TRZY LATA
Trzecią rocznicę przyjazdu do Nowej Zelandii obchodzę w towarzystwie Streptococcal pharyngitis, mało sympatycznej bakterii zamieszkującej okolice gardła i powodującej równie mało sympatyczne objawy w postaci bólu gardła, gorączki i innych przypadłości typowych dla infekcji bakteryjnej.
Bakteria ta nie jest proszonym gościem na imprezę rocznicową, więc obrzydzam jej pobyt dużą ilością czosnku, imbiru oraz kroplami olejku z oregano, które to substancje, zmiksowane w procesie trawienia, skutkują dość osobliwym aromatem wydzielanym przez moją cielesną powłokę. Trzymam się więc z daleka od rodziny, albo raczej rodzina ode mnie, unikając w ten sposób konfrontacji z mocą wydzielanych przeze mnie gazów, zwanych pospolicie bąkami.

Dobrą stroną rodzinnego ostracyzmu jest bezkarne wylegiwanie się w graciarni, jak nazywamy dodatkową sypialnię pełniącą funkcję mini-studia muzycznego. Nieograniczony dostęp do instrumentów i laptopa (przecież nie mogę grać bez komputera) to luksus, na jaki na co dzień nie mogę sobie pozwolić. Bo to jak nie obowiązki rodzinne, domowe, przydomowe, to Lila - wkręcona w jakiś śmieszny serial na netfliksie - skutecznie pozbawia szans na pogranie na instrumentach, czy jak kto woli, na obejrzenie kolejnego odcinka mojego ulubionego serialu "Life Below Zero". Też na netfliksie.
WIELKIE PAKOWANIE
W sypialni leżą na podłodze dwie wielkie torby podróżnicze oraz jeszcze pusty plecak. - A dokąd to tym razem? Na dodatek na początku zimy? - zapytałaby zapewne osoba rozeznana w temacie tutejszego klimatu oraz globalnych stref czasowych.
- A no do Polski tym razem.
- Do Polski???
- Tak, do Polski się wybieramy. Pojutrze wylatujemy.
- A po co do Polski?
- Kości stare wygrzać w letnim słońcu na cudownie ukwieconej łące polskiej alergicznej kleszczogennej leżąc, z widokiem na świerkowe góry.
- Rodzinę odwiedzić, babcie, dziadków, siostry, braci, kuzynów i kuzynki, ciotki i wujków oraz ich dzieci. Te ostatnie , a także co młodsze kuzynostwo ma zapewne głęboko gdzieś niemal zapomnianą ciotkę z Nowej Zelandii, no chyba że przywiezie prezenty. Kiedyś dolary, marki niemieckie w kopercie, paczki z czekoladą Milka, wafelkami i gumami do żucia, zegarek elektroniczny i resoraki, ale teraz? Zupełnie nie mam do tego głowy. Album ze zdjęciami "Beautiful New Zealand"? Plastikową figurkę Maorysa? Gumowego ptaszka kiwi? Owieczkę-breloczek na łańcuszku?
- Przyjaciół i znajomych spotkać, mordy podstarzałe zobaczyć, siwe włosy na skroniach i brzuchy jakby większe dyskretnie zauważyć, zdziwienie wyrazić, jak szybko dzieci powyrastały. Wiśnióweczkę pod Kalamburem wysuszyć, co by zaoszczędzić na knajpianych cenach, na rowerach się bujnąć wokół Wrocławia, nowe ścieżki rowerowe odkryć.
- Sąsiadów na Swojcu odwiedzić, flaszkę w ogrodzie wypić pod meczyk i warzywka z grilla. Potem dzielnię obejść i stare kąty obsikać, w Widawie się schłodzić, na Wojnów autobusem 115 do kolejnych znajomych podjechać.
- W góry z plecakiem wyskoczyć na kilka dni, poczuć aromat wysokogórskich łąk, rozgrzanego w słońcu lasu świerkowego, jagodami paluchy ubrudzić, grzybka znaleźć i koniecznie zabrać, choćby jednego, do jajecznicy. Żeby się nie zmarnował w lesie. Albo żeby kto inny nie znalazł.
- Ogórków małosolnych pół kilo na dzień dobry u teściów wciągnąć, potem paprykę konserwową i sałatkę warzywną, cofką pospolicie zwaną. Schłodzoną wódeczkę marynowanym grzybkiem popchnąć.
- W rodzinnym domu pierogów ruskich, barszczu klarownego, kapustki zasmażanej, buraczków z chrzanem, soku z pomidorów z działki, cydru domowej produkcji skosztować.
- Jabłuszka kaparowe z biedry.
- Zetknąć się z polską rzeczywistością, z bajzlem polskim narodowo-katolickim, wiecznym polskim wkurwem, zaciętością i zaściankowością. Stanąć twarzą w twarz z Chamem polskim, cuchnącym potem i tanim browarem z puszki i z lubością wciągnąć do nosa ten jego smród, żeby na zawsze już pozostał w pamięci i przypominał o korzeniach. O ojczyźnie, macierzy.
- Z masochistycznym uwielbieniem obejrzeć sobie Wiadomości TVP. Żeby poczuć na własnej skórze i podskórnie lokalną rzeczywistość i społeczne nastroje. Żeby poczuć się pisowcem. Choć raz w życiu.
Liczę, że wtedy łatwiej będzie stamtąd wyjechać.
Do zobaczenia.
WYSPA POŁUDNIOWA CZ. III
CENTRAL OTAGO

Za wybór kolejnej destynacji naszej podróży odpowiedzialne są - oprócz układu kierowniczego, którego nie sposób pominąć i nie docenić w tej opowieści - bardzo skromna sieć dróg: to po pierwsze. Po drugie: Vatsan i Ola, którzy wymyślili sobie, że ostatnie dni spędzimy pod namiotami nad górskim jeziorem.
Kraina położona jest po wschodniej stronie głównego masywu Alp Południowych, które powstrzymują masy powietrza, w tym chmury deszczowe. Dlatego zimą jest tam zimno, a latem sucho. Z pierwszego cieszą się fani sportów zimowych, z drugiego - fani wina.
Faktycznie, jest sucho i nie pada. Góry są bezdrzewne i szarobrązowe, właściwie wszystko jest brązowe, z wyjątkiem zielonych enklaw nawadnianych pastwisk. Szarość i brąz nie zachęcają specjalnie, jest dość ponuro. Trzeba się przyzwyczaić.

Queenstown, miasto-ikona, zimowa stolica NZ, słynąca ze wszelkich adrenalinowych wariactw, jakie człowiek wymyślił i z jakich NZ jest słynna, jest na naszej trasie, zatrzymujemy się więc na chwilę, jednak dzikie tłumy turystów, korki i brak szans na miejsce campingowe wyganiają nas czym prędzej.

A szkoda, bo to takie tutejsze Zakopane, to przecież nowozelandzki hedonizm w pigułce, przyciągające nie tylko przeciętniaków, ale i wszelkiej maści post-hippisów, buntowników, artystów ulicznych i innych konsumentów leczniczej marihuany, do których i my się zaliczamy.
Lecimy jednak dalej, campingu szukać, bo późno, dobrze że blisko do bieguna, bo dzień długi.
Liczymy, że znajdziemy coś w Wanaka, lecz gdy okazuje się, że tu też wszystkie capingi zajęte, opuszczamy więc miasto, bo dzieci, na dziko trzeba, choć zakaz. I oto nagle, gdy nawet nie zdążamy rozpędzić aut, przy rzece za mostem wyrasta wielki camping, o którego istnieniu nie miały pojęcia ani nasze mapy, ani aplikacja KiwiCamp. W lesie. Dla biedaków jak my, sądząc po cenie za nocleg.
Następnego dnia rano widzę w oddali ludzi na rowerach górskich, zjeżdżających ze wzgórza. Myślę sobie: Kurczę, trasa downhillowa, a przecież targam ze sobą Gianta właśnie do downhillu. Co więcej, początek dwunastokilometrowej trasy poziomu intermediate jest w narożniku pola namiotowego. W pośpiechu zapominam wody i aparatu...
To moja pierwsza typowa trasa zjazdowa. Wrażenia, widoki, możliwości roweru, wyprofilowanie trasy - nie do opisania. Wyjątkowo zajebista przygoda!
Camping
Właściwy obóz rozbijamy 20 km dalej, nad przepięknym (kolejnym) ogromnym górskim jeziorem. Jest świetnie: nasze i Oli/Vatsana dzieci trybią znakomicie, dorośli również, oddając się we władanie drobnych przyjemności: od kąpieli w krystalicznie czystej wodzie jeziora, poprzez sączenie lokalnych piwek, wspólne gotowanie, do konsumcji tegoż przy kilku lampkach tutejszego wina, skończywszy na muzycznych wieczorach podkręconych delikatnym jointem. Leczniczym.
GÓRY NAJWYŻSZE
Każda bajka ma swój koniec i nadchodzi moment rozstania z naszymi przyjaciółmi. Wiemy, że nieprędko się znów zobaczymy, łzy kręcą się w oczach. Ignacy płacze potem na całego, gdy wreszcie uświadamia sobie, że nie ma już Jany i Bruna...

Kierujemy się na zachodnie wybrzeże, do krainy West Coast, fundując sobie kolejną dawkę nieziemskich widoków. Suche góry znikają i oto nagle ponownie wjeżdżamy w strefę lasów deszczowych. Zieleń i wspaniałe góry Mount Aspiring NP dosłownie uderzają zdwojoną mocą zieleności po marsowych odcieniach Central Otago. Kierujemy się do Fox Glacier, małej turystycznej wioski u podnuża lodowca o tej samej nazwie, jednego z kilku najsłynniejszych w NZ.

Jedziemy wiele godzin, przecinając majestatyczne góry, pokonując przełęcze, głębokie doliny, niezliczone, rozległe koryta rzek, by dotrzeć w końcu do oceanu, wzdłuż którego przemieszczamy się na północ.


Doświadczamy pustkowia. Nie mijamy żadnej wioski, osady, a jeśli już, to ukryte wstydliwie gdzieś za drzewami nieśmiałe chałupy, które ledwo znoszą piętno przypisanej im nazwy geograficznej.
Widoki absolutnie piękne: po prawej dzikie góry w oddali i gęsty deszczowy las przy drodze, po prawej zaś niekończące się dzikie plaże. Góry po prawej są coraz wyższe.

W końcu wyłaniają się alpejskie, zaśnieżone szczyty.
Tak się świetnie składa, że w Fox Glacier mieszka nasz znajomy, Polak, który z radością odwdzięczy się za gościnę, którą udzieliliśmy mu w Hamilton kilka miesięcy wcześniej.
Piotr mieszka w jednym z kilkunastu malutkich domków wynajmowanych przez sezonowych pracowników z całego świata, głównie do obsługi turystów.
Przesympatyczny gospodarz raczy nas nie tylko gościną, ale i służy wiedzą o terenie. Okazuje się, że na lodowiec można się dostać jedynie helikopterem. Jest też pięciogodzinny szlak pieszy "tam i z powrotem" do platformy z widokiem na morenę sąsiednigo lodowca Franz-Josef Glacier w miejscowości, a jakże, o tej samej nazwie, co lodowiec. Nie mając wyboru, wybieramy górską wycieczkę. W końcu nigdy nie doświadczyłem lodowca.


GÓRSKA WYCIECZKA

Dotarcie do platformy widokowej z dziećmi zajęło nam niemal cztery godziny. To że zaprawiony w bojach Adaś dał radę, nie dziwi. Ale że Ignacy? To już coś, dobrze rokuje na przyszłość. Bo szlak, jak to w górach wysokich: im wyżej, tym trudniejszy. Na dodatek startujemy niemal z poziomu morza na wysokość około 950 m, co daje około 900 metrów przewyższenia.
Szlak przepiękny. Po lewej gęsty dziki las poprzecinany żlebami okresowych potoków i wodospadów, po prawej stały widok na dolinę lodowcową, nieustannie rzeźbioną przez wartką rzekę zasilaną lodowcem. Po drodze pięć wiszących mostów, z których najdłuższy ma ponad 150 metrów.


I pewnie cieszyłbym się echem rzeki koloru śmietany, gdyby nie... helikoptery. Ich nieustanny ryk tak psuje klimat, tak bardzo koliduje z dziką przyrodą, że aż serce boli, że aż wkurw doskwiera skwierczeniem wskrośnym. Tak właśnie robi się w NZ kasę na turystach. Bez skrupułów, choć przyjaźnie, z uśmiechem na twarzy.
Taka to atrakcja dla leniwej klasy średniej oraz chińskich turystów, którzy koniecznie chcą postawić pantofelki na lodowcu. Mają na to może dwie minuty, fotka z iphona i lecimy na dół, bo kolejna maszyna się zbliża. Za jakieś 200 dolarów. I tak cały dzień aż do szóstej, gdy wreszcie robi się cicho i znów słychać przyrodę i głośnych francuskich młodych turystów z nieodłącznymi papierosami w ustach.
SKOK

Drugą z atrakcji miał być lot. Jakikolwiek. W ramach protestu jednak rezygnuję z helikoptera i decyduję się na... skok ze spadochronem w tandemie. Wybieram opcję najdroższą, czyli najwyższy pułap (16500 stóp), który zapewnia 60 sekund swobodnego lotu. Wieczorem, leżąc w śpiworze, włącza się jednak wyobraźnia, umysł przygotowuje ciało na to, co nieuchronne. Zdecydowanie żałuję decyzji. I jeszcze ci instruktorzy: jeden Ukrainiec, inny z Indii, kolejny z... Polski. Podejrzane towarzystwo. Desperaci jacyś, jebnięci, bo kto skacze zawodowo ze spadochornu... Cholera, zginę.
No ale jest już za późno. Przelew na cztery stówy poszedł.
Rano okazuje się, że z powodu złych warunków pogodowych skoki odwołane. Odczuwam ulgę. I satysfakcję, bo przecież stawiłem się, wyraziłem gotowość, w końcu liczą się intencje, co nie? Nie z mojej winy się nie udało, więc tak jakbym skoczył. Zresztą w wyobraźni skoczyłem już kilkanaście razy.
Wszyscy instruktorzy to zajebiści kolesie.
DALEJ NA PÓŁNOC

Uwieńczeniem naszej wyprawy jest miasto i zatoka Nelson oraz okolice, szczególnie słynny Abel Tasman NP oraz hippisowskie miasteczko Pohara. Na park narodowy zabraknie nam już czasu, do końca campingując nad zatoką i delektując się alternatywną atmosferą lokalnych knajpek, kafejek, second handów i sklepów z paciorkami. Niestety legenda miejsca stała się atrakcją turystyczną, na której zdążyli się wzbogacić podstarzali już hippisi. Stało się tak, jak z każdym rajem na ziemi: najpierw tubylcy, po nich kolonialiści, potem hippisi, potem mafia, a na końcu korpo-agencje nieruchomości.
Po drodze mijamy cudowne miejsca, o których istnieniu niech zaświadczą fotografie.

Kończymy wyprawę, nocując na tym samym darmowym campingu, na którym spędziliśmy pierwszy nocleg. Zamykamy tym samym pętlę wokół Wyspy Południowej, dorzucając do konta kolejne 4500 kilometrów.
PODSUMOWUJĄC
Pewnego poranka, podczas kolejnego pakowania gratów do auta pytam Lili: "Czy my do cholery jesteśmy na wakacjach, czy nadal pracujemy? Ciągle zapieprz..."
Następna wyprawa na Wyspę Południową wymagać będzie wynajęcia campervana, to już postanowione. W ten sposób unikniemy ciągłego rozkładania i składania obozowiska.
Mając generalny obraz całości Wyspy, na pewno skupimy się na wybranym regionie, na przykład okolicach Nelson. Jest tam tyle atrakcji, że na resztę życia by starczyło. Myślimy również o osiedleniu się tam na stałe. Wyluzowany klimat najcieplejszego miejsca w NZ bardzo nam odpowiada. Oby tylko zdążyć przed bogatymi emerytami, co kupują tam chaty na resztę życia. Chyba że sami tacy się staniemy, choć nie spodziewam się, że stanę się bogaty. Chyba że bogaty duchem.
Bogatszy.
WYSPA POŁUDNIOWA
CZ. II
WRESZCIE GÓRY
W pierwszy dzień Nowego Roku pakujemy z rana manele i wyruszamy. Czas zacząć prawdziwe odkrywanie Wyspy Południowej!
Wypatrujemy poważnych masywów górskich jak zgłodniały pies ochłapu, bo tyle się nasłuchaliśmy, tyle obrazków i filmików przeróżnych naoglądaliśmy, tyle już dni jesteśmy na Południowej Wyspie, tyle kilometrów już na liczniku, że zwyczajnie nam się należy.

Podczas jazdy łypiemy oczami na prawo i lewo i gdy pojawia się panorama uwieńczona masywem górskim, nie przepuszczamy okazji, by się zatrzymać i pstryknąć fotkę. Później, przeglądając niektóre z nich, wyda mi się to naiwne, ale wówczas tak czuliśmy, żyliśmy chwilą.
IKONA
Nie wiem, czy coś bardziej kojarzy się z Nową Zelandią, niż Fiordland National Park. No, może taniec haka w wykonaniu narodowej drużyny rugby. "Władca Pierścieni", jakże by. Jeszcze owce i zielone wzgórza pastwisk.

Nie sądzę, żeby jakiekolwiek biuro podróży odważyłoby się nie zamieścić choćby jednej fotografii fiordu Milford Sound.
Dużym niedopatrzeniem byłoby pominięcie tego miejsca, podróżując wokół Wyspy. Głupotą wręcz nawet. Może jedynie Norwegowie byliby poniekąd usprawiedliwieni, gdyby o to grzecznie poprosili. Na piśmie.
Droga dojazdowa do miasteczka jest tak urokliwa, że trudno prowadzić auto. Ciągnie się ona dnem przepięknej, długiej na kilkanaście kilometrów doliny polodowcowej, dnem której płynie krystalicznie czysta rzeka tworząca co jakiś czas przepiękne jeziorka. Zbocza doliny porasta prastary las natywny, z którego stoków spływają wąskie nitki okresowych wodospadów (dzień wcześniej padało). Najlepsze są jednak ostatnie kilometry, gdy droga wspina się krętą drogą na wysoką przełęcz, by ostatecznie wgryźć się dwukilometrowym tunelem w skalną ścianę, za którą równie krętą drogą zjeżdża się do miasteczka/osady/?/ciort wie, jak to określić.
Żeby było ciekawiej, trasę tę należy powtórzyć, bo z Milford Sound nie da rady inaczej się wydostać, jak tylko tą samą trasą powrotną. Chyba że drogą powietrzną.

W efekcie całą dolinę podziwiamy dwukrotnie, z dwóch perspektyw. Obie są osobliwe: pierwszej towarzyszy dreszczyk odkrywcy, drugiej - tęsknota wspomnienia.

Miasteczko/osada/?/ciort wie, co, żyje wyłącznie z turystyki. Jest tu taki obrót masy ludzkiej (do miliona rocznie), że aż dziw bierze, jak oni to ogarniają.
OPCJE
Opcji jest kilka: Można popłynąć jednym ze statków wycieczkowych, wynająć helikopter lub samolot, autokar ze szklanym sufitem, można łączyć, można też wybrać się na jedno- lub wielodniowy trekking, w tym podobno najlepszy na świecie, legendarny Milford Walk. Wybieramy pierwsze i przedostatnie.
Na miejscu wita nas nieustający szum startujących/lądujących awionetek/heliokopterów oraz rój ludzi z całego dosłownie świata. Mimo to dla wszystkich starczy miejsca na darmowym parkingu, a na miejscu czeka cierpliwa i zawsze skora do pomocy obsługa, nikt nie sprawia problemów. Jest czysto, także w publicznej toalecie. Jakość obsługi turystów imponuje.

Biznes się kręci.
STATEK
Jest Nowy Rok, w którym akurat wypada pełnia księżyca. Oznacza to zimne noce, ale i gwiaździste niebo i - najważniejsze - słoneczne, bezchmurne dni. To na prawdę powód do radości: Ze względu na panujące tam warunki geo- jest to jedno z najbardziej deszczowych miejsc na ziemi; rzadko kiedy nie ma chmur, które zazwyczaj zasłaniają grzbiety i granie otaczających gór.

Dzięki temu, w oczekiwaniu na boarding, podziwiamy kultowy Mitre Peak o wysokości, uwaga, 1692m.npm. Wyższy niż karkonoska Śnieżka! Z poziomum morza! Niemal na wyciągnięcie ręki.

Okrętujemy się jakoś późnym popołudniem, ale ponieważ to głębokie południe, dni są znacznie dłuższe. Gdy tylko statek wyrusza, zaliczamy potężne uderzenie zimnego wiatru, który chrzci nas mgiełką rozproszonej wody z pierwszego wodospadu za winklem.
Dalej jest już tylko piękniej. Potężne (1200 - 1600 m.) masywy gwałtownie wyrastające znad poziomu morza, niezliczone wodospady, krystaliczne powietrze, cudowne popołudniowe światłocienie, dziewicza przyroda, wszystko to robi takie wrażenie, że wszyscy łażą po pokładzie uśmiechnięci. Gdy po przeszło godzinie statek dociera do ujścia zatoki, zatacza pętlę i wraca do portu. Myli się ten, kto sądzi, że droga powrotna będzie nudna. Tym razem płyniemy blisko lewego brzegu, mamy więc zupełnie inną perspektywę, urozmaiconą przez leniwe foki. I nie wieje!

Wreszcie gwóźdź programu: kapitan podpływa dziobem do jednego z wodospadów tak blisko, że woda niemal zalewa pokład, a cała akcja wywołuje wśród uczestników zbiorową radochę.

W drodze powrotnej zachodzące słońce wyostrza kontrasty, nadając górom jeszcze większej dramaturgii. Najwyższy z widocznych pokrywa lodowiec... Jest tak pięknie, że kurwa słów brakuje. Dupę urywa.


NOCLEG
Wzdłuż doliny, nad brzegiem rzeki, Department of Conservation zorganizował kilkanaście niedrogich ekologicznych pól namiotowych, na którym jednych z nich spędzamy dwie noce. Za dnia opustoszałe, pod wieczór zapełniają się tysiącami camperów i namiotów. Hotelów ani pensjonatów nie ma, więc jeśli nie camping, to wycieczka tam i z powrotem.
To jeden z najpiękniejszych moich campingów. No dobra, przynajmniej w NZ. (Co się może równać np. z Borami Tucholskimi. Abo paśnikiem w Masywie Bukowca k/Sokołowska...)
Szumiąca rzeka, otoczenie wysokich gór, krystalicznie czyste powietrze, rozgwieżdżone niebo, niepokojący, zimny wiatr, tworzą doskonałe jak dla mnie połączenie: piękna i grozy.
UPS...
Następnego dnia uświadamiam sobie, że popełniłem poważny błąd: nie zatankowałem do pełna auta, naiwnie licząc na stację benzynową w Mildford Sound. Pewnie jakaś jest, pomyślałem, skoro ciągle latają turystyczne samoloty, i pewnie bym znalazł, gdybym się uparł.
Opuszczamy pole namiotowe jako jedni z ostatnich (jak zwykle), nie ma więc zbyt wielu skłonnych do pomocy.
Pojawia się jednak ciężarówka służby drogowej, lecę więc na żebry do kierowcy, który na moją prośbę o odsprzedanie paru litrów ropy, zbyt długo drapie się po głowie, bym nie zrozumiał. Uciekam się więc do szantażu emocjonalnego:
- Eeee, nasz młodszy syn musi jechać do lekarza z żoną, bo ma gorączkę. Nie może jej zabraknąć paliwa, bo będziemy w ciemnej dupie...
- Aaa, jak tak, to co innego. Masz tu kanister, zlej wszystko.
- Nie spoko, piątka styknie.
- Lej całe dwadzieścia!

Nie odmawiam. On nie odmawia zgrzewki.
Ignacy faktycznie musiał do lekarza.
OPCJA PRZEDOSTATNIA - PIESZA WĘDRÓWKA



W NASTĘPNYM ODCINKU
Będzie o Księżycowej Krainie Central Otago, w tym o Queenstown - zimowej stolicy NZ.
Ponownie ożywimy wspomnienia wspaniałych chwil z Olą i Watsanem.
Następnie, znowu w czwórkę, udamy się do podnóża najwyższego masywu w NZ, przecinając najbardziej dziką i opustoszałą krainę, jaką widziałem w życiu.
Będzie również o spotkaniu z polskim znajomym, o skoku spadochronowym, może uda się nawet zamknąć całość pobytem w znanym, hipisowskim miasteczku w najbardziej hipisowskiej krainie NZ.

