie doznały od głupiego, egoistycznego, zabobonnego, nigdy nienasyconego szkodnika, jakim jest człowiek.
Panuje względny sojusz między gatunkami. Inna sprawa, że natywnych ssaków - wrogów ptaków - w NZ nie ma, a te, które są, przywlókł inny ssak: biały najeźdźca; wężów nie ma w ogóle, pająki... Tylko jeden gatunek, white-tailed spider, budzi tu respekt.

PODEJDŹ DO PŁOTA

Tak więc dni upływają stabilnie.
Nawet niespodziewana dziura w płocie stabilności tej nie zakłóci.
W pewien niedzielny poranek do frontowych drzwi puka sąsiadka zza płota i zaczyna przepraszać, obiecując niezwłoczne naprawienie szkód. O jakich u licha szkodach ona mówi, myślę sobie?
Po czym już za chwilę podziwiam wielką dziurę w płocie obok domu. 

Dziura wielkości dwóch osób! Na siedem desek. Dokładnie taka, jaką robią frajerzy z dwudziestowiecznych filmów akcji, odpalani przez twardzieli jednym ciosem w szczękę.

Fakt, była wieczorem impreza, głośno grała muzyka, sporo młodzieży maoryskiej; faktem jest też, że wzięli się w nocy chłopaki za łby, słyszeliśmy. Jak to chłopaki, pewnie poszło o laskę. Eh te przaśne, umięśnione chłopaki...
Ale żeby sztachety??? Człowiek ucieka od sztachet, wideł i bejsboli na drugi koniec świata, a tu proszę... Jak nie sąsiedzi walą się po ryjach, to wiadomości ze świata polskiej polityki. (Nie widzę większej różnicy.)
Przaśność to zjawisko globalne.



KOLEJ
 
Dziesięć minut od naszego domu znajduje się największy w mieście park, o którym pisałem niedługo po przyjeździe, o czym, mam nadzieję, uważny i pamiętliwy czytelnik pamięta.
Duży park służy za cel spacerów: jest tam staw, otoczony dzikim lasem, jest wzniesienie z ławeczką, z której można podziwiać otaczające góry, wpatrywać się w wiatraki na tle zachodzącego słońca lub podglądać wyścigi konne na wielkim, świetnie utrzymanym torze u podnóża wzniesienia, lub po prostu wpatrywać się w długie pociągi towarowe załadowane kontenerami.

Na jego przeciwległym końcu znajduje się pewna osobliwość: Jest nią miniaturowa infrastruktura kolejowa.
Nie, nie ta zabawka dla małych i dużych dzieci, kolejka elektryczna, o której większość z nas, samców, marzyła. Nie, nie taka. A już na pewno nie taka, żeby nie można było się nią przejechać. Właściwie na niej. Tak właśnie, na oklep, bo na tej kolejce można wierzchem jechać.

Jest tam stacja kolejowa, poczekalnia, kasa biletowa, perony, do których dochodzi się wiaduktami, jest maszynownia, parowozownia, wagonownia, obrotnica, są zwrotnice, krzyżownice, semafory, no i oczywiście trasy kolejowe.
W sumie 1,6 kilometra torów wiodących przez: trzy tunele, cztery wiadukty i dwa mosty nad stawem. Trasa wiedzie nasypami lub wąwozami otoczonymi gęstym laskiem lub zieloną łąką.

Pociągi jeżdżą w weekendy, o ile nie pada. Linia utrzymywana jest ze sprzedaży biletów za przejażdżki, a także ze składek członków klubu inżynierów-pasjonatów. Tory o rozstawie około 30 cm są na tyle solidne, że stabilnie utrzymują pojazdy oraz grupę pasażerów siedzących na nich okrakiem. Oczywiście największą frajdę mają dzieci (w Polsce mieliby złomiarze), ale czy aby na pewno tylko one?
Po pierwszej rundce już wiem, że nie tylko.

Dla mnie największą atrakcją są tunele. Na drugim miejscu most nad stawem. Na trzecim - wąwozik przecinający mroczny, wilgotny lasek. Dalej zwrotnice. I turkot kół, który przypomina tramwaje wrocławskie... albo podróż PKP w dawnych latach, kiedy tory nie były jeszcze spawane i rytmicznie, transowo usypiały swoim tutu tutu... tutu tutu... tutu tutu...

Wagoniki, napędzane przez lokomotywki spalinowe, to wierne kopie oryginałów. Jest jednak ewenement: miniatura parowozu. Żeby było jasne: pojazd napędza mini silniczek parowy. Na stacji, po zrobieniu kursu, maszynista dosypuje odrobinę węgla oraz uzupełnia wodę. Wygląda to nie tylko ciekawie, ale i komicznie. Starszy pan ubrany jest jak maszynista i jest maszynistą, zaś proporcje wprowadzają trochę groteski, trochę zaś bajkowego, muchomorowego klimatu.

I tak oto ujawnia się, na wierzch wypływa, moja absolutna słabość do wszystkiego, co jeździ po szynach, włącznie z wagonikami kolejki w naszym parku. Jedne z najbardziej intensywnych wspomnień z dzieciństwa to ciepło bijące od groźnego, czarnego cielska parowozu, słodkawy zapach pary i dymu...to górskie echo gwizdka lokomotywy, stukot kół, zderzanie i przetaczanie wagonów przez rozpędzający się parowóz; dźwięki te słyszałem co wieczór, zasypiając jako chłopiec w rodzinnej przygranicznej Lubawce...

Tu oświadczam, że raczej nie stwierdziłem u siebie wyraźnego spektrum autyzmu, choć przyznaję, nigdy nie byłem diagnozowany przez specjalistę.
Pociąg to raczej skojarzenie: podróż, przygoda, weekend, ferie, wakacje, choć i nieprzyjemny powrót do internatu  technikum leśnego, bardziej niż "zafiksowanie". 

Moim najskrytszym, najbardziej pożądanym marzeniem podróżniczym było i jest wybrać się w kilkudniową podróż drezyną.





WSPINACZKA

Na stabilność, tym razem ruchów, ma wpływ niewątpliwie wspinaczka. Jak dotąd głównie Adaś się wspina, ponieważ ma sprzęt i nieźle mu idzie. Nie jakoś super nieźle, zresztą nie o to chodzi. Pewnie, byłoby miło połechtać ojcowskie ego medalem jakimś, tudzież dyplomikiem za zajęcie miejsca w zawodach, ale to już ociera się o terapię.
Wystarczy, że chodzimy raz w tygodniu na indoor climbing,
a raz udało się nawet pojechać w skały.

40 minut od Hamilton, na terenie prywatnej farmy, znajduje się Castle Rock, który do niedawna był mekką ciągle nielicznych tu wspinaczy.
Gdy właściciel farmy skomercjalizował miejsce (wyremontował hostel, wprowadził opłatę za wstęp), wolni skałkowcy uciekli dalej, do Secret Valley, która, mimo że również znajduje się na prywatnej ziemi, jest w miarę dostępna. Dla wtajemniczonych.

Nam jednak skromna opłata nie wadzi. Nawet stado rześkich byków, które mijamy z duszą na ramieniu, nam nie wadzi (żeby dojechać, trzeba otworzyć i zamknąć trzy bramy i przejechać przez pastwisko).
Na miejscu spodziewamy się ludzi, jak to bywało w Sokolikach - tam zawsze w weekend tłoczno. Okazuje się, że jesteśmy sami.

Ku mojej radości drogi wspinaczkowe przygotowane są do wciągnięcia liny z dołu. Jaka ulga! Nie trzeba za każdym razem włazić na górę i zawieszać wędki, w efekcie więcej dróg staje się dostępnych. Wystarczy przywiązać  zwieszoną linkę do liny i przeciągnąć.

Pogoda świetna, choć słońce za mocno grzeje.
Skała przypomina wyglądem pumeks, zaś strukturą - piaskowiec.
De facto jest to Pocketed Ignimbrite i cokolwiek to znaczy, jest pewnie skałą powulkaniczną.

Sprzęt częściowo mamy z Polski (Adaś już we Wrocławiu często bywał na ściance), najważniejsze zaś - liny, taśmy i reszta szpeju - od Murraya, który kiedyś był ratownikiem górskim.                                                         
Skała wygląda świetnie, wspinaczka inna niż zwykle, kiedy to szuka się odstających stopni i chwytów; tutaj szuka się dziur w skale.
Adaś ma frajdę. Rajcuje go szczególnie wysokość, bo jak dotąd ograniczała go hala sportowa. Jedna z jego dzisiejszych dróg będzie miała 19 metrów.

Dzięki możliwości szybkiego przełożenia wędki eksplorujemy tyle, ile się da: na ile pozwala czas oraz zbliżające się deszczowe chmury. W przerwie na późny lunch koniecznie chcę podgrzać zupę na gazie i zaparzyć kawkę, ale okazuje się, że nie mam zapalniczki. Na szczęście są kanapki i owoce, bo w desperackiej potrzebie znalezienia iskry bliski jestem użycia akumulatora.

Fakt, że jesteśmy sami, wprowadza dziwny nastrój, trochę jak z "Pikniku pod wiszącą skałą": jakoś sennie tutaj i ten wiatr taki niespokojny... No i te byczki: czemu takie niemrawe?

Mrawe czy nie, czujność musi być wyostrzona, ostrożności nigdy za wiele. Z karczystymi bysiorami nigdy nie warto zadzierać: czy to w Polsce, czy na obczyźnie. Kark to kark.











































sobota, 14 listopada 2015

SAMOCHÓD

Jak każdy naiwny, nieasertywny Polak z pokolenia pana Mirka, również i ja łatwo ulegam argumentom w stylu: nie bity, zero szpachli, igła, kobieta jeździła, że Niemiec płakał, a teraz dzwoni, żeby posłuchać silnika, że gałka sygnetem zarysowana, że jedyny minus to ten na akumulatorze.
Jestem typem człowieka, który czasem kieruje się chwilową emocją, a już szczególnie w temacie zakupu aut. Chcę mieć TO. Niby jeszcze głos rozsądku coś tam podpowiada, coraz głośniej, potem krzyczy, ale ja ostatnio bardzo doceniam ciszę. Cicho tam!
Przecież każde auto i tak trzeba robić, bo zawsze coś wyjdzie.

Tak więc, mimo postanowień, że tym razem będę twardy, że wykażę się wnikliwością znawcy, który połamał w Polsce zęby na niejednym Mirku, czy Mietku, że dokładnie się przyjrzę i sto razy zastanowię, znów ulegam pokusie pierwszego wyboru. Taki już jestem. Chyba lepiej wyjść z założenia, że ludzie są uczciwi i dobrzy z natury? Czy nie?
Poza tym czy  nie szkoda czasu na jakieś tam zaglądanie,    przepytywanie, sprawdzanie itp?

Na szczęście tym razem o sprawdzenie auta zadbał za mnie kto inny. I dobrze, bo przed transakcją było w warsztacie dwukrotnie.
Pierwszy, trochę nadgorliwy przegląd, mocno zniechęcił. Po drugim, bardziej pozytywnym, oraz po telefonie do przyjaciela Remka w Polsce, a także po utargowaniu kolejnych kilku stówek, kupujemy. Właściciel, niezwykle sympatyczny facet, wykazuje się zaskakującą cierpliwością, bo wszystko trwa tydzień. A może to magia $500 depozytu? Nie wiem, ale rodzinka sympatyczna.
Auto wewnątrz bardzo zadbane, wszystko działa w naszej Toyocie Hiace Supercustom '95, 3.0 turbodiesel w automacie, kolor, uwaga, FIOLETOWY.

(Uwielbiam tę polską manierę językową z użyciem przyimka "w": w klimie, w dieslu, w gazie. Nie cierpię natomiast słowa grill na określenie kratownicy auta. W ogóle nie lubię tego słowa: nie dość, że wymowa niewygodna, to jeszcze ten zapach, który od razu czuję w nozdrzach.)

Tak więc mamy busa, w którym można spać. Co prawda nad komfortem spania trzeba będzie popracować, ale...


PIERWSZY CAMPING

Rozumie się, że w nadchodzący weekend od razu zechcemy przetestować auto. Panuje co do tego absolutna zgodność w rodzinie.
Mapy, te papierowe i te z ludzkiej skóry, studiujemy dopiero w piątek wieczorem w łóżku, rozkoszując się ich zapachem dosłownie i w przenośni.
Wybór pada na ciekawie wyglądającą dolinę w pewnym masywie górskim na półwyspie Coromandel, która oferuje nie tylko piękne górskie szlaki piesze, ale także duży wybór pól campingowych. Prognozy pogody wróżą piękną pogodę, choć noc ma być zimna.

Z tuzina pól namiotowych wybieramy to najdalej i najwyżej położone, na innych obawiając się tłoku. Niepotrzebnie. W visitor centre płacimy 25 dolków (dyszka od osoby+starsze dziecko), po czym kontynuujemy jadzę szutrową drogą wzdłuż malowniczej, górskiej rzeki, która tu i tam tworzy skaliste baseny idealne do letniej kąpieli, co potwierdza obecność plażowiczów.

Nasza miejscówa położona jest nad tą samą rzeką, jednak jest tu bardzo kamienista, jak bieszczadzka Wetlina. A nawet bardziej. Można jednak schłodzić nogi, a jak się dłużej posiedzi, to i węgorze podpłyną, odważnie wystawiając pyszczki po przekąskę. Te jednak są raczej mięsożerne, chlebkiem gardzą.

Na polanie stoją oprócz nas cztery ekipy, kolejne dojadą wieczorem. Od razu widać, kto stąd, a kto backpacker z Niemiec.

Nasz nowy dom na kółkach okazuje się być bardzo przyjazny dla takiej rodziny, jak nasza, głównie pod względem przestrzeni, komfortu jazdy oraz ceny ropy: $ 1,05/l (2,50 PLN).
Dobrze jednak, że mam swój namiot dwójkę, bo bez porządnych materaców byłoby za ciasno.

Dzień mija szybko, nasi sąsiedzi, którzy rozbili obok wielki, czerwony namiot (od razu wiadomo, że "lokalsi") wracają tuż przed zmrokiem z canioningu: zziębnięci, w mokrych wetsuitach, widać, że zmęczeni.
Liczymy po cichu, że mimo zakazu ogniskowania jakieś małe rozpalą, na które miejsce jest za ich namiotem, że może się wprosimy, bo jak tu bez ognia...


Niestety. Ogniska tym razem nie będzie.
I tak oto znalazłem słaby punkt NZ, o co nie jest tu łatwo, bo mają tu deficyt słabych punktów.
Bez ogniska...
Ale dlaczego, zastanawiamy się z Lilą pod koniec dnia? Patrząc dookoła, zagrożenie pożarowe żadne, więc o co chodzi?
Może o zachowanie czystego powietrza, bo gdyby wszyscy rozpalili, to cała dolina pokryłaby się dymem i jego pochodnymi zapachami?
Może jest to celowe działanie uderzające w pierwotną, ludzką potrzebę integrowania się przy ogniu oraz piwku/winku/wódeczce, a także nie mniej pierwotną potrzebę wyzwolenia artystycznej duszy ogniskowego śpiewactwa?

 Nie wiemy. Wiemy jednak, że:
- nie ma innego wyjścia, jak tylko się z tym pogodzić, bo zakaz ogniskowania jest w sezonie powszechny,
- z dostępnych rozrywek mamy tylko siebie, ciszę, aromaty kwitnącej przyrody oraz... rozgwieżdżone niebo.
Pierwsze jest oczywiste, drugie zawsze mile widziane, trzecie - mniej oczywiste, przynajmniej dla mnie, bo Lila zna już tutejsze wczesne lato, czwarte natomiast pobudza wyobraźnię i daje okazję do wielu refleksji natury kosmicznej.

Oto nad nami Niebo Południowe, z nowymi konstelacjami, choć starego znajomego Oriona już wcześniej powitałem. Jeszcze innego znajomego, Krzyż Południa, ponownie witam po latach.
Miliony gwiazd... Wymyślamy własne gwiazdozbiory. Na przykład jeden z nich na zachodnim nieboskłonie... Niniejszym nadajemy ci nazwę Sztuczna Szczęka.
Za karę, za brak możliwości upieczenia tosta z ognia, każemy wymówić nazwę lokalnym strażakom odpowiedzialnym za wydanie zakazu.

Ziąb i wilgoć nie daje wiele nadziei na dalszy rozwój wypadków, więc idziemy spać. I tak robimy to jako ostatni ze wszystkich biwakujących.

W niedzielę rano nasi sąsiedzi (dwie pary) rozkładają maty i zaczynają acroyogę. Zaraz do nich dołączam, jednak złamany palec lewej stopy szybko studzi zapał. Za to Lila radzi sobie świetnie.
No, ale jak się ma takie ciało...


THIRTH OF THAMES

W drodze powrotnej oddalamy się od domu, chcąc zaliczyć tutejszą rivierę. Przy okazji zaspakajam ciekawość na znaczenie słowa thirth. Okazuje się, że to zatoka, tyle że po szkocku. Thames zaś to... Tamiza. No tak.

W tle szkoła
Droga wiedzie na północ zachodnim brzegiem półwyspu, wzdłuż zatoki. Auto prowadzi się dobrze, liczne zakręty i podjazdy pokonuje gładko; automat daje radę, odkrywam funkcję overdrive; turbo świszczy, jak oddech stuletniego palacza papierosów z nowotworem tchawicy.

Widoki są wspaniałe. Co chwila jakaś przydrożna plaża zachęca do kąpieli w błękitnej wodzie. Czasem droga wije się pod górę, otwierając piękne widoki, nawet na odległe wieżowce Auckland. W połowie trasy robimy postój na kąpiel, z czego korzysta tylko dzielny Adaś. Ja podziwiam położoną tuż przy plaży szkołę. Korzystając z okazji, że "niedawno" był Dzień Nauczyciela, składam spóźnione życzenia:
Obyście wszyscy pracowali w szkołach położonych przy plaży!

Pędzimy do domu, bo chcemy mieć wieczorem czas na podsumowanie weekendu, w tym na publikację zdjęć. Wszystko zapinamy na ostatni guzik, choć właściwie to już odpinamy. W każdym razie całość opinamy klamrą dobrze wykonanego zadania.
Możemy nawet zameldować jakiemuś prezesowi.





















O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2