SEZON NA MUCHY
Rozpoczął się czas gwałtownego wzrostu populacji jednego gatunku owada: muchy.
W przedmiocie ochrony lasu zjawisko takie nazywa się gradacją szkodników. Dzieje się tak wtedy, gdy populacja jednego gatunku owada gwałtownie przyrasta, zżera i niszczy, co się da, po czym równie gwałtownie opada.
Coś jak z ludźmi, tyle że rozłożone na więcej sezonów. O wiele bardziej jednak niszczycielskie, wyrachowane, bo powodujące niewyobrażalną ilość cierpienia innych istot.
Tak samo jednak autodestrukcyjne.
Sytuacji tej, mam na myśli samozagładę ludzkości, pocieszającej z punktu widzenia życia Planety, choć kompletnie bez znaczenia z perspektywy kosmicznej, otóż sytuacji tej nie zmienią żadne święta takie czy inne i chwilowe poudawanie, że się kochamy, i że kochamy w tę jedną, jedyną noc zwierzęta i to tylko dlatego, że przemawiają ludzkim głosem.
W pozostałe 364 dni roku mordujemy kogo się da i co się da, mając na te okazje doskonałe wymówki: a to wróg, a to szkodnik, a to na grilla, a to z powodów religijnych, a to mamy z tego fun i zarzucamy wędkę lub dla sportu, w lesie - obok masowych ubojni najbardziej wyrachowany rodzaj zabijania: jak tchórze, z ukrycia, w ciemności, okraszony nawet jakimiś obrzędami i zwyczajami: pieśniami, gwarą i oczywiście tradycyjną wódką.
O przemysłowej "produkcji" mięsa itp. nie napiszę więcej, niż pozwala mi na to uczucie niewysłowionego bólu, jaki odczuwam z tego powodu. Jako wegetarianin z dwudziestoparoletnim stażem nie widzę większej różnicy między ubojniami i obozami masowej zagłady.
Największa hańba ludzkości...
Wracając do much: Pewnie nie miałbym nic przeciwko tychże obecności, gdyby nie obsrane sufity. A skoro srają tam, to i robią to w każdym innym miejscu, w którym przerwą swój cichy lot. Czy robią to, podkradając jedzenie ze stołu? Czy srając jedzą? Jeśli tak, to niedobrze. Oto moja wymówka na zabijanie much. Mówię to jako absolutny obrońca życia.
CZAS ZMIAN
Ostatnie dwa tygodnie dostarczyły nam sporo emocji, zarówno skrajnie pozytywnych, jak i skrajnie negatywnych. Jak to w życiu bywa, szczególnie moim: raz w górę, raz w dół.
O tych drugich kompletnie nie mam ochoty pisać, nie tylko ze względu na zdrowie psychiczne, ale także niechęć do grzebania się w brudach. Negatywnym emocjom i brudom mówię więc stanowcze PRECZ i przechodzę do rzeczy przyjemnych.
Od ponad dwóch tygodni posiadamy prawo stałego pobytu. Zmienia to radykalnie nasze położenie: jesteśmy już inaczej traktowani, także we wszelkich instytucjach finansowych. Otwiera się droga do nabycia w niedalekiej (mam nadzieję) przyszłości nieruchomości i założenia gniazda. Bo czas najwyższy osiąść na swoim, choćby po to, żeby bezkarnie obsikiwać wszystkie kąty.
Zmiana wizy ułatwia także funkcjonowanie w świecie biznesu (o ile takowym mogę nazwać klepanie podłóg), choć powinienem ująć to inaczej: Fakt założenia przeze mnie Company o statusie Limited i poinformowanie o tym urzędników emigracyjnych zdecydowanie moim zdaniem wpłynął na przyspieszenie decyzji o wizie, którą przyznano dosłownie kilka dni później.
WAKACJE
Adaś pożegnał się ze szkołą i rozpoczął swoje letnie wakacje. Dziś w południe wyruszamy w kolejną podróż, na którą czekam z rozkoszą, by walnąć się na jakiejś plaży i nie robić nic poza schładzaniem ciała chłodnym piwkiem.
W tym roku zdecydowanie zasługujemy na odpoczynek. Osobiście dostałem nieźle w kość, również Lila, która dosłownie i w przenośni ponosiła koszty mojej przemiany:
Dosłownie, bo musiała zawozić i odbierać dzieci kosztem godzin pracy, co na pewno się odbije w taki, czy inny sposób.
W przenośni, bo musiała znosić nerwówkę ostatnich dni i tygodni, kiedy to, w związku z samodzielnym prowadzeniem firmy, musiałem i muszę ogarnąć jakieś sytuacje z kosmosu.
Ignacy w swojej dziecięcej, słodkiej naiwności traktuje rzeczywistość jak nieustające wakacje lub raczej kolonię letnią, zważywszy na fakt, że musi czasem wykonać polecenia, na których wykonanie nie ma ochoty. Od poniedziałku do piątku chodził do przedszkola, a ponieważ wszyscy tutaj mają bzika na punkcie zapewnienia dzieciom wszelkich możliwych wygód, rozrywki i bezpieczeństwa i innych warunków do dziecięcego wyluzowania się, chodził "do dzieci" (jak mawia) z nieukrywaną przyjemnością.
Czasem, gdy go odbieram, obserwuję zawodowym okiem panie, a w ramach obserwacji ucinam sobie z paniami pogawędkę. Te kobiety są z innej planety; są tak oddane swojej pracy, że trudno jest mi wyobrazić je sobie w innych rolach społecznych, np. jako żony.
Jedno jest pewne: NZ to raj dla dzieci.
INNE ROZRYWKI
Ze względu na ograniczoną ilość czasu, nie ma ich za wiele, nie licząc tych drobnych, jak na przykład sączenie lokalnego browara, czy granie muzyki.
W miniony weekend miałem okazję połączyć obie przyjemności w następującej kolejności: Najpierw sączyłem piwko w drodze do Hakea, gdzie odbywała się kolejna impreza techno/psytransowa, by natychmiast po przyjeździe rozpakować graty, podłączyć kable i zagrać mój pierwszy koncert w NZ.
Następnie, by zachować proporcje, podłączyłem się do kolejnych piwek.

Za wiele ich jednak nie było, bo mijający tydzień był tak wyczerpujący (dzień wcześniej pracowaliśmy 16 godzin), że zmęczenie już o jedenastej wieczorem wepchnęło mnie do vana, w którym, mimo hałasu i kłopotliwych przerw na sikanie, spałem do rana.
Gorzej spała Lila, bo w pomieszczeniu jak nie ciągle się ktoś kręcił, to co chwilę dzwonił telefon od poirytowanych sąsiadów z dołu doliny, że niby za głośno. No, było głośno, co miało nie być... Jest psytrance - jest głośno.
WRACAJĄC DO KONCERTU
W sobotnie popołudnie nie poszło mi tak, jakbym chciał, nawet zamknąłem się po wszystkim w vanie, żeby nikogo nie widzieć. Ale chyba jestem zbyt surowy wobec siebie, bo ludziom się podobało. W sumie dobrze mi szło, ale tylko do momentu, kiedy zabrakło prądu. Agregat zawiódł. Od tej chwili atmosfera i chęć do grania siadła.
Lepiej poszło natomiast w niedzielę, kiedy to stanowczo namówiony na ponowny występ, znów podpiąłem się do głośników. Wówczas, na luzie, poszło jak z płatka, a feedback, jaki otrzymałem, tańczący do mojej muzy ludzie oraz wizytówka od Ważnego Człowieka z Auckland, nieźle wróżą na przyszłość.
SZPITAL
Od paru dni mniej ważę. Od moich 77 kilogramów odjęty został ciężar kamyczka o średnicy 10 mm, który od wielu lat rozpychał się w prawej nerce.
Dzięki zabiegowi miałem też okazję przekonać się, jak działa system opieki medycznej w NZ. Fakt, że czekałem na zabieg kilka miesięcy niczego nie zmienia, bo mój przypadek był semi-urgent. Nawet się cieszyłem z tego powodu.
Nie sądziłem tylko, że sprawa jest tak poważna, że każą się ubrać w szpitalne wdzianko, położą na łóżko, zawiozą na salę operacyjną, wpakują igły w żyły, po czym założą maskę na twarz i uśpią. Nigdy nie miałem narkozy, ale moment odpłynięcia był zajebisty. Wszystko to w otoczeniu lekarza, anestezjologa i trzech pielęgniarek.
Najgorsze i najlepsze było jednak potem, bo pojawił się ból związany z pozbywaniem się drobin kamienia drogami moczowymi. W tym celu zaaplikowano mi takie dawki środków znieczulających (kodeiny itp.), że na prawdę nieźle się bawiłem.
Na dodatek w połowie haju przyszła pielęgniarka z propozycją kolejnego zastrzyku:
- Chcesz jeszcze? - pyta.
- Nie, jestem ok.
- Na pewno?
- No dobra, dawaj - opowiedziałem i już za chwilę poczułem rozkoszne ciepło rozpływające się po ciele.
I tak do końca dnia.
I TAK TUTAJ
...sobie żyjemy. I tak zakończył się rok. Niekoniecznie beztrosko było, niekoniecznie bezproblemowo. Trudno zresztą określić, bo czas przemian z natury bywa gwałtowny. Umilamy sobie życie, spotykając się z przyjaciółmi, co jakiś czas biorąc udział w oczyszczających tańcach plemiennych (ostatnio na koncercie LTJ Bukema).
Oczekujemy więc wszyscy na odpoczynek. Potrzebna jest też medytacja, wyciszenie i oczyszczenie. Jak nigdy.
WIOSNA II
Odkąd minął rok mojego pobytu w NZ, pewne jego elementy nabierają prostej, acz ciekawej cechy: zaczynają się powtarzać.
Oto weszliśmy w cykl przemian, który najłatwiej odczuć i opisać na podstawie zmian pór roku, odwiecznych mechanizmów Przyrody, które konserwują nie tylko przetwory w słoikach, ale i pamięć. Paradygmat ten obejmuje także niektóre zdarzenia, jak na przykład coroczny, integracyjny wyjazd na wulkan Ruapehu dla pracowników Lili firmy, czy niektóre wydarzenia muzyczne. No i wiosnę.
Tak więc nadeszła. Piękna, słoneczna, ukwiecona zapachami i uptaszona dźwiękami. Temperatura jest niemal idealna i oscyluje w granicach 16-18 stopni, przy czym zazwyczaj świeci słońce, które wprowadza w życie pojęcie temperatury odczuwalnej.
Czasem pada deszcz, oczywiście, ale kto by się tutaj deszczem przejmował... Tym bardziej, że ten wcale nie oznacza spadku temperatury.
Może nie jest to taka wiosna, jak w Polsce, szalona, gwałtowna, zmysłowa, energetyczna, upajająca;
niespokojna, szarpana, a nawet brutalna w sensie walki o dostęp do światła słonecznego, czy walki z czasem, bo nuż przyjdzie gwałtowna zmiana kapryśnej pogody i pąki zmrozi albo potomstwo wychłodzi, z gniazda wywieje nie daj boże.
Może nie tak wytęskniona i wymarzona; tak długo, naprawdę długo wyczekiwana po pięciu miesiącach krótkich dni i przenikliwych chłodów, a w związku z tym obciążona wymaganiami, głównie pogodowymi. Że niby ludzie mają prawo do pięknej wiosny. Że niby im się należy. Że majówka, to ma być pięknie.
Nie zmienia to faktu, że osobiście zawsze liczyłem na piękny długi weekend, bo zwykle w te dni właśnie, co roku inicjowałem wraz z moim bratem Grzegorzem, rodziną i przyjaciółmi sezon kajakowy. A jak jest w kajaku, gdy pada, wie ten, kto pływał.
Brat wybierał zwykle jakieś dzikie dopływy dopływów dopływów Odry albo zarośnięte poniemieckie kanały wodne, na których więcej czasu, niż na pływanie, spędzało się na przedzieranie przez chaszcze (w tym suche jeszcze trzciny i zwalone drzewa) i strzepywanie wiosennych pająków z głowy. Więc pogoda miała kluczowe znaczenie.
NOWY LOKATOR
Lila ma już nie trzech, a czterech facetów na głowie. Dobrze, że chłopcy ciągle operują dziecięcym tembrem głosu, nie zmutowanym, balansują tym samym wibracje i rekompensują samczość.
Z Wojtkiem działamy w dziedzinie podłóg, więc wytężamy głównie ścięgna i mięśnie, mózgi głównie wtedy, gdy trzeba rozwiązać jakiś techniczny problem. Ale umówmy się, nie są to problemy wymagające biegłości w sferze filozofii materii nieożywionej. To proste zagadki dla prostych chłopaków ze zniszczonymi od pracy rękami. Dla chłopaków, co kawkę w drodze do pracy popijają, a w porze lunchu kanapkę na szybcika zagryzają, by skrócić czas oczekiwania na dymka ze skręta.
Obecność Wojtka odczuwam nie tylko z powodu nowych, męskich zapachów w domu, czy wzroście ilości odpadów domowych, w tym wtórnych opakowań szklanych.
Widzę też jak dużo jedzenia teraz przerabiamy. Ilość pochłanianej biomasy niechybnie przyprawiłaby przeciętnego przedstawiciela klasy urzędniczej o nadwagę, ale nie nas. My jesteśmy chłopaki z budowy. Proste chłopy, co muszą się nażreć, żeby przetrwać.
PRZETRWAĆ
Aby przetrwać, biomasa nie wystarczy. Potrzebny jest także trening ciała i ducha.
Joga.
Ashtanga joga: konkretny wycisk i siódme poty, a nie jakieś tam pitu-pitu z dzwoneczkami i kadzidełkiem dla wczesnych emerytek.
Cała nasza rodzina praktykuje jogę, także Ignacy (oczywiście dzieci mają zajęcia dostosowane do wieku). Wojtek dołączył w drugim tygodniu pobytu.
I tak: ja chodzę we wtorki, czwartki i piątki (w soboty, jeśli nie pracuję), Igi we wtorki, Adaś czwartki, Lila w poniedziałki i środy, Wojtek na razie tylko środy - już narzeka, że za mało.
Gdyby nie joga, nie tylko nie przetrwałbym w pracy, ale także nie dałbym rady normalnie funkcjonować w realnym świecie ze swoją późną depresją, niestabilnością emocjonalną i średnią odpornością na stres. Szczególnie teraz, gdy ważą się losy naszej nowozelandzkiej przyszłości, a także przyszłości Wojtka i jego rodziny: żony i pięcioletniego syna, których - podobnie jak dwa lata temu Lila mnie i chłopców - zostawił w Polsce licząc, że będę w stanie go zatrudnić w swojej firmie, którą właśnie otwieram, i że Immigration NZ nie będzie miało nic przeciwko temu.
Plan B nie istnieje.
POŻEGNANIA
Poza tym zmienia się perspektywa postrzegania rodzinnej Polski. Rozmywa się jakby ostatnio, przenosi stopniowo w sferę HD/backupu pamięci przeszłości ograniczonej do wybiórczych zdarzeń i twarzy (których obrazy są pewnie dawno nieaktualne w związku z faktem starzenia się i zmian fryzur).
Czasem tylko zapadam pamięcią w jakiś etap z przeszłości mojego życia i próbuję go ożywić, zaproponować inne wersje zaistniałych zdarzeń. Co jak wiadomo kompletnie nie ma sensu, nie jest nawet zbyt przyjemne, także w kontekście powrotu do czasu realnego, tak absolutnie, niewiarygodnie innego wymiaru, jakim jest NZ.
Wspomnienia powracają także we snach, tam spotykam się głównie z ludźmi, których nie widziałem od wielu lat, i których z oczywistych powodów nigdy już w życiu nie spotkam. Mowa oczywiście o ludziach mi bliskich, z którymi - z pobudek hedonistycznych/sentymentalnych - spędziłem dużo czasu.
W ten sposób oddaję im wszystkich pokłon i podziękowanie za wspólnie spędzony czas, za cierpliwość i wyrozumiałość dla mojej dość wymagającej osobowości, a także przywilej dzielenia się radością ulotnej chwili.
I choć wiem, że nigdy się nie spotkamy (nawet fejsbuk tego nie zmieni), nie żałuję i nie tęsknię. Nasz wspólny czas dobiegł końca, a w moje miejsce na pewno pojawili się inni, równie ciekawi ludzie. W ten właśnie sposób przyczyniamy się do obiegu dobrej wibracji i dzielenia się ciepłem przyjaźni, o ile nie miłości (czymkolwiek ona jest). Jest w nas ich na tyle dużo, że byłoby marnotrawstwem ograniczać się do tych samych ludzi, włącznie z rodziną.
Pozwólmy więc dziać się zmianom. Niech ludzie odchodzą i przychodzą, by ponownie odejść. Bo zmiana i nietrwałość to podstawowe prawo Przyrody.
Jak to na wiosnę.
O ŚWIECIE, W KTÓRYM ŻYJEMY
Czy mam już prawo do opisu, a nawet oceny Nowej Zelandii po ponad roku przebywania w Hamilton?
Nie jest to takie oczywiste, bo rok to nie tak dużo, by samego siebie upoważniać. Nadać sobie funkcję. Przypiąć sobie order za zasługi w subiektywnej ocenie obiektywnych faktów.
Choć z drugiej strony człowiek trochę po świecie się wytłukł, więc ma skromne prawo do porównań.
Tym bardziej, że mieszkając w takim Hamilton, ma się okazję poznać Kiwusów z krwi i kości, inlanderów, post-farmerów, co dzielą rodzinne ziemie na kawałki i za grube miliony sprzedają pod działki budowlane (dzięki czemu Lila i ja mamy pracę). Zaciągających trudnym do ogarnięcia dialektem, który wzbudza niepokój, popłoch i pozbawia wiary we własne umiejętności.
Albo późnych, mocno skundlonych z białasami Maorysów, co wygodnie żyją sobie trochę obok głównego nurtu wydarzeń i w dupie mają zasady zdrowego odżywiania, tyjąc na potęgę, bo syfiastego białego pieczywa i innego badziewia już nie mają w dupie.
Imigrantów, którzy w liczbie stosunkowo niewielkiej (wyjąwszy Chińczyków, bogatych zazwyczaj, co nieruchomości i biznesy kupują za gotówkę przywleczoną z ojczyzny) zasilają lokalny, niezwykle prężnie rozwijający się biznes. Jak my. Zazwyczaj wykwalifikowanych, bo takich NZ przyjmuje chętnie. Jak my.
Którzy próbują jakoś się odnaleźć w tym sennym mieście wielkości Olsztyna, w którym gdyby nie uniwersytety, byłoby znacznie, znacznie senniej.

Którzy z różnych powodów tęsknią za swoimi macierzami, na przykład z powodu braku kiszonych ogórków, czy śpiewów stadionowych i wspólnego piwka z kumplami w pubie, bo tutaj subkultury kibolskie nie zdążyły powstać, więc nie było komu stworzyć pieśni stosownych. Tak ustaliliśmy pewnego popołudnia z pewnym Anglikiem, który przyszedł naprawić nasz kominek gazowy.
A propos:
PIWO
Najbardziej popularne z alkoholi. Jego jakość jest rekompensatą za deficyt miłego towarzystwa do jego wypicia. W porównaniu z australijskimi szczynami mamy tu raj na ziemi. Lokalnych browarów, które produkują doskonałe craft beer jest całe mnóstwo.
Dominuje głównie piwo goryczkowe, o wyraźnym smaku chmielu. Imperial IPA, India Pale Ale, Amber Ale, American Pale Ale, Imperial Stout. Popularne marki to Monteith's, Emerson's, Mac's, Epic, Moa, Tuatara, Yeastie Boys. Mike's, Mata, czy łagodne, słynne Tui.
MODA
Generalnie, w Hamiltonie mają ją w głębokim poważaniu. Wystarczy regularnie robić zakupy w Pack'n'savie, takim tutejszym Carefourze dla szlachetnie niezamożnych, jak my, by przekonać się, że dresik, pidżama, klapensie na białe skarpety, kapcie, czy też gumowce, to klasyki tematu. Bardzo popularne jest chodzenie na boso.
Jak w Polsce, tyle że nie ma tu presji, że wiocha, że na Janusza. Tutaj raczej wynika to z dużego dystansu do tematu, niż parafialnego obskurantyzmu.
RUCH SAMOCHODOWY
Lewostronny oczywiście. Bardziej odpowiadający mojej podwójnej lateralizazji, lepiej dopasowany do rozdziału obowiązków obu półkul mózgowych w percepcji rzeczywistości.
Dużym nietaktem jest trąbienie. No chyba że w skrajnych sytuacjach.
Wymuszanie pierwszeństwa jest dość niefrasobliwe, nawet w znanym z uprzejmości Wrocławiu by nie przeszło. Ale spoko, bo nie ma pędzących na złamanie karku znerwicowanych pojebów.
W mieście przestrzeganie prędkości jest normą. Coś tam się oczywiście zawsze nagnie, szczególnie w sznurze aut, ale szaleńczych pościgów nigdy nie widziałem. Manewry są spokojne, przewidywalne. Jest tu mnóstwo rond, które spowalniają zapędy narowistych testosteronów.
Wypadki są, bo wynika to ze statystyki, ale trup nie ściele się po rowach, oddzielonych od jezdni krzyżami. Jeśli zdarzy się tragedia na drodze, mówi się o tym długo. Ale takie rzeczy głównie w mieście Tauranga, na wschodnim wybrzeżu.
Poza miastem też w miarę spokojnie. Maksymalna prędkość w NZ to 100 km/godz., nikt nie jeździ ponad 120. No chyba że lokalni farmerzy po kilku browarach do domu wracają, wtedy lepiej uważać. Skoro o tym mowa, to mają tu większą na to tolerancję. Dwa-trzy małe piwka, nie więcej, przechodzi. Nie ja - za dnia nie korzystam.
Na autostradzie również spokojnie, auta wyprzedzają się jak tiry w Polsce - to norma. Raz widziałem chojraka, który szedł jakieś 150; dwie minuty później dwa radiowozy go przytuliły.
Dużo tu motocykli, sporo klubów motorowych, także Hell's Angels. W zasadzie nikt nie jeździ na japońcach. Niedaleko Adasia szkoły, jest salon Harleya - czasem, w soboty, zbiera się załoga, a przed sklepem gra kapela.
Tutejsza młodzież, czy to "biała", czy maoryska, wybiera głównie pierdzące stare nissany skyline, czy inne tego typu hałaśliwe rupcie. Na nowe ich nie stać.
DROGI
Znośne za sprawą siły przyzwyczajenia. Wszystko przez technologię kładzenia nawierzchni, jaką tu stosują: otóż zamiast asfaltu, najpierw wysypują kruszywo, potem polewają to lepikiem, czy innym badziewiem i walcują. Owszem, spełnia to normy bycia nawierzchnią, ale swoją chropowatością powoduje nieznośny, szumiący hałas w aucie, przede wszystkim jednak szybko niszczy opony.
Poza tym drogi kręte, jak makaron campanelle, ale dobrze oznakowane: przed każdym większym zakrętem podana jest bezpieczna prędkość, z jaką można go pokonać. Bardzo pomocne, bo nigdy nie wiadomo w tym górzystym kraju, co za winklem.
Co jakiś czas, głównie w terenie górskim, znajduje się passing lane, dzięki którym można bezpiecznie wyprzedzić maruderów lub ciężarówki.
JEDZENIE
Nie można narzekać. Ogromny wybór warzyw i owoców, w tym organicznych, wielki wybór dodatków. Brakuje oczywiście białego sera do pierogów, ale Lila zastępuje go zwykłą, popularną tutaj fetą i robi pierogi ruskie odmiana kiwi. Są absolutnie wyjątkowe: zawierają w sobie wspomnienie babci Heleny (która jak przystało na Zabużankę, była w temacie nadmistrzynią), a także nutę tutejszej, wulkanicznej gleby wydobytej z wymion lokalnych krów.
Chleb również mają niezły, co, jak wiadomo, dla Polaka jest ważne. Rzeczony Pack'n'save ma swoją piekarnię, w której pieką doskonały żytni kibbled rye, i choć pack'n'save'ów w NZ setki, uświadczysz go tylko w Hamiltonie.
Powszechnie używa się masła solonego, co zapewne wynika z faktu, że dawniej tylko w takiej formie nie jełczało na statkach, którym dotarcie do NZ zajmowało miesiące.
OPIEKA MEDYCZNA
Na najwyższym poziomie. Jako imigranci na dwuletniej wizie, mamy pakiet podstawowego ubezpieczenia medycznego, dzięki czemu kilkakrotnie uniknęliśmy poważnych opłat za wizyty u lekarzy, zabiegi, czy rehabilitację. Wkrótce wybieram się do szpitala na zabieg usunięcia kamienia w nerce, który kosztowałby mnie 5 tysięcy, gdyby nie ubezpieczenie.
Dzieci do 13 roku życia mają darmową opiekę medyczną, łącznie z lekarstwami i dentystą, za którego dorośli płacą grubą kasę (400-500 dol. za wizytę!).
POGODA
Bardzo przyjazna: pod względem temperatury stabilna, brak gwałtownych zmian typowych dla klimatu polskiego w stylu: mróz-odwilż, upał-deszcz. Oczywiście gdy leje to leje na całego, ale rzadko niebo zaciąga się chmurami na dłużej: te zazwyczaj pojawiają się, obszczają deszczem i przetaczają się dalej, odsłaniając słońce. Po czym pojawiają się następne.
Jest dużo słońca cały okrągły rok, przez to dużo zieleni; zimą zimno jest głownie wieczorami - za dnia pracowałem w krótkich spodenkach. Po za tym skoro zioła i sałata rosną bujnie w ogrodzie nawet zimną, to chyba nie jest tak źle?
Nie są tu mile widziane fronty południowe, antarktyczne. Nie śródziemnomorskie, jak w Europie. Tutaj ciepło dociera z północy. Zazwyczaj przynoszą one przenikliwie zimne wiatry, deszcze, a na Wyspie Południowej śnieg. Chociaż tam rozgrywa się zupełnie inna historia pogodowa.
Ponieważ nie ma przemysłu ciężkiego, powietrze jest krystalicznie czyste; dlatego jednym z dwóch moich ulubionych rytuałów porannych jest wyjście na zewnątrz i zaczerpnięcie pachnącego świeżością powietrza. Drugim jest kubek herbaty.
Ponad 80% energii elektrycznej pochodzi z hydroelektrowni i źródeł geotermalnych. Pamiętam takie zdarzenie: Gdy pewnego zbyt ciepłego popołudnia na wyprawie narciarskiej na wulkanie Ruapehu proszę Tonniego o oszczędzanie prądu i wyłączenie ogrzewania elektryznego, ten stwierdza, że w NZ tak to nie działa, bo jeśli nie ma zapotrzebowania na prąd, hydroelektrownie muszą spuścić nadmiar wody i zalać tym samym ziemie farmerów poniżej. Więc trzeba wspierać lokalny biznes, który daje ludziom pracę. No, nie wiem. A co z globalnym ociepleniem? Ciepło nie znika.
LUDZIE
Kiwusy.
Wyluzowani, otwarci (choć dość pruderyjni, sądząc po braku np. plaży nudystów w okolicy), tolerancyjni, choć podobno dość religijni (religia jest tematem tabu), zupełnie bezkonfliktowi. Czy to w sklepie, czy to na ulicy, czy w klubie nocnym, gdzie pokornie wychodzą z imprezy, bo tak uznał ochroniarz, wszędzie mili. Uśmiechnięci, pomocni, rozmowni, ciekawi, jeśli nie ciekawscy. Żadnej agresji. Oczywiście z wiadomych powodów nie poruszam sfery kryminogennej, choć nie przypadkowo o niej wspominam. Problemy jak w całym statystycznym świecie w stosownej do miejsca skali. Niepokoi mnie jedynie, że w jedynej rozgłośni, jakiej słucham: Radio NZ (taka polska Jedynka), co jakiś czas pojawia się wątek child abuse.
Czasem z uśmiechem na twarzy próbują naciągnąć co nieco, cenkę wyśrubować tu i tam, bo "wiesz, wszystko musimy sprowadzać", ale co prawda to prawda. Jak to Kiwusy, kiwnąć trzeba.
Z drugiej strony trochę naiwni, naciągać się też dają różnym cwaniaczkom zza oceanów. Dają wiarę, jak świat funkcjonuje i wygląda, bo cóż można powiedzieć o świecie, gdy mieszka się na jego końcu.
PODSUMOWUJĄC
Kraina czysta, otwarta na ciekawych ludzi, dość konserwatywna, choć swobodnie dyskutuje się w radiu o gorących tematach typu: TPP, ochrona środowiska (tj. tego, co pozostało po tragicznej jego degradacji dokonanej przez pierwszych farmerów), w tym kwesta całkowitej segregacji śmieci (polityka zero-waste) legalizacja marihuany, problem bezdomności w Auckland w efekcie kolosalnych cen nieruchomości, brak sensownego transportu publicznego, rozruby czołowych rugbystów w erotycznych klubach nocnych.
Nic tylko tu mieszkać.
A ponieważ już tu mieszamy, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcać do przyjazdu. Ale jedynie tych, którzy będą mieli coś do zaproponowania tej krainie oraz tych, którzy czują, że Polska nie jest ich miejscem. Dla mnie już nie jest. Za łatwo się człowiek przyzwyczaja do normalności.
Nie wyobrażam sobie teraz życia w kraju, w którym Jerzy Urban, komentując obecną sytuację polityczno - kościelną zauważa, że nawet w komunie był postęp, bo po Bierucie był Gomułka, a po nim Gierek. Przysięgam, nie Urban mi autorytetem.
Tak więc, drogi Czytelniku, jeśli obcy Ci zatęchły trupem, polski katolicyzm w wydaniu tępych narodowców i tłustych, równie tępych "hierarchów" kościelnych oraz jeśli obcy Ci bełkot pisowskich, zgrzybiałych starców, czy cwaniaków od ośmiorniczki, serdecznie zapraszam do nas.
Czeka na Ciebie ostatnie takie miejsce na ziemi.
Przybywaj, póki nie za późno.
TŁUMACZĘ SIĘ

Jak świat długi i szeroki, poziomy i pionowy, płaski i kulisty (choć z odchyleniem na owal), nie zdarzyła mi się aż tak długa przerwa w blogowaniu. Potraktuję to jako wybryk, niesubordynację lub, jak kto woli, po prostu zwykłe zaniedbanie.
Zdaję sobie sprawę, że Czytelnika nie obchodzą żadne tłumaczenia, że w takim wypadku, podobnie jak telewidz przełącza pilotem kanał, Czytelnik odnajduje inne, ciekawsze rzeczy do poczytania. Nie jestem przecież znanym pisarzem światowej sławy, który na kolejną powieść bezkarnie każe sobie czekać latami. I stać go na to.
Nie jestem nawet małośrednio popularny w dziedzinie blogowania. Nie piszę przecież dla zysku i nie mam zamiaru nikogo namawiać na klikanie reklam, na których, jak dotąd, w pół roku zarobiłem 9.43 NZD, co utwierdza mnie w decyzji o ostatecznym usunięciu ich. Tu kariery nie zrobię.
Pewnie, gdybym pisał bloga modowego, politycznego, bloga poradniczego, np. jak radzić sobie z życiem po czterdziestce, jak się zdrowo odżywiać, lub choćby kulinarnego w stylu: kuchnia Nowej Zelandii (o ile takowa istnieje) albo gdybym zamieszczał porady wizowo - podróżnicze, typu: jak wyemigrować do NZ, o czym musisz pamiętać, tanie przeloty, najtańsze noclegi, miejsca, które musisz zobaczyć, czyli gdybym przestrzegał reguł bloga komercyjnego, może i szedłby za tym jakiś sukces finansowy.
A tak? Pozostaje mi liczyć jedynie na wiernych Czytelników, z których jedynie garstka czyta, bo większość zapewne przegląda co najwyżej zdjęcia, i która to garstka cierpliwie tolerować będzie moje osobiste wynurzenia, choć po cichu liczę, że z przyjemnością współuczestniczy w naszym życiu.
USPRAWIEDLIWIENIE
Czy mam jakieś usprawiedliwienie na tak długą przerwę? Poniekąd.
Po pierwsze: Zimę tu mamy, wyjątkowo deszczową w tym roku. O czym więc tu pisać? Czas pierwszej fascynacji Nową Ziemią powoli mija, zaś zimową, deszczową porą, gdy ogląda się wakacyjne fotki od znajomych z Polski, nawet się tej Ziemi odechciewa. Tęskni człowiek jak cholera za polską przyrodą i krajobrazami.
[A
propos, czy aby w Polsce noce nie coraz chłodniejsze? Dni coraz krótsze?
Wizja końca lata nie rysuje się w formie zajawki upychanej w kąt świadomości? Znicze na Wszystkich
Świętych Biedra w promocji czy aby już nie sprzedaje? Hę?]
Wyjazdy, ze względu na pogodę, są oczywiście zawieszone, choć niedawno spędziliśmy weekend w domu nad oceanem, właściwie rezydencji, w której spokojnie można by kręcić odcinki "Dynastii". Chata jest do kupienia: 1,6 milionów dolarów, choć odradzam: sztampa i kicz na bogato.
Po drugie: Tworzenie muzyki to jednak konkurencja o wiele silniejsza dla pisania, niż sądziłem. Działam w tym temacie sporo, na tyle jednak, na ile pozwala mi ograniczony czas i niska tolerancja dla hałasu. Przygotowuję okołodwugodzinny repertuar, z którym mógłbym spróbować wystartować w tym sezonie. W grę wchodzą głównie outdoorowe festiwale, choć liczę po cichu na kluby muzyczne w Auckland. Moja muzyczna oferta to minimal techno w połączeniu w flecikiem (koktail wybuchowy raczej), wykonywane w formie live performance, który tym różni się od didżejki, że własne kompozycje gram na żywo, a nie odtwarzam.
 |
Zwis męski
|
Po trzecie: Nie jestem już wolnym ptakiem usilnie próbującym rozwinąć zawodową karierę na polu internetowej frilanserki. Nie odniosłem tu sukcesu, co przypłaciłem organoleptycznie nieznanym mi wcześniej nasileniem stanów depresyjnych. Może i by się udało po jakimś czasie, po kolejnych miesiącach pewnie dostałbym jakieś zlecenie za żenująco nisko stawkę od jakiejś agencji z siedzibą w Indiach. Może. Tyle tylko, że czekać nie miałem już ochoty.
 |
| Zestaw podręczny |
Przynajmniej nigdy nie będę miał do siebie żalu, że nie spróbowałem.
Cóż więc mnie usprawiedliwia?
Praca.
Ciężka, fizyczna praca przy układaniu podłóg, po której nie mam już ochoty na wiele. A muszę jeszcze znaleźć siły na jogę, bez której nie przetrwam w tej robocie, bo siądzie mi kręgosłup.
No i na rodzinę muszę znaleźć siły, bo dzień nie kończy się na fajrancie.
Dzieci mają przecież swoje priorytety: a to wspinaczka, joga, netball, a to biblioteka miejska.
No i na muzykę.
Tak oto życie weryfikuje plany, a rzeczywistość sprowadza do nieoczekiwanego poziomu. Moim poziomem jest ten widziany z klęczek - bynajmniej modlitewnych. I choć broniłem się rękami i nogami przed harówką, jakiej doświadczyłem już kiedyś w Australii, to emigracja ma swoje prawa. Pierwsze z nich brzmi:
Przez trzy lata pierwsze zapierdalał będziesz na kolanach, abyś żył godnie na tej ziemi, którą los - bóg twój, dał tobie.
Amen.