środa, 18 kwietnia 2018

WYSPA POŁUDNIOWA 
CZ. II

WRESZCIE GÓRY

W pierwszy dzień Nowego Roku pakujemy z rana manele i wyruszamy. Czas zacząć prawdziwe odkrywanie Wyspy Południowej! 

Wypatrujemy poważnych masywów górskich jak zgłodniały pies ochłapu, bo tyle się nasłuchaliśmy, tyle obrazków i filmików przeróżnych naoglądaliśmy, tyle już dni jesteśmy na Południowej Wyspie, tyle kilometrów już na liczniku, że zwyczajnie nam się należy. 

Podczas jazdy łypiemy oczami na prawo i lewo i gdy pojawia się panorama uwieńczona masywem górskim, nie przepuszczamy okazji, by się zatrzymać i pstryknąć fotkę. Później, przeglądając niektóre z nich, wyda mi się to naiwne, ale wówczas tak czuliśmy, żyliśmy chwilą. 

IKONA

Nie wiem, czy coś bardziej kojarzy się z Nową Zelandią, niż Fiordland National Park. No, może taniec haka w wykonaniu narodowej drużyny rugby. "Władca Pierścieni", jakże by. Jeszcze owce i zielone wzgórza pastwisk. 

Nie sądzę, żeby jakiekolwiek biuro podróży odważyłoby się nie zamieścić choćby jednej fotografii fiordu Milford Sound. 

Dużym niedopatrzeniem byłoby pominięcie tego miejsca, podróżując wokół Wyspy. Głupotą wręcz nawet. Może jedynie Norwegowie byliby poniekąd usprawiedliwieni, gdyby o to grzecznie poprosili. Na piśmie.


Droga dojazdowa do miasteczka jest tak urokliwa, że trudno prowadzić auto. Ciągnie się ona dnem przepięknej, długiej na kilkanaście kilometrów doliny polodowcowej, dnem której płynie krystalicznie czysta rzeka tworząca co jakiś czas przepiękne jeziorka. Zbocza doliny porasta prastary las natywny, z którego stoków spływają wąskie nitki okresowych wodospadów (dzień wcześniej padało). Najlepsze są jednak ostatnie kilometry, gdy droga wspina się krętą drogą na wysoką przełęcz, by ostatecznie wgryźć się dwukilometrowym tunelem w skalną ścianę, za którą równie krętą drogą zjeżdża się do miasteczka/osady/?/ciort wie, jak to określić.
Żeby było ciekawiej, trasę tę należy powtórzyć, bo z Milford Sound nie da rady inaczej się wydostać, jak tylko tą samą trasą powrotną. Chyba że drogą powietrzną. 

W efekcie całą dolinę podziwiamy dwukrotnie, z dwóch perspektyw. Obie są osobliwe: pierwszej towarzyszy dreszczyk odkrywcy, drugiej - tęsknota wspomnienia. 

Miasteczko/osada/?/ciort wie, co, żyje wyłącznie z turystyki. Jest tu taki obrót masy ludzkiej (do miliona rocznie), że aż dziw bierze, jak oni to ogarniają. 

OPCJE

Opcji jest kilka: Można popłynąć jednym ze statków wycieczkowych, wynająć helikopter lub samolot, autokar ze szklanym sufitem, można łączyć, można też wybrać się na jedno- lub wielodniowy trekking, w tym podobno najlepszy na świecie, legendarny Milford Walk. Wybieramy pierwsze i przedostatnie. 

Na miejscu wita nas nieustający szum startujących/lądujących awionetek/heliokopterów oraz rój ludzi z całego dosłownie świata. Mimo to dla wszystkich starczy miejsca na darmowym parkingu, a na miejscu czeka cierpliwa i zawsze skora do pomocy obsługa, nikt nie sprawia problemów. Jest czysto, także w publicznej toalecie. Jakość obsługi turystów imponuje. 

Biznes się kręci. 

STATEK

Jest Nowy Rok, w którym akurat wypada pełnia księżyca. Oznacza to zimne noce, ale i gwiaździste niebo i - najważniejsze - słoneczne, bezchmurne dni. To na prawdę powód do radości:  Ze względu na panujące tam warunki geo- jest to jedno z najbardziej deszczowych miejsc na ziemi; rzadko kiedy nie ma chmur, które zazwyczaj zasłaniają grzbiety i granie otaczających gór. 

Dzięki temu, w oczekiwaniu na boarding, podziwiamy kultowy Mitre Peak o wysokości, uwaga, 1692m.npm. Wyższy niż karkonoska Śnieżka! Z poziomum morza! Niemal na wyciągnięcie ręki. 

Okrętujemy się jakoś późnym popołudniem, ale ponieważ to głębokie południe, dni są znacznie dłuższe. Gdy tylko statek wyrusza, zaliczamy potężne uderzenie zimnego wiatru, który chrzci nas mgiełką rozproszonej wody z pierwszego wodospadu za winklem. 
Dalej jest już tylko piękniej. Potężne (1200 - 1600 m.) masywy gwałtownie wyrastające znad poziomu morza, niezliczone wodospady, krystaliczne powietrze, cudowne popołudniowe światłocienie, dziewicza przyroda, wszystko to robi takie wrażenie, że wszyscy łażą po pokładzie uśmiechnięci. Gdy po przeszło godzinie statek dociera do ujścia zatoki, zatacza pętlę i wraca do portu. Myli się ten, kto sądzi, że droga powrotna będzie nudna. Tym razem płyniemy blisko lewego brzegu, mamy więc zupełnie inną perspektywę, urozmaiconą przez leniwe foki. I nie wieje!

Wreszcie gwóźdź programu: kapitan podpływa dziobem do jednego z wodospadów tak blisko, że woda niemal zalewa pokład, a cała akcja wywołuje wśród uczestników zbiorową radochę. 

W drodze powrotnej zachodzące słońce wyostrza kontrasty, nadając górom jeszcze większej dramaturgii. Najwyższy z widocznych pokrywa lodowiec... Jest tak pięknie, że kurwa słów brakuje. Dupę urywa.









NOCLEG

Wzdłuż doliny, nad brzegiem rzeki, Department of Conservation zorganizował kilkanaście niedrogich ekologicznych pól namiotowych, na którym jednych z nich spędzamy dwie noce. Za dnia opustoszałe, pod wieczór zapełniają się tysiącami camperów i namiotów. Hotelów ani pensjonatów nie ma, więc jeśli nie camping, to wycieczka tam i z powrotem. 

To jeden z najpiękniejszych moich campingów. No dobra, przynajmniej w NZ. (Co się może równać np. z Borami Tucholskimi. Abo paśnikiem w Masywie Bukowca k/Sokołowska...)
Szumiąca rzeka, otoczenie wysokich gór, krystalicznie czyste powietrze, rozgwieżdżone niebo, niepokojący, zimny wiatr, tworzą doskonałe jak dla mnie połączenie: piękna i grozy. 


UPS...

Następnego dnia uświadamiam sobie, że popełniłem poważny błąd: nie zatankowałem do pełna auta, naiwnie licząc na stację benzynową w Mildford Sound. Pewnie jakaś jest, pomyślałem, skoro ciągle  latają turystyczne samoloty, i pewnie bym znalazł, gdybym się uparł. 

Opuszczamy pole namiotowe jako jedni z ostatnich (jak zwykle), nie ma więc zbyt wielu skłonnych do pomocy. 
Pojawia się jednak ciężarówka służby drogowej, lecę więc na żebry do kierowcy, który na moją prośbę o odsprzedanie paru litrów ropy, zbyt długo drapie się po głowie, bym nie zrozumiał. Uciekam się więc do szantażu emocjonalnego:
- Eeee, nasz młodszy syn musi jechać do lekarza z żoną, bo ma gorączkę. Nie może jej zabraknąć paliwa, bo będziemy w ciemnej dupie... 
- Aaa, jak tak, to co innego. Masz tu kanister, zlej wszystko. 
- Nie spoko, piątka styknie.
- Lej całe dwadzieścia!

Nie odmawiam. On nie odmawia zgrzewki.

Ignacy faktycznie musiał do lekarza. 

OPCJA PRZEDOSTATNIA - PIESZA WĘDRÓWKA













W NASTĘPNYM ODCINKU

Będzie o Księżycowej Krainie Central Otago, w tym o Queenstown - zimowej stolicy NZ. 

Ponownie ożywimy wspomnienia wspaniałych chwil z Olą i Watsanem.

Następnie, znowu w czwórkę, udamy się do podnóża najwyższego masywu w NZ, przecinając najbardziej dziką i opustoszałą krainę, jaką widziałem w życiu. 

Będzie również o spotkaniu z polskim znajomym, o skoku spadochronowym, może uda się nawet zamknąć całość pobytem w znanym, hipisowskim miasteczku w najbardziej hipisowskiej krainie NZ.

































sobota, 24 marca 2018

WYSPA POŁUDNIOWA 
CZ I.

UPYCHANING


W przypadku tak dużych ekspedycji - nie waham się użyć tych słów, zważywszy na okoliczność, jaką jest trzytygodniowy objazd Wyspy Południowej - potrzebne jest odpowiednie planowanie. Każdy odcinek trasy należy z wyprzedzeniem dokładnie przeanalizować, aby uniknąć problemów, które zazwyczaj kosztują stratę cennego czasu, a także pieniędzy. Łatwo jest na tym etapie przeoczyć kluczowe elementy, popełniając proste błędy typowe dla tych, którzy ignorują wiedzę i doświadczenie doświadczonych podróżników. Należy zwrócić szczególną uwagę na moment pakowania się, gdyż nadmiar lub niedobór właściwego ekwipunku...


Bla bla bla, pieprzenie. Pierdolenie typowe dla modnych blogerów - nibyznawców, co to po jednej wizycie w danym miejscu rad udzielają, jakby spędzili tam długie miesiące i poznali lokalne metody odbierania porodów. 

Oto nasze pryncypia:
- zrób przegląd techniczny auta,
- zadbaj o miejsce do spania,
- upchaj auto manelami,
- zaopatrz się w antykwariacie w przestarzały przewodnik Lonely Planet,
- zdecyduj, czy objeżdżasz miejsce zgodnie z ruchem zegara, czy odwrotnie,
- pomyśl/wykombinuj, jak schładzać browary i winko,
- zadbaj o wirtualną rozrywkę dla dzieci. 

Im mniej planowania, tym większa elastyczność.

Tydzień przed wyjazdem nabywam dwuosobowy namiot montowany na dachu samochodu, taki z drabinką, który okazuje się strzałem w dziesiątkę nie tylko ze względu na wygodny materac i możliwość oglądu okolicy z góry, ale i szybkość rozkładania i składania. 

Upychanie auta parafenaliami to w naszym wypadku czynność rutynowa, więc nie ma co się rozpisywać. Może tylko gratów więcej jakby, dłoń kobiecą wyczuć można, odejściem od minimalizmu skutkujące, bo jak namiot na dachu to już żonka myśli, że można więcej. 

W efekcie kobiecej logiki pakowania nasz vanlove wypełnia się po brzegi, że nic nie widać we wstecznym lusterku, a także, ze względu na namiot na dachu i trzy rowery podczepione do haka holowniczego, wzrastają jego zewnętrzne gabaryty, czytaj: opór powietrza, czytaj: zużycie paliwa.


KIERUNEK: POŁUDNIE

Są tylko dwa determinanty czasowe, z których pierwszy - promy przez Cieśninę Cooka - jest nie do ruszenia i stale przypomina nam, że jesteśmy niewolnikami systemu. 

Drugi czynnik, dość elastyczny na szczęście, to Ola, Vatsan i ich dwójka dzieci oczekujący nas w Dunedin na południowym krańcu, dokąd wywiało ich ponad rok temu z Auckland. 

Plan jest taki: jak najszybciej dotrzeć do Dunedin, spędzić dwa - trzy dni u Oli i na dwie rodziny na tydzień wyruszyć w góry. 

Słynna State Highway 1 oraz rzadko używana linia kolejowa, wzdłuż których prujemy na południe, prowadzi nas przez okolice typowo nowozelandzkie, tj. albo farmerskie, nizinne, nudnawe (mieszkam tu, do wielu widoków zdążyłem przywyknąć), z drogą prostą jak strzała, albo górzyste; a jak górzyste to i doliny, podjazdy, zjazdy, serpentyny, mosty, niezwykle rozległe koryta rzek. Jest po drodze mnóstwo pretekstów do zatrzymania się i zrobienia zdjęcia, głównie na północnym odcinku etapu, jak bezleśne, gdzieniegdzie wciąż ośnieżone masywy górskie, czy ogromne winiarnie regionu Marlborough, przepiękne, ciągnące się kilometrami dzikie plaże, kolonie fok, wysokie klify, czy osuwiska ziemi i zniszczona droga wzdłuż wybrzeża w efekcie ostatniego trzęsienia ziemi - o ile to ostatnie może być uznane za atrakcję. 

Więc jeśli już się coś trafi, a trafia się w zasadzie co kilkanaście minut, no to aż z nóg zwala. No, ale to w końcu to Nowa Zelandia, nazwa zobowiązująca. 

Tyle że nie mamy czasu na pierdoły, my w solidne góry jedziemy, te z folderów, nie jakieś tam widoczki podziwiać, przydrożne wodospady, czy tanie wino testować. Poza tym Vatsan z Olą czekają, za którymi zwyczajnie się stęskniliśmy. 

No więc gnamy na te południe, a wraz z nami linia kolejowa, mijając po drodze niezliczone farmy nawadniane potężnymi deszczowniami. Włos się jeży, gdy widzi się, ile wody idzie w ziemię, mimo padającego deszczu... Gdyby to jeszcze warzywa jakieś nawadniali, owoce, ale gdzie tam, na pastwiska dla krów idzie woda słodka, na łąki. 

Bo produkcja wołowiny to obok turystyki najważniejsze źródło dochodu narodowego przecież. Hodują te biedne naiwne krowy, by holokaust im potem zafundować w rzeźni, bo ludzie chcą żreć ich ciała. Nie wspominając o zanieczyszczeniu gleby, jakie powodują biedne krowy odchodami swemi, a dalej nie wspominając, jak katastrofalny wpływ na wzrost efektu cieplarnianego mają krowie pierdy.

Nowa Zelandia to stabilny, w miarę bogaty, ale mentalnie i technologicznie zacofany, konserwatywny kraj. 

Po drodze nocujemy dwukrotnie, testując nasz nowy nabytek kempingowy, czyli roof top tent, a po naszemu wspomniany wyżej namiot samochodowy. 




Wraz z nami na południe gnają wirusy katarogenne, które przechodzą sobie z żywiciela na żywiciela. Najpierw ja udostępniam im swoje ciało, psując pozostałym nastrój swoim marudzeniem. Potem Ignacy, następnie Lila. Ci fizycznie znoszą chorobę najgorzej. Wreszcie Adaś, który wylizuje się najszybciej. 

DUNEDIN

Trzeciego dnia gnania, późnym popołudniem, docieramy do końca pierwszego etapu podróży. Ola i Vatsan witają nas lokalnymi produktami górnej fermentacji oraz ciepłym posiłkiem. No i prysznicem. Sporo gadaniny, niewiele planów, poza jednym: wyruszamy pojutrze. 

Niestety Ignacy czuje się gorzej i trzeba zaaplikować mu antybiotyki. Pobyt w Dunedin przedłuża się o kolejne dwa dni. Żadna to dla nas strata, bo mamy sporo czasu na eksplorację miasta. 

Miasto założone przez Szkotów w połowie XIX w., kiedyś  największe w NZ, ciekawe, nie powiem, z klimatem. Zabudową przypomina miasta europejskie, nawet zdarzają się kamienice, jak we Wrocławiu na Piłsudskiego, co natychmiast wzbudza dawno upchaną w zakamarkach świadomości tęsknotę za Polską. Są ceglane budynki przemysłowe, wysokie fabryczne kominy, jest wielki dworzec kolejowy, który - podobnie jak linia kolejowa - lata świetności już dawno ma za sobą; są piękne, stare wille, jest plaża i betonowa promenada z dzwonem ostrzegającym przed rekinem, wreszcie jest największy w NZ uniwersytet. I gdyby nie tenże, uznałbym to stutrzydziestotysięczne miasto za wymierające. Któż bowiem (oprócz Oli i Vatsana) chciałby mieszkać na tym zadupiu wystawionym na zimne południowe wiatry, bez logicznych i logistycznych szans na rozbudowę...


Na szczęście są  studenci (oraz Ola i Vatsan z dziećmi), którzy podbijają populację o 10%, nadając miastu specyficzny, studencki charakter, głównie jednak dając  mieszkańcom utrzymanie. Takie mam podejrzenie, że celowo założyli ten uniwersytet, żeby utrzymać przy miasto życiu. 



W DWIE RODZINY

Wyruszamy na południowy zachód, wybrzeżem do Invercargill, po drodze podziwiając przepiękne wybrzeże Oceanu Spokojnego.  Stąd dalej na południe można tylko do Bluff, skąd promem na Steward Island, skąd na Antarktydę, skąd portalem w piąty wymiar kosmiczny. 

Invercargill to co najmniej nieciekawe miasto, choć w tym wypadku, jak i w podobnych innych, o danym miejscu łatwo zmienić zdanie już po pierwszej szczerej rozmowie z lokalnym żulem pod sklepem spożywczym, który w mgnieniu oka potrafi skutecznie wpłynąć na oswojenie przestrzeni.   

Planujemy spędzić razem około tygodnia, co może być wyzwaniem zważywszy na fakt, że nie znamy się na tyle dobrze, żeby zagwarantować sobie nawzajem dobry czas. A nuż ktoś focha strzeli? Na przykład ja? No bo przecież nie Lila, to pewne. Ani nie Vatsan. Może Ola? Któreś z dzieci? Nigdy nie wiadomo.

Na szczęście okazuje się, że mamy do czynienia z najbardziej wyluzowaną rodziną, z jaką do tej pory spędzamy czas. Nietrudno zauważyć, że to Vatsan jest głównym motorem napędowym wyluzowania, która to postawa udziela się wszystkim dookoła, a że wszystkim to odpowiada, więc tym lepiej dla wszystkich. W praktyce sprowadza się to do np. bardzo względnego podejścia do kwestii upływu czasu, czy realizacji mniej lub bardziej ambitnych planów. Sytuacja zawsze jest dynamiczna. 

JEST DYNAMICZNIE

W ciągu tygodnia kempingujemy w czterech różnych miejscach. Pierwsze obejmuje deszczową noc sylwestrową, którą z obojętnością spędzamy w otoczeniu kuchennych utensyliów oświetlonych bladą żarówką energooszczędną kempingowej kuchni. Pogoda raczej deszczowa, dopiero w dniu wyjazdu pojawia się słońce, akurat żeby wysuszyć namioty. 

Nie zmienia to faktu, że Dolamore Park, niewielki masyw górski na niezłym odludziu, u podnóża którego po raz pierwszy rozbijamy namioty, karmi nas wspaniałymi widokami i bardzo sympatycznym polem namiotowym. Wiemy również, że spędzimy z rodziną Oli wspaniały czas, w czym utwierdzają nas dzieci, głównie Bruno, Ignacy i Jana w wieku odpowiednio: 4, 5 i 6 lat.   Spędzają ze sobą całe dnie, zwalniając nas z części obowiązków rodzicielskich. 
Adaś jest za stary do tej załogi, ale dzięki wrodzonej (nabytej?) otwartości szybko nawiązuje przyjaźnie z rówieśnikami z pola namiotowego.

Wiemy również, że już następnego dnia dotrzemy wreszcie w góry. Te góry. Niewidoczne dotąd, bo przesłonięte chmurami, tym bardziej wytęsknione i oczekiwane.

Kolejny nocleg, już w nowym roku, wypadnie na terenie Fiordland NP, w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, a jak dla mnie - najpiękniejszym, jakie do tej pory widziałem w swoim niekrótkim, marnym życiu.

Ale to już inna historia. 





  






     






  




















testowanie namiotu




















niedziela, 3 grudnia 2017

KIA ORA!

Wołamy z krainy wiosennej, letniej prawie, słonecznej, ptactwem rozśpiewanej wszelakiej proweniencji, w alergenach zatopionej niczym Kraków w smogu, w puchu kwitnącej topoli, w odurzających aromatach kwiactwa zanużonej, że aż w głowie się kręci, że aż mdli od tego wiosennego krochmalu. 


Już krainy zimnego łokcia, okularów szpanerskich, pierwszych od słońca przypalonych nosów, mocno schłodzonego piwka, przepoconych pach, zrogowaciałych pięt. Już krainy plażowej, już pachnącej kremem do opalania i inicjującą sezon kąpielą w zimnym jeszcze oceanie. Już krainy poszukiwaczy cienia.

Już kraju truskawki, maliny, szparagów. 

Campingowej, festiwalowej, koncertowej, bo na Wyspę Południową się szykujemy, Vanlove'a naszego na ostateczną próbę wystawiając. Bo aż trzy debiutanckie występy czekają mnie w tym sezonie. 



Kei te pēha koutou?

Pytamy z tej części świata, gdzie nie ma osoby, która nie żyłaby nadchodzącymi świętami, nierozłącznie kojarzonymi z wakacjami, a jeśli mającymi coś wspólnego z kultem religijnym to głównie kultem wydawania pieniędzy na zbyteczne przedmioty plastikowe w formach umownie uznanych za prezenty. 



Już to zaczęły się Christmas parties organizowane przez każdą większą firmę, głównie po to, by maksymalnie zwiększyć pod koniec roku wydatki, tym samym zredukować roczny podatek. A ponieważ - z racji pełnionych obowiązków zawodowych - jesteśmy na takie imprezy zapraszani, jest okazja porządnie się najeść. No i oczywiście napić i to najlepszych trunków dostępnych w danym lokalu (w moim wypadku wino, ostatnio za sprawą małżonki wyłącznie savignon blanc), bo im więcej firma zapłaci za imprezę, tym mniej zapłaci potem podatku. 




TRZY TYGODNIE

Tyle pozostało do wakacji, na które wszyscy cholernie zasługujemy. Dla mnie był to wyjątkowo trudny rok, głównie z powodu ciężkiej pracy, harówy bym rzekł. Także przechodzenia przez kolejne etapy dogłębnego poznawania samego siebie i odkrywania najciemniejszych zakamarków duszy. 

Ostatnie miesiące były jednak szczególnym wyzwaniem.

Uważność

Z powodu problemu z kolanem musiałem przerwać praktykę jogi, co odbiło się na kondycji fizycznej i psychicznej. Oczywiście nie od razu, trochę pociągnąłem na paliwie, jakie dała mi wcześniejsza regularna praktyka. 

Miesiąc temu w końcu kolano zoperowali, łękotkę zamiast usunąć  podszlifowali i już po dwóch tygodniach wróciłem do pracy. Jeszcze szwy sterczały. 
Tym samym pojawiła się szansa na powrót na górskie i rowerowe ścieżki. 

W tym tygodniu po raz pierwszy byłem na jodze, co uznałem za wyjątkowy dar od losu, że aż łezki cztery uroniłem nad losem swoim marnym w drodze do studia. 
Ot, prosta prawda: dopóty będziesz błądzić w obłokach pychy, ignorancji i samouwielbienia, zaliczając przy tym spektakularne porażki i upadki, dopóki nie wyzbędziesz się ego, nie nabierzesz dystansu, szacunku i głębokiego zrozumienia, czym tak naprawdę jest praktyka. 
A czym jest? 
Oddechem życia. 
Ścieżką. 



Immigration NZ

Kolejny stresogen, jaki zafundowała mi ostatnio Nowa Zelandia, to INZ. Tyle tu pracy mamy, że w ramach rozwinięcia firmy i rozłożenia najcięższej pracy fizycznej postanowiliśmy "śiągnąć" człowieka z Polski. By uniknąć ryzyka popełnienia błędów, zaangażowaliśmy agencję imigracyjną. Trwało to trochę, zanim aplikacja została złożona i stało się zadość wymaganiom formalnym. 

Niestety: decyzja odmowna. Powód? Za niskie obroty firmy. 
I ta formułka: "Od decyzji nie przysługuje odwołanie"...

Oto klasyczny przykład Catch 22 (Kto czytał "Paragraf 22" J. Hellera, ten wie, o co chodzi): Decyzja była odmowna, bo moja firma przynosi zbyt niskie dochody, więc muszę zwiększyć obroty. W tym celu jednak potrzebuję dodatkowego pracownika, bo nasze moce przerobowe są ograniczone. Nie mogę jednak ściągnąć człowieka do NZ, bo mam za niskie obroty. 

Nie ma też szans na zatrudnienie kogoś na miejscu, nikt nie ma ochoty tak ciężko zapierdzielać na kolanach. 
Z kolei taniej siły roboczej w postaci imigrantów nie ma w Hamilton. A jeśli są, zamykają się w swoich narodowych mikroenklawach. 

Jestem pod wrażeniem. 
Właśnie postanowiłem, że napiszę do ministra.

Reset

W ramach odzyskania równowagi, powrotu do korzeni, pozbycia się złogów psychicznych i ustabilizowania emocji, pakuję pewnej soboty plecak i z namiotem na karku wyruszam w przysłowiowe krzaczory odciąć się od świata na dwie noce i pomedytować.  

Otoczony gęstym lasem i zaroślami z każdej strony, rozbijam namiot na niewielkiej polance. Jestem na dnie doliny, wyrzeźbionej przez pobliski potok wpadający do rzeki, która to z kolei łączy się z odnogą odnogi odnogi słonowodnej zatoki, poddając się pływom oceanicznym. Pływy regularnie zmieniają poziom rzeki w jej korycie i zakolu, diametralnie zmieniając jej kształt: z wąskiego koryta w czasie odpływu na szerokie rozlewisko w porze przypływu. 
Odpływ to czas, kiedy rzeka płynie w dół zgodnie z przykazaniem i prawami fizyki, przypływ zaś wpycha ją wgłąb lądu i doliny, dając złudzenie zmiany kierunku jej biegu. 


Zauważam jeszcze jedno ciekawe zjawisko: Otóż wspomniany potok łączy się z rzeką niewielką kaskadą, której szum ustaje w czasie przypływu; podniesiony poziom wody zatapia próg skalny oraz ujście potoku. Obserwacja tego zjawiska jest dla mnie niczym odkrycie nowej planety, gdy w końcu zrozumiem, skąd ten szum, którego godzinę wcześniej nie było. 

Inne dźwięki to ptaki i ryczące pod wieczór krowy z oddalonych pastwisk. Te właśnie krowy oprócz efektu cieplarnianego na naszej planecie, odpowiedzialne są za niezłą traumę, jaką przeżywam pierwszej nocy. 

Z racji wybujałej wyobraźni należę do tchórzliwych ludzi, którzy raczej zmagają się z ciemnością w namiotowej samotności. By spać spokojnie i nie słyszeć nocnych odgłosów lasu, w takich sytuacjach wtykam do uszu stopery, jednak tym razem ich nie mam. 
I gdy słyszę tuż obok namiotu sapanie, robi mi się miękko w okolicy podbrzusza. Nie znam nocnego zwierzęcia, które podobnie by sapało, a już na pewno nie w NZ, gdzie nie ma dzikich psów/lisów/saren itp. W ogóle nie ma dzikich, natywnych ssaków. 
Powtórzę: Nowa Zelandia to kraina, w której przed przybyciem białasów ssaki i gady nie występowały.

Jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy: Wokół namiotu kręci się zagubiony kosmita. 
Dość sensowne w kontekście całej masy filmów dokumentalnych, jakie wcześniej obejrzałem na temat UFO, stacji kosmicznych po ciemnej stronie Księżyca itp. Lada moment przez szparę w zamku namiotu z pewnością wślizgnie się długa trójpalczasta dłoń, by dotknąć mojej. 
Być może, biedny, szuka nawet pomocy, a ja ze strachu portkami trzęsę, ja - jedyny z sześciu miliardów, na którego ów kosmita liczy. 

No dobra, ujawnij się. Otwieram namiot i rozświetlam czołówką okolicę.
Nic. Nikt.
Wciskam się w śpiwór i zatykam uszy palcami. "Odejdź proszę, jeszcze nie jestem gotów na spotkanie".


Sapaniem okazał się wieczorny ryk krowy, zdeformowany i odbity  rezonansem od ścian doliny. 




WAKACJE

Zapowiadają się wybornie. W tym roku wyruszamy na trzytygodniowy objazd Wyspy Południowej. W planie brak planów, no może z wyjątkiem eksploracji miasta Nelson jako potencjalnego celu przeprowadzki, bo wszyscy bez wyjątku mówią, że zajebiste miejsce, a także odwiedzenia Watsana i Oli - przyjaciół i bloggerów, którzy rok temu wynieśli się z Auckland do Dunadin, bo nieruchomości tam trzy razy tańsze. 
A że Dunadin, mimo że ośrodek akademicki, to niezłe zadupie i pewnie mało kto z dawnych znajomych ich odwiedza, zanosi się, że spędzimy wspólnie trochę czasu. 

Nie chcemy się jednak za bardzo nakręcać, bo z tym bywa różnie, gdy człowiek się podjara, po czym wychodzi z tego przysłowiowa, prasłowiańska chujnia z grzybnią. Z doświadczenia wiem, że zawsze tak jest, więc osobiście nie mam oczekiwań. Jedyne, czego chcę, to odpocząć. 
Drodzy kosmici, dajcie mi odpocząć, a obiecuję, że się odważę.






































poniedziałek, 23 października 2017

JUTRO

Nawet jeśli jutro obiektywnie nie istnieje, nie zmienia to faktu, że wyznaczono mi datę operacji (czy tam zabiegu) na kolano, i że ta data wypada jutro. 

Niby nic poważnego, raptem łękotki usunięcie, w Polsce nawet nie usypiają, na żywca kroją, bez znieczulenia, spirytus jeno wypić każą, pasami do łóżka w izbie przywiążą, rozgrzanym do czerwoności nożem ranę świeżą przypalą, wiadomo, jak to w Polsce, za grzechy. Pół godziny i następny.
 Ale nie tutaj. 

Oj nie. Tutaj myśleć każą o sprawie z dużym wyprzedzeniem. Pierwsza okazja do myślenia to wielomiesięczne oczekiwanie na termin. 
Potem na list. Albo na telefon z kliniki. 
Potem stertę papierów każą przeczytać, podpisywać o odpowiedzialności, o konsekwencjach, kogo powiadomić w razie śmierci. Potem rubryki odhaczać o przebytych chorobach, dawnych i obecnych nałogach (i ten dylemat: przyznać się, czy nie...), o pochodzeniu etnicznym, o potrzebach religijnych, stanie ducha. 
Potem wydzwaniają jak nie anestezjolog, to chirurg-ortopeda, a to żeby poinformować lub dopytać, a to żeby pocieszyć. 

STRASZNO

Ostatnio dotarło do mnie, że bardzo powoli wkraczam w wiek, który statystycznie określa najczęstszą klientelę szpitali, przychodni i lekarzy. Muszę się więc powoli przyzwyczajać, że jak nie kolano, to zęby, potem pewnie jakaś prostata, potem... Krótko mówiąc, nadchodzi czas naprawiania zużywającego się ciała. 

Niby strachu nie ma, niby świadomość zmian nieuniknionych utrzymywana, niby nie będzie bolało, bo uśpią, a jednak. Wyłazi stresik bokiem, jak nie tu to tam, jak nie tam to jeszcze gdzieś. 

I te pytania:  Czy wrócę na szlak górski/rowerowy? Czy założę buty do biegania? Co z pracą, w której połowę czasu spędzam na kolanach? I najważniejsze: czy wrócę do yogi?

Pogoda również nie nastraja na optymizmem, bo leje i leje, choć wiosna w pełni. Tak w ogóle dużo padało i pada tej zimy i wiosny - pełnego, słonecznego dnia od zmierzchu do świtu nie pamiętam. To dość niezwykłe, jak na nowozelandzkie standardy pogodowe. 

CO DO CODZIENNOŚCI

Łatwo w takich okolicznościach popaść w zrzędzenie, użalanie się nad sobą (tu muszę uważać: mam tendencję). Chyba najgorsza jest pułapka codzienności, rutyny, spowszechnienia, moment, gdy NZ nie jest już oazą szczęścia na mapie zdegenerowanego świata. A jak jeszcze podlać to polskim sosem sentymentalnym o jednym ze smaków: "Złota Polska Jesień", "Biegówki Zimą", "Letnie Wyprawy Rowerowe", tudzież "Zapach Lasu po Letnim Deszczu", nie wspominając limitowanej edycji "Przyjaciele i Najbliżsi", to mamy gotowy przepis na depresję emigracyjną. 

Co wówczas? 
Ratunkiem jest rozmowa; odpowiedź na zasadnicze pytania: gdzie jesteśmy, a gdzie moglibyśmy być, gdyby nie wyjazd? co osiągnęliśmy? jakie są perspektywy rozwoju? czy nasze życie jest ciekawe? jak radzą sobie nasze dzieci i jaka czeka ich tutaj przyszłość?

Wreszcie: jaka jest sytuacja społeczno - polityczna w Polsce? 

ROZPRAWA POLSKA

Przyszłość dzieci jest jednym z najmocniejszych argumentów za słusznością decyzji o wyjeździe. Trudno, żeby nie docierały do nas wieści z Polski, które - z całym szacunkiem dla każdego Czytelnika - co najmniej nie napawają optymizmem. Pewnie tam, w Polsce, nie razi tak w oczy, ale tutaj, w kraju przyjaznym, tolerancyjnym, gdzie światopogląd to temat nigdy nie poruszany, bo należący do przestrzeni wybitnie prywatnej, razi w oczy jak mało co. 

Co mam myśleć o moim kraju pochodzenia, gdy słyszę w wiadomościach radiowych, że niemieccy muzułmańscy uczniowie chcący poznać Polskę i historię zagłady Żydów są opluwani i obrażani w każdym miejscu, w którym postawią na tej ziemi stopę? Ogarnia mnie wstyd. Wstyd, którego nie jestem w stanie opisać słowami. 

Co mam myśleć o coraz częstszych przypadkach rasizmu, którym tak bardzo się brzydzę? 

Nie myślę. Wiem. Fakty (nie hipotezy) utwierdzają mnie w przekonaniu, że jedyne, co łączy mnie z tym krajem, to język polski. Niewiele więcej. Im dłużej obserwuję, tym większym polonofobem się staję. 
Mówię to ja, leśnik - polonista, a więc znawca co najmniej historii polskiej literatury i historii w ogóle - człowiek, powiedzmy, rozgarnięty, inteligentny dość.

No to teraz piaskiem po oczach:

CHAM POLSKI

Ty, który plujesz w twarz obcokrajowcowi, nazywając go "ciapaty" w przekonaniu, że spełniasz dobry uczynek, Ty, który odmawiasz pomocy ludziom uciekającym przed wojenną przemocą, współczuję Ci. Obyś nigdy nie musiał opuszczać rodzinnego domu, jak zmuszeni byli to robić Twoi przodkowie. 

Ty, który nazywasz się chrześcijaninem, który nieustannie powołujesz się na Chrystusa/Boga, a maszerujesz pod sztandarami nienawiści i agresji, współczuję Ci. Marna Twoja karma. 

Ty, który okradasz innych i masz z tego powodu satysfakcję, bo udało Ci się uczciwego, naiwnego człowieka - jak to mówisz - wychujać, który tuż przed wyjazdem ponabierałeś towaru wartego tysiące dolarów ze sklepu na kredyt zaufania sprzedawcy, nie zamierzając nigdy go spłacić, zostawiając nam na karku smród i opinię Polaków-złodziei, brzydzę się Tobą. Wiedz, że przyjdzie czas zapłaty. 

Ty, który hołubisz kościół katolicki, ten sam, którego urzędnicy w sutannach dopuszczają się przemocy seksualnej na dziatwie, którzy obmacują obślizłymi, spoconymi łapskami dziecięce krocza, a w najgorszym wypadku posuwają się do wciskania penisów w chłopięce odbyty, wiedz że na wymioty mi się zbiera, gdy widzę, jak chowasz głowę w piasek. 

Ty, który deklarujesz się jako ateista i antyklerykał, a który pokornie oddajesz swoje dziecko w tryby kościelnej machiny do prania dziecięcych mózgów, chrzcząc i posyłając na religię, bo rodzina, bo co ludzie powiedzą, wiedz że nie ma bardziej obrzydliwego przykładu  konformizmu. Twoja postawa mnie przeraża.

Ty, który z buntownika i kontestatora przepoczwarzyłeś się w gorliwego głosiciela postprawdy, który z wojownika o wolność, pokój i sprawiedliwość stałeś się piewcą głupoty i miernoty wiedz, że Twoja postawa to dowód niebywałego oportunizmu i intelektualnego lenistwa. I choćbyś nie wiadomo jak bardzo naginał fakty pod swój cuchnący nowością neofityzm, wiedz że Twój rozdęty od piwska z biedry i przypalonej kiełbasy z grilla (kiedyś sojowej) brzuch świadczą o Tobie bardziej, niż pseudointelektualny bełkot w oparach alkoholu.  

Ty, który gardzisz kobietą...

Nie chcę mieć z Tobą, Chamie Polski, przaśny, prowincjonalny, małomiasteczkowy, przedmiejski, śmierdzący potem i tanim browarem z puszki, nic wspólnego. 

Nie chcę mieć z Tobą, Chamie Polski, inteligencie z awansu społecznego, co na dzielnicowe salony aspiruje, co zna się na Sztuce, co stroi te swoje głupkowate, pretensjonalnie nadąsane miny, nic wspólnego. 

Nie chcę mieć nic wspólnego z Tobą, Chamie Polski, emigrancie z Koziej Wólki, ze Szczepanowa w Lubelskiem, Podkarpackiem, Łódzkiem, cwaniaczku w brudnych gaciach, rzepą za paznokciami i śmierdzącym oddechem, z plecaczkiem Jansport i orłem na bluzie, co drze ryja w supermarkecie; precz z mojej głowy. 


Chamie Polski, którego jestem częścią, który siedzi we mnie,  do którego organicznie przynależę, którym jestem, odejdź raz na zawsze, uwolnij mnie od Siebie. 














































O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2