sobota, 28 stycznia 2017

CZ. I
 
CZAS BZYCZENIA

Nie ma nic lepszego dla nie-chrześcijan, niż sytuacja, w której okres świąt grudniowych oraz Nowy Rok wypadają na początku lata: dni są wtedy najdłuższe, nie trzeba kisić się w chałupie i wystawiać na debilne reklamy. Nie trzeba szwendać się po sklepach i wysłuchiwać kretyńskich kolęd w stylu Jingle Bells, Last Christmas, czy innego komercyjnego badziewia. 

Oczywiście, kto chce, ten na Półkuli Południowej się szwenda, ale to tak, jakby szwendać się po sklepach w Noc Kupały. Przecież to czas wczesnoletniego gżenia, chuci zaspakajania, ostatecznie wyzwolonej z zimowego uśpienia. To czas Super-Ejakulacji, Super-Orgazmu. Czas zygot - ze spermy, pyłku i innych gamet powstałych.Czas rozpłodu.

Więc skoro się już szwendać, to na powietrzu, na dworze (na polu), w krzaczorach się bzykać, w bzykaniu owady bzyczeniem wspierać, kopulować, zakamarki ciała penetrować! 

LATO
 
Wakacje przyszły nagle. Ostatni, ciężki dzień roboczy przypadł w Wigilię i zakończył się równie gwałtownie, co zaczął. 

Że Wigilia, uświadamiam sobie dopiero po powrocie do domu, gdy moją uwagę ściągają kuchenne zapachy: głównie barszczu i kapusty z polskimi grzybami, nielegalnie wwiezionymi do NZ. 
Bo tak to wygląda: nie ważne, czy jesteś wierząca, czy nie, człowiek jest do końca swych dni całkowicie uzależniony od doskonałych wigilijnych potraw, zupełnie nieznanych Anglosasom. Wiadomo, że najlepsze zawsze robiła i robi matka. Oto jeden z tych momentów, gdy pojawia się ból odosobnienia od najbliższej rodziny.

Wiadomo również, że choćbyś nie wiadomo jak się starała, kolacja wigilijna na obczyźnie będzie co najwyżej namiastką sedna sprawy, choć oczywiście dobre to, niż wcale. Co jeszcze wiadomo? Że zawsze znajdą się jacyś Polacy, z którymi wspólnie zasiądzie się przy stole. W tym roku są z nami Agnieszka z dziećmi oraz Magda z Mateuszem. 

I zawsze moment rozlania barszczu i zanurzenia w nim pierogów (lub odwrotnie) dostarczy emocji rozumianej i znanej tylko i wyłącznie ludom Wschodu.


WYJEŻDŻAMY

Następnego dnia postanawiamy wszakże wyjechać, bo co mamy siedzieć w chałupie. Dokąd? Nie wiemy. Determinuje nas festiwal noworoczny, ten sam, na którym byliśmy rok temu, gdy Lila zapadła na migrenę i gdzie lało dwa dni z krótkimi przerwami na porywisty wiatr. A że festiwal jest na północy, jedziemy na północ. 

Ten sam rytuał: pakowanie vanlove'a, upychanie gratów niezbędnych do trzytygodniowego campingowania... Szmaty, plastik i żelastwo, wszystko opakowane w pokrowce. No i biomasa w puszkach, słoikach i innych pojemnikach. Stara śpiewka, już nie tak ekscytująca, jak rok temu. Ratuje nas rutyna, która ułatwia pracę bez zbędnych słów. Po za tym zawsze to okazja do wysprzątania auta i odnalezienia dawno zagubionych przedmiotów domowych.

Gdy van jest upchany, a my siedzimy w środku, lubię włączyć silnik i posłuchać jego pracy: jego stłumiony warkot wydobywający się z trzylitrowej turbogardzieli informuje mnie: "Jestem ci posłuszny, wypełnię swoje zadanie należycie, zadbaj tylko o płyny". Podłączam się wówczas wszystkimi pięcioma zmysłami do maszyny, jednak świadomie przeciągam moment uwolnienia hamulca, rozkoszując się emocją odczuwaną jako dreszczyk, czy przyspieszona akcja serca.

ETAP I - HAKEA

Pierwsza destynacja to już tradycyjnie miejsce, którego częścią staliśmy się już dawno temu. Jedna z tych rzeczy, która na dłużej zatrzyma nas w Hamilton. Miejsce magiczne, inspirujące, miejsce, do którego można jechać w tygodniu po pracy, by wrócić następnego dnia do pracy. Tak jak robią to rezydenci Hakea, czyli Daniel (gospodarz), Mateusz i ostatnio Wojtek.

Miejsce przypomina trochę Nowinę koło Strzelina, jeśli ktoś wie, co mam na myśli. Z tą różnicą, że Jurek pobiera opłaty za nocleg, zaś w Hakea goście zostawiają dobrowolne datki. My nie jesteśmy gośćmi. Jesteśmy u siebie.  

Anglosasi, zamiast Wigilii, mają swój lunch w Christmas Day, nie inaczej jest w Hakea. Jesteśmy mocno spóźnieni, nie sądzimy więc, że ktokolwiek będzie na nas czekać z lunchem. Na szczęście okazuje się, że ci też są grubo spóźnieni, wyraźnie zmęczeni nadaktywnością w poprzednią noc. 

Zostajemy na kolejne dwa dni, po czym przesuwając palcem po mapie, decydujemy się na zachodnie wybrzeże, ściślej mówiąc Kauri Forest. 

ETAP II - KAURI

Zwana inaczej agatis nowozelandzki lub soplica południowa występuje wyłącznie na Wyspie Północnej. Dlaczego południowa, skoro na Północnej i co ma do tego Soplica, tego nie wie nikt, poza botanikami.
Jego wyróżniającą cechą jest wielkość. Jeśli dojrzałe, może osiągnąć wysokość do 50 metrów. Drugie największe kauri w NZ, które podziwiamy w niezbyt pogodny dzień, liczy od 1500 do 2500 lat i mierzy około 16 metrów w obwodzie!

Po długich telefonicznych 
poszukiwaniach udaje nam się znaleźć wolny camping w małej osadzie turystycznej o miłej uszom nazwie Baylys Beach, niedaleko miasta Dargaville. 

Caravan park dość przeciętny, podobnie jak plaża, którą niestety  upodobali sobie amatorzy motorów crossowych. A że jestem po przykrych przejściach z burakami ryjącymi w Polsce szlaki górskie, całość robi słabe wrażenie. Na dodatek jest ciągle pochmurno i siąpi nawet deszcz. Dobrze, że jest ciepło. 

Ostatni wieczór spędzamy w towarzystwie miłych Polaków z Wellington, co nie jest takie oczywiste, zważywszy na niewielką ilość Polaków NZ w ogóle i szczególe. 

Jak to zwykle bywa, w dniu wyjazdu pogoda się poprawia i mamy piękny dzień. Wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nawet możliwość wjazdu na plażę samochodem staje się atutem i... skwapliwe z tej możliwości korzystamy. 

 

ETAP III - FESTIWAL

Wstęp

Aby dojechać na jego teren, musimy wrócić na południe częściowo tą samą drogą. I znowu: parę dni temu, w pochmurny dzień, wydawała się nudna: ciągle te same, typowe zielone wzgórza, pastwiska, krowy, droga nieskończenie kręta, senne, nijakie osady... 

Z kolei w popołudniowym słońcu dokładnie te same miejsca toną w odcieniach zieleni, purpury i pomarańczy, zaś niesamowite, nieustannie zmieniające się fraktale linii wzgórz i horyzontu stwarzają nieustanną pokusę zaspokojenia poczucia utracenia ulotnej chwili poprzez pstryknięcie fotki. 

Wstęp II

Natychmiast  po wjeździe na teren festiwalu rozglądamy się za właściwym miejscem na rozbicie namiotu. Niestety w tym roku na polu namiotowym nie ma wydzielonej family zone, może dlatego, że i tak pewnie większość uczestników przyjechała z dziećmi, bo festiwal jest family friendly. 

Dobór miejsca na camping to rytuał niemal szamański. Ważne są wszystkie czynniki: kierunek wiatru decyduje o kierunku kurzu; słońca oznacza przemieszczanie się cienia i wpływa na odpowiednie ustawienie vana (którego tylna klapa jest największym dawcą tegoż cienia).
Na popołudniowy cień drzew nie można liczyć - wszystko zajęte.

Nachylenie gruntu decyduje o tym, pod jakim kątem będę się w nocy (nad ranem) turlał, tj. jak umoszczę sobie spanie. 

Rodzaj gruntu wpłynie na to, jak przetrwamy gwałtowne załamanie pogody (jak rok temu).

Sąsiedztwo innych namiotów wpłynie na jakość odpoczynku. Jeśli będą to nie-Francuzi, jest dobrze, bo w nocy będzie spokój. Jeśli Francuzi - z pewnością będą pijani, czyli głośni, a to oznacza kłopoty. 

Wiek też ma znaczenie: młodzi - jeszcze bezdzietni, nie rozumieją naszych rodzicielskich rozterek. Starzy - już bezdzietni, mają wszystko w dupie i za bardzo się luzują. 

Oto najlepszy profil namiotowego sąsiada: Para w wieku wczesnośrednim, ona ładna, on przystojny, dwójka grzecznych dzieci, Kiwusy bądź dobrze mówiący po angielsku; mili, uśmiechnięci, spokojni, lubią podzielić się jointem. Słowem: podobni do nas.

Rozwinięcie

Impreza trwa od 30.12 do 02.01 (czy jakoś tak). W tym roku dojechało znacznie więcej uczestników (około dwóch tysięcy), ale dla wszystkich starcza miejsca. Zamiast dwóch scen, mamy do dyspozycji trzy. Największa ulokowana jest na ogromnej, otwartej łące (jednak ciągle w zasięgu spaceru). Przestrzeń sprzyja swobodzie, daje też sporo intymności. 

Pod względem muzycznym jest większy wybór: jest ethno, folk, rock w kilku odmianach, no i oczywiście elektronika: house, drum'n'base, minimal, psytrance i co tam jeszcze. 

Z działań towarzyszących mamy do dyspozycji aerial i hatha yogę, warsztaty malarskie, żonglowania ogniami, tańca afrykańskiego, są zajęcia dla dzieci i tym podobne akcje typowe dla neohippisowskich spędów. 

Dwudziestominutowy spacer po zakurzonej piaszczystej drodze wśród pięknych, krętych drzew manuka doprowadza uczestników do przeuroczego leśnego jeziorka, w którym chłodna kąpiel w gorący dzień dostarcza rozkoszy, za którą oddałbym niejeden orgazm.   


Rozwinięcie II

Mamy do dyspozycji trzy noce, które trzeba tak wygospodarować, żeby i dzieci były wyspane, i myśmy mogli funkcjonować z nimi w ciągu dnia.  

Pierwsza noc jest spokojna, grzecznie idziemy spać niedługo po północy. 

Za to druga, sylwestrowa...
Dla nas czas się całkowicie rozpłynął, rozmył, zakrzywił, lekko zdeformował, (lub być może ukazał na chwilę swoją właściwą formę?), zaś kontrolę nad przestrzenią przejęły nogi.    


Na nasze szczęście, w kontekście tegoż właśnie zakrzywienia czasoprzestrzeni, nie mają tu zwyczaju odliczania ostatnich sekund przed dwunastą, składania życzeń i łojenia gazoliny,  co zawsze uważaliśmy z Lilą za przekleństwo polskich imprez sylwestrowych - zazwyczaj wkrótce po tym "rytuale" impreza umierała.

Co do trzeciej nocy... Hmmm... Może Wojtek niech się wypowie. Ja tam intensywnie tańczyłem.

Ostatni set didżejski gra na dużej scenie Boss, twórca i kierownik festiwalu, za co otrzymuje głośne owacje. Niestety o pierwszej w nocy muzyka nagle ucicha i nastąpuje masowy odwrót nabuzowanych transem uczestników pod małą scenę, gdzie zaczyna się właśnie after party dla niedobitków. Takich jak my.

Zakończenie

Najbardziej urzekli mnie ludzie: zawsze uśmiechnięci, niezwykle przyjaźni, kulturalni. Ciekawie ubrani, poprzebierani w dziwaczne stroje. Nie było ochroniarzy lub jeśli już, to dyskretni wolontariusze. Żadnych awantur, wrzasków (z wyjątkiem pijanych Francuzów z niemal zerowym poziomem angielskiego), szczególnie na terenie pola namiotowego. 

Darmowa woda pitna, prysznice z ciepłą wodą, stale czyszczone toalety (choć stało się w kolejce), foodtracki z bogatą opcją wegetariańską, poczucie absolutnego bezpieczeństwa. To już chyba typowe dla NZ, bo to nie był pierwszy nasz festiwal. 

Pogoda wręcz idealna, choć w dzień sylwestrowy słonecznie i upalnie. Za to w Nowy Rok równie ciepło, tyle że słońce niemal stale przesłonięte wędrującymi chmurkami. Czyż może być lepiej?

O ile w ubiegłym roku w efekcie załamania pogody i Lili okropnej migreny uciekaliśmy jak najszybciej do domu, o tyle w tym roku pozostawiliśmy miejsce z uczuciem niedosytu. 
Podobnie jednak jak rok temu wracamy do Hamilton, również na jedną tylko noc: żeby przeprać ciuchy i uzupełnić zapasy. 

Już następnego dnia rano kierujemy się na południowy wschód.  




























































































 


 











































sobota, 24 grudnia 2016


SEZON NA MUCHY

Rozpoczął się czas gwałtownego wzrostu populacji jednego gatunku owada: muchy.
W przedmiocie ochrony lasu zjawisko takie nazywa się gradacją szkodników. Dzieje się tak wtedy, gdy populacja jednego gatunku owada gwałtownie przyrasta, zżera i niszczy, co się da, po czym równie gwałtownie opada. 

Coś jak z ludźmi, tyle że rozłożone na więcej sezonów. O wiele bardziej jednak niszczycielskie, wyrachowane, bo powodujące niewyobrażalną ilość cierpienia innych istot.
Tak samo jednak autodestrukcyjne.  
 
Sytuacji tej, mam na myśli samozagładę ludzkości, pocieszającej z punktu widzenia życia Planety, choć kompletnie bez znaczenia z perspektywy kosmicznej, otóż sytuacji tej nie zmienią żadne święta takie czy inne i chwilowe poudawanie, że się kochamy, i że kochamy w tę jedną, jedyną noc zwierzęta i to tylko dlatego, że przemawiają ludzkim głosem. 

W pozostałe 364 dni roku mordujemy kogo się da i co się da, mając na te okazje doskonałe wymówki: a to wróg, a to szkodnik, a to na grilla, a to z powodów religijnych, a to mamy z tego fun i zarzucamy wędkę lub dla sportu, w lesie -  obok masowych ubojni najbardziej wyrachowany rodzaj zabijania:  jak tchórze, z ukrycia, w ciemności, okraszony nawet jakimiś obrzędami i zwyczajami: pieśniami, gwarą i oczywiście tradycyjną wódką. 

O przemysłowej "produkcji" mięsa itp. nie napiszę więcej, niż pozwala mi na to uczucie niewysłowionego bólu, jaki odczuwam z tego powodu. Jako wegetarianin z dwudziestoparoletnim stażem nie widzę większej różnicy   między ubojniami i obozami masowej zagłady. 
Największa hańba ludzkości...

Wracając do much: Pewnie nie miałbym nic przeciwko tychże obecności, gdyby nie obsrane sufity. A skoro srają tam, to i robią to w każdym innym miejscu, w którym przerwą swój cichy lot. Czy robią to, podkradając jedzenie ze stołu? Czy srając jedzą? Jeśli tak, to niedobrze. Oto moja wymówka na zabijanie much. Mówię to jako absolutny obrońca życia. 

 CZAS ZMIAN

Ostatnie dwa tygodnie dostarczyły nam sporo emocji, zarówno skrajnie pozytywnych, jak i skrajnie negatywnych. Jak to w życiu bywa, szczególnie moim: raz w górę, raz w dół.

O tych drugich kompletnie nie mam ochoty pisać, nie tylko ze względu na zdrowie psychiczne, ale także niechęć do grzebania się w brudach. Negatywnym emocjom i brudom mówię więc stanowcze PRECZ i przechodzę do rzeczy przyjemnych. 

Od ponad dwóch tygodni posiadamy prawo stałego pobytu. Zmienia to radykalnie nasze położenie: jesteśmy już inaczej traktowani, także we wszelkich instytucjach finansowych. Otwiera się droga do nabycia w niedalekiej (mam nadzieję) przyszłości nieruchomości i założenia gniazda. Bo czas najwyższy osiąść na swoim, choćby po to, żeby bezkarnie obsikiwać wszystkie kąty. 

Zmiana wizy ułatwia także funkcjonowanie w świecie biznesu (o ile takowym mogę nazwać klepanie podłóg), choć powinienem ująć to inaczej: Fakt założenia przeze mnie Company  o statusie Limited i poinformowanie o tym urzędników emigracyjnych zdecydowanie moim zdaniem wpłynął na przyspieszenie decyzji o wizie, którą przyznano dosłownie kilka dni później. 

WAKACJE

Adaś pożegnał się ze szkołą i rozpoczął swoje letnie wakacje. Dziś w południe wyruszamy w kolejną podróż, na którą czekam z rozkoszą, by walnąć się na jakiejś plaży i nie robić nic poza schładzaniem ciała chłodnym piwkiem. 


W tym roku zdecydowanie zasługujemy na odpoczynek. Osobiście dostałem nieźle w kość, również Lila, która dosłownie i w przenośni ponosiła koszty mojej przemiany: 
Dosłownie, bo musiała zawozić i odbierać dzieci kosztem godzin pracy, co na pewno się odbije w taki, czy inny sposób.
W przenośni, bo musiała znosić nerwówkę ostatnich dni i tygodni, kiedy to, w związku z samodzielnym prowadzeniem firmy, musiałem i muszę ogarnąć jakieś sytuacje z kosmosu. 

Ignacy w swojej dziecięcej, słodkiej naiwności traktuje rzeczywistość jak nieustające wakacje lub raczej kolonię letnią, zważywszy na fakt, że musi czasem wykonać polecenia, na których wykonanie nie ma ochoty. Od poniedziałku do piątku chodził do przedszkola, a ponieważ wszyscy tutaj mają bzika na punkcie zapewnienia dzieciom wszelkich możliwych wygód, rozrywki i bezpieczeństwa i innych warunków do dziecięcego wyluzowania się, chodził "do dzieci" (jak mawia) z nieukrywaną przyjemnością. 

Czasem, gdy go odbieram, obserwuję zawodowym okiem panie, a w ramach obserwacji ucinam sobie z paniami pogawędkę. Te kobiety są z innej planety; są tak oddane swojej pracy, że trudno jest mi wyobrazić je sobie w innych rolach społecznych, np. jako żony. 

Jedno jest pewne: NZ to raj dla dzieci.

INNE ROZRYWKI

Ze względu na ograniczoną ilość czasu, nie ma ich za wiele, nie licząc tych drobnych, jak na przykład sączenie lokalnego browara, czy granie muzyki. 

W miniony weekend miałem okazję połączyć obie przyjemności w następującej kolejności: Najpierw sączyłem piwko w drodze do Hakea, gdzie odbywała się kolejna impreza techno/psytransowa, by natychmiast po przyjeździe rozpakować graty, podłączyć kable i zagrać mój pierwszy koncert w NZ. 
Następnie, by zachować proporcje, podłączyłem się do kolejnych piwek. 

Za wiele ich jednak nie było, bo mijający tydzień był tak wyczerpujący (dzień wcześniej pracowaliśmy 16 godzin), że zmęczenie już o jedenastej wieczorem wepchnęło mnie do vana, w którym, mimo hałasu i kłopotliwych przerw na sikanie, spałem do rana. 

Gorzej spała Lila, bo w pomieszczeniu jak nie ciągle się ktoś kręcił, to co chwilę dzwonił telefon od poirytowanych sąsiadów z dołu doliny, że niby za głośno. No, było głośno, co miało nie być... Jest psytrance - jest głośno. 

WRACAJĄC DO KONCERTU

W sobotnie popołudnie nie poszło mi tak, jakbym chciał, nawet zamknąłem się po wszystkim w vanie, żeby nikogo nie widzieć. Ale chyba jestem zbyt surowy wobec siebie, bo ludziom się podobało. W sumie dobrze mi szło, ale tylko do momentu, kiedy zabrakło prądu. Agregat zawiódł. Od tej chwili atmosfera i chęć do grania siadła.

Lepiej poszło natomiast w niedzielę, kiedy to stanowczo namówiony na ponowny występ, znów podpiąłem się do głośników. Wówczas, na luzie, poszło jak z płatka, a feedback, jaki otrzymałem, tańczący do mojej muzy ludzie oraz wizytówka od Ważnego Człowieka z Auckland, nieźle wróżą na przyszłość. 

SZPITAL

Od paru dni mniej ważę. Od moich 77 kilogramów odjęty został ciężar kamyczka o średnicy 10 mm, który od wielu lat rozpychał się w prawej nerce. 

Dzięki zabiegowi miałem też okazję przekonać się, jak działa system opieki medycznej w NZ. Fakt, że czekałem na zabieg kilka miesięcy niczego nie zmienia, bo mój przypadek był semi-urgent. Nawet się cieszyłem z tego powodu. 

Nie sądziłem tylko, że sprawa jest tak poważna, że każą się ubrać w szpitalne wdzianko, położą na łóżko, zawiozą na salę operacyjną, wpakują igły w żyły, po czym założą maskę na twarz i uśpią. Nigdy nie miałem narkozy, ale moment odpłynięcia był zajebisty. Wszystko to w otoczeniu lekarza, anestezjologa i trzech pielęgniarek. 

Najgorsze i najlepsze było jednak potem, bo pojawił się ból związany z pozbywaniem się drobin kamienia drogami moczowymi. W tym celu zaaplikowano mi takie dawki środków znieczulających (kodeiny itp.), że na prawdę nieźle się bawiłem. 
Na dodatek w połowie haju przyszła pielęgniarka z propozycją kolejnego zastrzyku: 
- Chcesz jeszcze? - pyta.
- Nie, jestem ok. 
- Na pewno?
- No dobra, dawaj - opowiedziałem i już za chwilę poczułem rozkoszne ciepło rozpływające się po ciele.
I tak do końca dnia. 

I TAK TUTAJ

...sobie żyjemy. I tak zakończył się rok. Niekoniecznie beztrosko było, niekoniecznie bezproblemowo. Trudno zresztą określić, bo czas przemian z natury bywa gwałtowny. Umilamy sobie życie, spotykając się z przyjaciółmi, co jakiś czas biorąc udział w oczyszczających tańcach plemiennych (ostatnio na koncercie LTJ Bukema).

Oczekujemy więc wszyscy na odpoczynek. Potrzebna jest też medytacja, wyciszenie i oczyszczenie. Jak nigdy.





























































sobota, 29 października 2016

WIOSNA II

Odkąd minął rok mojego pobytu w NZ, pewne jego elementy nabierają prostej, acz ciekawej cechy: zaczynają się powtarzać. 
Oto weszliśmy w cykl przemian, który najłatwiej odczuć i opisać na podstawie zmian pór roku, odwiecznych mechanizmów Przyrody, które konserwują nie tylko przetwory w słoikach, ale i pamięć. Paradygmat ten obejmuje także niektóre zdarzenia, jak na przykład coroczny, integracyjny wyjazd na wulkan Ruapehu dla pracowników Lili firmy, czy niektóre wydarzenia muzyczne. No i wiosnę.

Tak więc nadeszła. Piękna, słoneczna, ukwiecona zapachami i uptaszona dźwiękami. Temperatura jest niemal idealna i oscyluje w granicach 16-18 stopni, przy czym zazwyczaj świeci słońce, które wprowadza w życie pojęcie temperatury odczuwalnej. 

Czasem pada deszcz, oczywiście, ale kto by się tutaj deszczem przejmował... Tym bardziej, że ten wcale nie oznacza spadku temperatury. 

Może nie jest to taka wiosna, jak w Polsce, szalona, gwałtowna, zmysłowa, energetyczna, upajająca; 
niespokojna, szarpana, a nawet brutalna w sensie walki o dostęp do światła słonecznego, czy walki z czasem, bo nuż przyjdzie gwałtowna zmiana kapryśnej pogody i pąki zmrozi albo potomstwo wychłodzi, z gniazda wywieje nie daj boże. 

Może nie tak wytęskniona i wymarzona; tak długo, naprawdę długo wyczekiwana po pięciu miesiącach krótkich dni i przenikliwych chłodów, a w związku z tym obciążona wymaganiami, głównie pogodowymi. Że niby ludzie mają prawo do pięknej wiosny. Że niby im się należy. Że majówka, to ma być pięknie. 

Nie zmienia to faktu, że osobiście zawsze liczyłem na piękny długi weekend, bo zwykle w te dni właśnie, co roku inicjowałem wraz z moim bratem Grzegorzem, rodziną i przyjaciółmi sezon kajakowy. A jak jest w kajaku, gdy pada, wie ten, kto pływał. 
Brat wybierał zwykle jakieś dzikie dopływy dopływów dopływów Odry albo zarośnięte poniemieckie kanały wodne, na których więcej czasu, niż na pływanie, spędzało się na przedzieranie przez chaszcze (w tym suche jeszcze trzciny i zwalone drzewa) i strzepywanie wiosennych pająków z głowy. Więc pogoda miała kluczowe znaczenie.   

NOWY LOKATOR

Lila ma już nie trzech, a czterech facetów na głowie. Dobrze, że chłopcy ciągle operują dziecięcym tembrem głosu, nie zmutowanym, balansują tym samym wibracje i rekompensują samczość. 

Z Wojtkiem działamy w dziedzinie podłóg, więc wytężamy głównie ścięgna i mięśnie, mózgi głównie wtedy, gdy trzeba rozwiązać jakiś techniczny problem. Ale umówmy się, nie są to problemy wymagające biegłości w sferze filozofii materii nieożywionej. To proste zagadki dla prostych chłopaków ze zniszczonymi od pracy rękami. Dla chłopaków, co kawkę w drodze do pracy popijają, a w porze lunchu kanapkę na szybcika zagryzają, by skrócić czas oczekiwania na dymka ze skręta. 

Obecność Wojtka odczuwam nie tylko z powodu nowych, męskich zapachów w domu, czy wzroście ilości odpadów domowych, w tym wtórnych opakowań szklanych.
Widzę też jak dużo jedzenia teraz przerabiamy. Ilość pochłanianej biomasy niechybnie przyprawiłaby przeciętnego przedstawiciela klasy urzędniczej o nadwagę, ale nie nas. My jesteśmy chłopaki z budowy. Proste chłopy, co muszą się nażreć, żeby przetrwać. 

PRZETRWAĆ

Aby przetrwać, biomasa nie wystarczy. Potrzebny jest także trening ciała i ducha. 
Joga. 
Ashtanga joga: konkretny wycisk i siódme poty, a nie jakieś tam pitu-pitu z dzwoneczkami i kadzidełkiem dla wczesnych emerytek.  

Cała nasza rodzina praktykuje jogę, także Ignacy (oczywiście dzieci mają zajęcia dostosowane do wieku). Wojtek dołączył w drugim tygodniu pobytu. 
I tak: ja chodzę we wtorki, czwartki i piątki (w soboty, jeśli nie pracuję), Igi we wtorki, Adaś czwartki, Lila w poniedziałki i środy, Wojtek na razie tylko środy - już narzeka, że za mało. 


Gdyby nie joga, nie tylko nie przetrwałbym w pracy, ale także nie dałbym rady normalnie funkcjonować w realnym świecie ze swoją późną depresją, niestabilnością emocjonalną i średnią odpornością na stres. Szczególnie teraz, gdy ważą się losy naszej nowozelandzkiej przyszłości, a także przyszłości Wojtka i jego rodziny: żony i pięcioletniego syna, których - podobnie jak dwa lata temu Lila mnie i chłopców - zostawił w Polsce licząc, że będę w stanie go zatrudnić w swojej firmie, którą właśnie otwieram, i że Immigration NZ nie będzie miało nic przeciwko temu. 

Plan B nie istnieje.   

POŻEGNANIA

Poza tym zmienia się perspektywa postrzegania rodzinnej Polski. Rozmywa się jakby ostatnio, przenosi stopniowo w sferę HD/backupu pamięci przeszłości ograniczonej do wybiórczych zdarzeń i twarzy (których obrazy są pewnie dawno nieaktualne w związku z faktem starzenia się i zmian fryzur). 

Czasem tylko zapadam pamięcią w jakiś etap z przeszłości mojego życia i próbuję go ożywić, zaproponować inne wersje zaistniałych zdarzeń. Co jak wiadomo kompletnie nie ma sensu, nie jest nawet zbyt przyjemne, także w kontekście powrotu do czasu realnego, tak absolutnie, niewiarygodnie innego wymiaru, jakim jest NZ.

Wspomnienia powracają także we snach, tam spotykam się głównie z ludźmi, których nie widziałem od wielu lat, i których z oczywistych powodów nigdy już w życiu nie spotkam. Mowa oczywiście o ludziach mi bliskich, z którymi - z pobudek hedonistycznych/sentymentalnych - spędziłem dużo czasu. 

W ten sposób oddaję im wszystkich pokłon i podziękowanie za wspólnie spędzony czas, za cierpliwość i wyrozumiałość dla mojej dość wymagającej osobowości, a także przywilej dzielenia się radością ulotnej chwili. 
I choć wiem, że nigdy się nie spotkamy (nawet fejsbuk tego nie zmieni), nie żałuję i nie tęsknię. Nasz wspólny czas dobiegł końca, a w moje miejsce na pewno pojawili się inni, równie ciekawi ludzie. W ten właśnie sposób przyczyniamy się do obiegu dobrej wibracji i dzielenia się ciepłem przyjaźni, o ile nie miłości (czymkolwiek ona jest). Jest w nas ich na tyle dużo, że byłoby marnotrawstwem ograniczać się do tych samych ludzi, włącznie z rodziną.

Pozwólmy więc dziać się zmianom. Niech ludzie odchodzą i przychodzą, by ponownie odejść. Bo zmiana i nietrwałość to podstawowe prawo Przyrody. 

Jak to na wiosnę.















 

O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2