czwartek, 11 lutego 2016

DARIA I JEJ RODZINA

Nie widzieliśmy się jakieś dziesięć lat, odkąd opuściliśmy Australię.

Spotykamy się w okolicy Rotorua, słynnej z parujących gejzerów, wód termicznych i powietrza o zapachu zgniłego jajka. Z Darią wiele przeżyliśmy, pokazała mi Australię z jak najlepszej strony. Znam dobrze jej rodzinę: mamę, brata z żoną, przyjaciół.
Przyleciała sobie do NZ z rodziną na wakacje (z mężem Gavinem i dwójką dzieci).

Na darmowym campingu - parkingu przy wodospadach - spontanicznie zastawiamy stół i celebrujemy moment, ciesząc się swoją obecnością. Dzieci perfekcyjnie się integrują - wspólna wibracja, jak nic. Niezapomniana będzie kolacja na trawniczku przy krawężniku, w scenerii zachodzącego słońca.

W rozmowie głównie wymieniamy się najnowszymi doświadczeniami, trochę wspominamy, choć niewiele. Tu i teraz jest najważniejsze. Daria jest dwujęzyczna, rozumie więc kody natywnego, polskiego języka. Gavin pochodzi z RPA i jak wielu ludzi stamtąd, ma specyficzny, mądry dystans do życia. 
 
Swoje życie skromnie przedstawiają jako stateczne, skupione wokół rodzinnych rytuałów.
W moim rozumieniu brzmi to tak: jesteśmy wdzięczni za to, co życie nam daje, choć nasze oczekiwania nie są wygórowane. Jednak wiem, że prowadzą się absolutnie niezwykle.

GISBORNE

Podobnie jak Stasiuk, ja również mam swój Wschód. Początki sięgają jeszcze lat osiemdziesiątych ub. wieku, gdy zacząłem szwendać się po polskich Beskidach, z przytroczoną do plecaka gitarą. Potem odkryłem łemkowskie pieśni, potem zaś muzycznie romansowałem z folkiem w zespole Chudoba. 
Zwykle, gdy leży przede mną jakaś mapa, kieruję wzrok na prawo, bo właśnie na wschodzie (również północy) działy się i dzieją najciekawsze rzeczy. Nie inaczej jest z mapą Wyspy Północnej.

Na wschodzie znajduje się na przykład szczyt Hikurangi (1752 m.n.p.m), z którego można najszybciej na świecie dostrzec promienie wschodzącego słońca (jak głosi legenda; lub raczej propaganda ministerstwa turystyki).

My jednak nie wdrapiemy się na szczyt, ponieważ lato jest od plażowania, a nie od wspinaczki.
Jedziemy wzdłuż wybrzeża oceanu State Highway 35, która przez połowę trasy niemal nie oddala się od niego, oferując nieskończenie wiele plaż.

Najciekawsze, tj. najdziksze campingi są dla nas niedostępne, bo nie posiadamy chemicznej toalety przenośnej. Po krzakach się tu nie sra, jak np. nad Jeziorem Solińskim, gdzie gówno gównem stoi.  

 
MNIEJSZA O GÓWNA

Zajebista aplikacja Kiwicamp pomaga znaleźć nam to, czego szukamy: miłych ludzi i fajne miejsce przy oceanie. Są tam też opinie innych użytkowników, same pozytywne w tym wypadku. Czytam je później nieświadomym właścicielkom, są szczerze uradowane.

Rozkładamy się na przeciw otwartej kuchni - świetny spot do obserwacji gości. Są Niemcy, Francuzi, Czesi, Kiwusy* oczywiście też. Towarzystwo łączy jedna rzecz: małe wymagania.

Klimat miejsca, wygląd, układ przypomina dobre czasy w Polsce: może ktoś pamięta miejscówki w Lubuskiem, nad jeziorkiem w lesie lub na prywatnej łączce? przyczepy Niewiadów, namioty z Legionowa? wódeczka pod leszczyka ze szwagrem i leśniczym? starzy bywalcy?  
          
No, może wódeczki tu nie piją, grilla nie rozpalają, pieśni na ustach nie niosą, spokojniej jakby.
Ale kosz przyniosą po naszej prośbie, taki na ognisko, więc radocha jest, że hej. Dosiądą się sąsiedzi, starsi ludzie, kręci się gadka, on Kiwus, ona z RPA. 

Co jest takiego w tych ludziach, że są tacy mili? Żeby chociaż wkurwa kto dostał, zjebka jakaś w sklepie, kłótnia, nic. Okradną czasem, owszem, ale przynajmniej paszportów nie wezmą. 

TRZĘSIENIE ZIEMI

Na wprost plaży, kilkanaście kilometrów w głąb oceanu, widać wyspę, która okazuje się być słynnym, czynnym wulkanem o nazwie White Island; biała, bo ciągle się z niej paruje i kopci.
Drugiego dnia po południu gadamy z Kiwusem, który pyta, czy czuliśmy, jak godzinę temu ziemia się trzęsła. Kurcze, nic nie czuliśmy. Człowiek przyzwyczajony, że w Polsce ciągle się coś trzęsło: 
a to we fiacie 126p, a to w pociągu, tramwaju, a to dziurawa droga się trzęsie jak tir przejedzie.
A to łóżko od ruchów frykcyjnych. 
Jak tu więc zauważyć jakieś tam wstrząsy.
Chyba czytałem wtedy książkę i pewnie tak mnie wciągnęła, że moje ciało nie zareagowało.
 
Z plaży jednak widać nad wulkanem wielki, biały grzyb dużej eksplozji. 

SPACERY

Pogoda sprzyja spacerom po plaży. Są tu spore pływy (nawet powyżej dwóch metrów!), więc za każdym razem jest zmiana. Zmiana, zmiana... zmiana... Podstawowe prawo Przyrody. 

Jesteśmy nad niewielką zatoczką, jest odpływ, dochodzimy więc do jej skraju, gdzie z niewysokiego klifu zwisają konary pięknych drzew. Płaski jak stół, nasączony wodą piasek odbija je niczym wielkie zwierciadło, niczym powierzchnia idealnie płaskiego jeziora...

White Island nieustannie kopci, a wiejące wiatry rozciągają parę i dym na wiele, wiele kilometrów. 


KRZACZORY

Raz udaje nam się to, w czym wyrobiliśmy się, podróżując przez dwa miesiące wzdłuż zachodniej Australii, czy rowerami/kajakami po Polsce: w noclegu w krzakach. 

Jak tylko postanawiamy, głowa w aucie kręci się dookoła, wzrok skanuje zakres widzialny, a my czujemy się, jak wtedy, gdy przypadkowo znajdzie się grzyba w lesie. Albo gdy ryba bierze. Wtedy przepadłeś, bracie. Jumysł uzależniony jest od sukcesu, od endorfin, już to wzrok szuka następnego strzała w żyłę. 

W sumie nie jest to takie proste, zważywszy, że wszystko tu ogrodzone, ale wystarczy dokładniej przyjrzeć się mapie, większy most jakiś namierzyć, pod który z pewnością jest zjazd. Albo boczną drogę wzdłuż górskiej rzeki wyczaić, dolinę jakąś rzeźbiącej, a na pewno znajdzie się polanka. 
I znalazła się, a jakże, właśnie nad rzeczką, właśnie w głębokiej dolinie. To już nie doświadczenie, to instynkt znawców tematu, ba, światowych ekspertów. Biegłych sądowych! 

Oby tylko nikt nie przejeżdżał, a już nie daj boże zauważył, zwolnił, a nuż gdzieś zadzwoni, służby powiadomi. Może zły człowiek, gwałciciel, agresywny, najebany Gienek z kumplami. Byleby z daleka od ludzkich oczu, jak najgłębiej schowani, wciśnięci w krzaczory. Byleby do zmroku, wtedy jest już bezpiecznie. Bo żadne inne zwierzę nie jest groźniejsze od człowieka.
A rano jak najszybciej się zmyć, zatrzeć wszelkie ślady, pozbierać wszelkie śmieci, także nie nasze.

WYBRZEŻE WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA

Wracając do map: Nie raz, nie dwa zerkałem, studiując mapę, na Region Gisborne na wschodzie, którego sercem jest największy na Wyspie Północnej obszar dziewiczych lasów. Obszar to dziki i górzysty, w większości ujęty w Park Narodowy Te Urewera o powierzchni 2127 km kw. (największy w Polsce, Biebrzański PN, pokrywa powierzchnię 592 km kw.). 

W centrum Parku, na wysokości 600 m.n.p.m, znajduje się ogromne górskie jezioro Waikaremoana, które powstało w wyniku potężnego obsuwu skał 2200 lat temu. W latach pięćdziesiątych osuwisko zostało uszczelnione, poziom wody podwyższony i tak powstało jezioro o powierzchni 54 km kw. oraz elektrownia wodna.
Osunięte głazy skalne utworzyły przy okazji liczne groty i skalne zakamarki, których eksplorację umożliwia szlak pieszy. 

Mamy do wyboru camping darmowy lub płatny. Jest także hotelik ze sklepem i stacją benzynową (ceny z kosmosu, browara nie ma). To wszystko. Sto kilometrów szutrowej drogi zbyt wielu zniechęca. 

Pierwszą noc spędzamy w pięknej, osłoniętej od wiatru zatoczce, na darmowym polu namiotowym. Jednak w nocy wiatr przybiera na sile i nawet tu zagląda, niemal porywając namiocik naszych niemieckich sąsiadów. 

W ciągu dnia wieje jeszcze mocniej. Sine wody jeziora tworzą potężne fale.

Jedziemy na inne pole namiotowe, położone od zawietrznej. Wcześniej wybieramy się na wspomniany szlak wzdłuż jaskiń i grot. Doświadczamy tam huraganowej siły wiatru, który omal nie wyrywa drzew z korzeniami. W zasadzie ryzykujemy, ciągnąc w takich warunkach dzieci, bo jest naprawdę groźnie. Szczególnie działa na psychikę nieustanny, ciągły ryk wiatru, który utrudnia komunikację i zmusza nas do krzyku.
 

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w prowadzonym przez przesympatycznych Maorysów visitor centre i "bukujemy" łódkę, którą jutro chcemy opłynąć kolejne jezioro: mniejsze i położone 300 metrów wyżej. Plan jednak nie wypali, bo podobno ciągle za mocno wieje, choć gdy po godzinnym marszu docieramy tam w południe, jest niemal bezwietrznie i wreszcie świeci słońce. 

LAKE WAIKAREITI
 


Otóż naszym oczom ukazuje się raj. Raj. Czyste, naturalne piękno w kolorze turkusu.  Czterokilometrowy szlak doprowadza nas do tarasu widokowego, z którego roztacza się widok na jezioro, wyspy i otaczające góry. Szlak dalej wąsko wije się pod górę, wspina stromym zboczem,  kręci wśród prastarych, karłowatych drzew pokrytych okładziną zielonych porostów i ostatecznie doprowadza do niewielkiej plażyczki. 

Nie wiem, czy widziałem w życiu piękniejsze miejsce. Choć przecież piękna nie powinno się stopniować, porównywać, bo jest wartością samą w sobie, określoną i skończoną, to jednak gmeram w pamięci: Połoniny bieszczadzkie? Biebrza? Górna Brda? Beskid Niski? Norwegia? Australia? Różnica jest taka, że w Polsce niemal wszędzie widać wpływ człowieka. Tutaj jest przepiękna, pierwotna dzicz. 

RÓW

Z naszego pola namiotowego wyjeżdża się krętą drogą szutrową pod górę, by po 500 metrach dołączyć do głównej drogi szutrowej, okalającej połowę jeziora. Trzeba uważać, bo w miejscu, gdzie drogi się łączą, jest zakręt, a Kiwusy na szutrach nie oszczędzają swoich terenówek.

No więc wyskakuje taki jeden z prawej, więc aby uniknąć kolizji, uciekam na skraj drogi. Za bardzo. Prawe koło łapie rów i po chwili Bajs opiera się lewym bokiem o skarpę zakrętu.

Kurwa mać, cholerna karma... Oto zapłata za przyjemności.
 

Zbiegam na dół, proszę o pomoc najbliższego gościa, który bez chwili wahania odpala landcruisera. Po chwili jesteśmy u góry. Lila i chłopcy jakoś wyleźli z auta.

Podczepiamy linę i po drugiej próbie Bajs stoi już na drodze. Obejmuję i klepię po spoconych plecach z radości właściciela toyoty.
 

Teraz najgorsze: zniszczenia. Pewnie cały bok zrysowany i wgnieciony, naznaczony piętnem grawitacji i siły odśrodkowej, pewnie lusterko boczne w proch niebytu przemienione, pewnie koła grymaśnie wykrzywione.
 

Nic takiego. Nic poważnego. Owiewka pęknięta i niewielkie zarysowania, to wszystko.

Jakim cudem... No i jakim cudem Lila nie zrobiła ani jednego zdjęcia...
 

POWRÓT
O wielkości tego obszaru przekonujemy się w drodze powrotnej. Trzy godziny (!) zajmuje nam pokonanie 60 kilometrów krętej, szutrowej drogi, której końca nie widać.  Pokonujemy przełęcz - myślimy, że za nią, w dolinie już asfalt. Nic z tych rzeczy. Druga przełęcz, trzecia, czwarta... 


I oto jest, asfalt upragniony, przed zakrętem się wyłaniający.

Nagle asfalt się kończy. Wreszcie znów asfalt, tym razem wioskę maoryską przecinający, więc cywilizacja, więc na pewno koniec szutrów. Już setką tniemy, widoki spokojniej podziwiamy. 

Nagle asfalt znów się urywa. Przed nami kolejna wspinaczka na kolejną przełęcz.

Wreszcie wyjeżdżamy na niziny. Suniemy gładką, prostą jak strzała drogą w kierunku Rotorua, a stamtąd do Hamilton. Do domu.
 
Koniec mordęgi. Chyba jesteśmy trochę zmęczeni tą tułaczką z dziećmi, kurzem, brudem i potem. Jak Cyganie, nomadzi jacyś, co śpią w wozie. W przyszłym roku wybieramy się do kurortu, na Fidżi na przykład.

Z drugiej jednak strony nie znamy Wyspy Południowej, której piękno jest podobno trudne do opisania.

 

  

* Polskie, nieobraźliwe (choć trochę w brzmieniu kąśliwe) określenie Nowozelandczyków, wariacja słowa Kiwi, które mieszkańcy Nowej Zelandii używają do nazywania samych siebie i pewnie setki firm turystycznych. Także nazwa ptaka, symbolu Nowej Zelandii.
 




































piątek, 29 stycznia 2016

W NOWYM ROKU

...dni mkną mniej więcej tak, jak polskiej, szkolnej młodzieży druga połowa sierpnia. Nie oznacza to, że koniec lata tuż tuż,  o nie! Nie po to tłukliśmy się na drugi koniec świata, żeby lato było krótkie. Gdybyśmy chcieli inaczej, wybralibyśmy, powiedzmy, Islandię. Lato ma być, jest i będzie długie. Trudno jednak zaprzeczyć, że proces wypełniania danego nam czasu (bo przecież wiadomo, że czas nie płynie) jakby przyspieszył, rozpędu nabrał.

Jest ciepło: temperatura oscyluje między 26 i 29 stopni, a jeśli pada deszcz, to wszędzie dookoła Hamilton, ale nie nad nim samym. Na radarze pogodowym doskonale widać, jak chmury kręcą się wokół Waikato District. Taki właśnie mają wpływ okoliczne góry, które niczym pierścień okalają miasto.

Oczekuję gwałtownych spadków temperatury, jak w Polsce: minus 15, a parę dni później plus 10. Albo latem: tydzień upał, tydzień, leje, tydzień zimno. Tutaj na takie zmiany nie ma co liczyć, co w sumie bardzo mi odpowiada. Ceną za to jest wrażenie szybszego "upływania" czasu, bo brak jest wyraźnych cezur pogodowych. I życiowych, co zapewne się zmieni, co z pewnością wzmaga czujność.

SIOSTRA

Gosia przyjechała do nas tydzień temu i zostanie jeszcze przez dwa. Zazdroszczę jej, bo wiem (w styczniu 2008 roku naszym celem podróży poślubnej była Teneryfa), jak to jest uciec od brudnawej zimy, i to do takiego miejsca, jak NZ. Już lepiej nie mogła sobie wymyślić. Poza tym to ona pierwsza wpisze się do Księgi Gości z Polski.

Kto następny? Możesz to być również i Ty, drogi Czytelniku, bez względu na to, czy się znamy.

Każdy jest mile widziany.

Dodam jeszcze, że dwa dni po przylocie Lila obchodzi swoje czterdzieste urodziny, więc z tej okazji jest impreza na farmie; takiej hipisowskiej w zamierzeniu, na wczesnym zamierzenia etapie. O tym jednak tym za chwilę. 

Dzień po urodzinowym weekendzie obie siostry zostaną zabrane na fishing na oceanie. Jako wegetarianin muszę przyznać, że świeży snapper smakuje tak dobrze, że z pożałowaniem wspominam odmrożone resztki ryby biedronkowej w panierce grubszej, niż sama ryba, w wydaniu kochanej teściowej.

Jest wesoło, bo rodzina to rodzina. Dziewczyny właśnie się zawinęły i pojechały na cztery dni (mamy tu długi weekend) do Auckland, na tak zwany babski wyjazd. Tam już czekają kolejne przyjaciółki, które wiedzą, jak należy miło spędzać czas w NZ.

Ja i chłopcy posiedzimy w tym czasie w domu i raczej nigdzie nie pojedziemy, bo busik stoi w warsztacie. Nazywamy go Bajs (od tablic: BYS 994).

URODZINY 

Przypadły najpierw Adasiowi, cztery dni później mamie. W lutym przypadną Ignacowi, w marcu mnie.


Dzięki poznanym ludziom jesteśmy mile widziani w Hakea. 66 ha ziemi, obejmującej fragment wzgórza, łagodnie schodzi doliną do rzeki uchodzącej do zatoki. W większości nieruchomość porośnięta jest drzewami manuka, z których wyrabia się najlepszy i najdroższy na świecie miód (w tym roku mam zamiar zbudować ule i postawić je w tym lesie), położona w przepięknej scenerii okolicznych gór, należy do rodziny, której członkowie nie mają nic przeciwko, żeby raz na jakiś czas rozstawił się tam kameralny sound system, rozbłysły lasery i kolorowe światła, zjechała ekipa kolorowo ubranych, wolnych ludzi, antysystemowców, w Polsce pieszczotliwie zwanych lewackim ścierwem.

Rozstawiają się busy i namioty, a z głośników rozbrzmiewa skoczna muzyka w rytmie dub, minimal, potem trance i psytrance. W ciągu dnia można zejść w dół nad zakole rzeki w kształcie litery "u", koniecznie w porze przypływu, wówczas słona woda pcha w górę koryta słodką, podnosząc jej poziom grubo ponad metr. W miejscu, gdzie znajduje się koryto, jest nawet ze trzy metry i można skakać ze skałki na główkę (nie dla mnie). Można też nasmarować się gliną i poleżeć na wysokich trawach (dla mnie).


W takich właśnie okolicznościach przyrody świętujemy Lili urodziny. Rozstawiamy wielki namiot, który przytargałem z Polski, wcześniej zapraszamy wszystkich, w większości polskich znajomych.

Jest więc Ola z Whatsanem i dwójką dzieciaków, których poznaliśmy gdzieś na północy, jest Carey - kolega z pracy, Agnieszka z Mikem, również z dziećmi, jest Magda z Mateuszem, których szczęśliwie złapaliśmy w sklepie gdzieś na wschodzie, a którzy, jak się szczęśliwie okazało, również mieszkają w Hamilton. Nikt nie zawiódł.

Jak dotąd Polacy, których poznajemy, są naprawdę wspaniali. Są zaprzeczeniem stereotypu Polaka - ciasnego mentalnie, często bezkrytycznego fanatyka płytkich pseudoidei, bez własnego, sensownego zdania i tchórzliwie uciekającego w gotowe odpowiedzi.

Wiem, że trochę piaskiem po oczach.

Sam przebieg imprezy jest, powiedzmy, rozmazany. Albo wyostrzony, jak kto woli. Nie tylko ze względu na upał, ale także niedobór snu. Ten zaś spowodowany jest:

a) obecnością dzieci,

b) nieobecnością dzieci w czasie, gdy spały, tj. w nocy. Wtedy właśnie, w świetle pełni księżyca, kolorowych, dyskretnych świateł, wizualizacji z projektora oraz w bańce mocnych beatów sound systemu, a także bodźców o właściwościach niezasadowych, dzieją się uch, ciekawe rzeczy.

https://www.facebook.com/robert.meister.7543/videos/o.1635031136757264/895524290563473/?type=2&theater

BYS 994

Busik nam się zepsuł dość poważnie: skrzynia biegów padła. Automat na domiar złego, co oznacza wydatki. Duże wydatki...

No, ale cóż zrobić. Cieszyć się tylko, że padł na parkingu już po powrocie z podróży po północnej wyspie. Nie chcę myśleć, co by było, gdyby stało się to zaledwie dzień wcześniej...

Nie dziwię się, że padł, bo auto naprawdę dostało w kość. Dwa i pół tysiąca więcej na liczniku, z czego dwieście po szutrach, ślizganie się po błocie na pełnym gazie, wreszcie wyciąganie z rowu... Niby nie aż tak wiele, są lepsi zawodnicy od nas, ale zawsze to jakieś pocieszenie. Nie, że kiepski egzemplarz kupiliśmy, nie. Auto miało prawo paść.

WYPRAWA

Wyruszamy w wigilię dwudniowego święta katolickiego, kierując się właśnie do Hakea. Sam proces pakowania się na trzy tygodnie campingowania mógłby być osobnym tematem, są jednak ciekawsze rzeczy.

Nie powiadamiamy nikogo o naszym przyjeździe, chcąc zrobić niespodziankę. Na miejscu okazuje się, że... nikogo nie ma (wrócili późno w nocy). Nie mamy nic przeciwko: Hakea do własnej dyspozycji... Cóż lepszego mogło nam się trafić?

W ramach potrzymania marnych resztek tradycji, Lila przygotowuje sałatkę z czerwonych buraków. Mamy kolację przy świecach z rozległym widokiem na dolinę przy świetle księżyca w pełni...



Święta upływają nam w rodzinnej atmosferze, bo jesteśmy traktowani jak członkowie Hakea Family. Następnego dnia są nawet prezenty pod drzewkiem cytrynowym.

Czas upływa na słodkim lenistwie: czytaniu, hamakowaniu, frisbee, rozmowach. Choć były
i prace stolarskie.











KELLY

W Hakea zostajemy cztery dni, po czym wyruszamy na północ, potem zachód, gdzie nad ogromną zatoką, która według googla nie ma nazwy, właściwie odnogą zatoki, znajduje się tzw. holiday park, czyli pole campingowe dla zmotoryzowanych. Te z kolei należy do rodziny Kelly, mojej dawnej znajomej jeszcze z czasów pobytu w Australii. Poznaliśmy się na wylot, bo Kelly i jej ówczesny chłopak byli moimi współlokatorami. Cudownie ją zobaczyć po dziesięciu latach, tym razem z dwójką brzdąców!

Zostajemy tam trzy dni. Jesteśmy gośćmi, więc nie płacimy. Okolica nie jest specjalnie atrakcyjna, jednak poznajemy świetnych ludzi. Podziwiamy również Indusów, którzy w liczbie czterech rodzin anektują kuchnię i masakrują zmysły kulinarne oszałamiającymi zapachami indyjskich smakowitości.

I tylko lenistwo tłumaczy fakt, że nie zrobiliśmy u Kelly ani jednego zdjęcia.

ZATOKA MATAI

Kolejnym celem jest urokliwa zatoka na Półwyspie Karikari. Prowadzi do niej przepiękna droga przecinająca ogromne lasy natywne, w tym słynny Waipoua Kauri Forest. Kauri to potężne drzewa, które niemal całkowicie zostały wytrzebione przez chciwych osadników, którzy kupowali od Maorysów ziemie za flaszkę whisky.
W połowie drogi korzystamy z promu, co też jest atrakcją samą w sobie.

Na miejsce docieramy pod wieczór. Nie jest to jednak problem, bo mamy Bajsa, w którym śpimy. Oczekuje nas niezła ekipa składająca się z trzech mieszanych rodzin, które łączy to, że żony/partnerki są Polkami. Wszyscy mieszkają w Auckland. Zajebiści ludzie.

Jesteśmy daleko na północy. Stąd już naprawdę blisko do Przylądka Reinga lub po prostu Cape North, najbardziej na północ wysuniętego punktu w NZ. Nas jednak to nie rusza; zaliczanie miejsc kompletnie nas nie interesuje.

Zatłoczone, choć tanie i czyste pole namiotowe leży tuż nad malutką, oceaniczną zatoką, wzdłuż której ciągnie się piękna, kilometrowa plaża. Czas spędzamy głównie na plaży, korzystając z wszelkich dostępnych rozrywek, jaka ta może dostarczyć, dzięki czemu po raz pierwszy czujemy się jak na wakacjach.



Nasi znajomi zaanektowali solidny kawał przestrzeni, na środku której rozstawili wielki namiot - wiatę: w upalny dzień daje cień, a wieczorami służy za miejsce wieczornych biesiad. Jest o czym rozmawiać, bo ludzie są z wielu zakątków świata i każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. Ważne, że są inne dzieci, więc chłopcy mają towarzystwo.

SYLWESTER

Cztery dni później opuszczamy cudowną zatokę i kierujemy się do kultowej wśród żeglarzy i popularnej wśród bogatych turystów Bay of Islands, którą znam trochę  z mojej żeglarskiej przygody. Liczymy, że coś ciekawego wykluje się ze spotkania z Jankiem (z którym właśnie żeglowałem) i jego znajomymi. Niestety okazuje się, że nie mogą cumować w tej okolicy, bo nie wyczyścili w Auckland kadłuba łodzi, i że istnieje ryzyko przywleczenia jakiegoś robaka, który tu, na północy, nie jest mile widziany. Janek opowiada później, że była specjalna komisja i płetwonurkowie, i że w Sylwestra musieli zlecić czyszczenie kadłuba.

Przy okazji okazało się, że owe robaki o kształcie grubych patyczaków rzeczywiście przyczepione były do dna łodzi.

Takie mają tu problemy.

Po krótkich pozdrowieniach i życzeniach kierujemy się na południe, do miejsca, gdzie mamy świętować Nowy Rok.

Dwie godziny później jesteśmy u bramy wjazdowej na farmę, na terenie której zgoła tysiąc znanych już kolorowych ludzi będzie celebrować ten wyjątkowy na Półkuli Południowej wieczór. Wyjątkowy, bo to początek lata.

Pierwsza bramka - wielcy, groźni ochroniarze zniechęcają przypadkowych gości wstępnym wywiadem: "Bilety proszę". "Nie mamy przy sobie. Jeden jest w komputerze, drugi kupimy". "Ile osób?" itp.

Za chwilę następna bramka, tym razem wolontariusze. Te same pytanie i odpowiedź.

Wreszcie trzecia bramka, gdzie wreszcie można dokupić bilet. Lila zna tam kogoś, więc skutecznie negocjuje cenę. Adaś siedzi pod kocem i udaje rupiecia. 

Po nerwowym kwadransie oczekiwania udaje się. Lila jest bohaterką. Wjeżdżamy na teren festiwalu, który rozłożył się w rozległej dolinie porośniętej gdzieniegdzie wielkimi drzewami - w tym upale cień jest na wagę złota. Jest środa 30 grudnia. Mamy zatem o jedną noc więcej na podziękowanie za Stary Rok i powitanie Nowego.

Są przyjaciele: Mateusz z Amy z Hakea, Lara z Harrym z Auckland, natychmiast poznajemy kolejnych ludzi. Zakładamy obozowisko: pompujemy materac, rozstawiamy wiatę oraz dodatkowy mały namiocik.


Są dwie sceny/dancefloory: na jednym bardziej lajtowo, prawie coctail party i tempo minimal house, czy jak mu tam, na drugim szybciej, bardziej psajtransowo. Jest też zawsze miły dla uszu drum'n'base.

Za dnia odbywają się różne warsztaty, yoga, malowanie, żonglerka. Są food tracki. Dużo przestrzeni. 20 minut spacerkiem dociera się do niewielkiego jeziorka śródleśnego. Kąpiel jest cudowna, jest mocna ekipa zwolenników waleta.


Druga, sylwestrowa noc to zwariowany czas. Zaraz jak tylko chłopaki posną, tj. o 23:30, powiększamy sobie przestrzeń i bardziej ją kolorujemy, dodając niezłe efekty wizualne.

W efekcie idziemy spać (powiedzmy) nad ranem.



Budzi nas deszcz, wiedzieliśmy, że będzie. Dobrze, że jest wiatka, heroicznie robię śniadanie. Czasem porywiście wieje, wówczas wiatka nadyma się jak balon, i gdyby nie solidne linki, już by pofrunęła.
(Ostatecznie złamie się, bo nasiąknięta ziemia nie utrzyma szpilek.)

Ciągle pada.

W krótkiej przerwie między jednym i kolejnym deszczem idziemy na kawkę i coś zjeść - food tracki działają. Zaczyna padać, wracamy. Lilę boli głowa - coraz bardziej. Leje. Postanawiamy poczekać do jutra. Lila już tylko w pozycji leżącej - migrena... Dobrze że jest tablet dla chłopaków.

Lila ma fatalną noc.

Następnego dnia... Lila ciągle źle. "Ciągle pada", jak głosi pieśń. Zwijam więc ekspresowo obóz w rulon i już o dziewiątej wyruszamy.
Okazuje się, że przy wyjeździe jest kolejka aut, bo błoto utrudnia wyjazd z doliny. Wiele grzęźnie w błocie, inni na poboczu czekają na cud.

Nie, kurwa, muszę się wyrwać.
Moja kolej. Mam jeszcze ekstra pasażerkę, presja wzrasta.
Podchodzi człowiek: "Masz 4x4?" "Nie mam". "Oj, to słabo, stary".
Fuck!
Startuję.
Najpierw przygazówki, jednak nie doceniam błota. Dobrze, że droga szeroka.
Drugi raz biorę z prawej, unikając kolein. Błąd: szybko grzęznę. Wracam.
Trzecie podejście:


Wiem, powtarzam się
Gaz do dechy i rura! Bajs wyje jak dziadka syrenka, zarzuca na prawo i lewo, ale idzie pod górę. Lila nie patrzy.
Ja pierdzielę, nadzieja w sercu ROŚCIE, Bajs podskakuje na wybojach, ja ciągle na pełnym gazie.
Wreszcie: Udało się!!! Piszczę z radości: Yeeaaa, we've fckn' made it!!!
Rosnę duchem.
Na pewno otrzymuję oklaski i wiwaty, jak każdy, komu się udaje. 

Wracamy do Hamilton, ale tylko na jedną noc: Lila dochodzi do siebie (magia domu i kominka), szybkie pranie, pozbywamy się zbędnych rzeczy i już następnego ranka, spakowani, wyruszamy do miasta Rotorua, gdzie czekają na nas długo nie widziani przyjaciele z Australii.

Tak oto rozpoczynamy drugą, równie niesamowitą część naszej podróży.






























O mnie

Moje zdjęcie
Hamilton, Waikato, New Zealand
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk. Być może. Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera. Zawsze gotowy do drogi.

main 1

side 2