Ten blog to spontaniczna reakcja na gwałtowną zmianę, jaka zaszła w życiu naszej rodziny i moim, a którą była emigracja na drugi koniec świata. Nieczęsto można pozwolić sobie na coś takiego drugi raz w życiu, tym razem z dziećmi i po czterdziestce. Świadomość, że znów wszystko jest pierwsze, zarazem być może ostatnie, mając jednocześnie komfort spojrzenia z dystansu, stwarza pokusę próby zapisania wrażeń.
środa, 16 września 2015
BESTIA
Mamy kosiarkę. No dobra, mieliśmy. Lila dostała od kolegi z pracy; mają tam służbową, ale wiecznie ktoś ją używa, więc w końcu kolega się zlitował. Yea!! Kosiarka, super. Trawa u nas jak pobocze drogi Lipienica-Krzeszów, i choć popieramy fuckshaving, czas działać. Nawet Martin, sąsiad od graciarni wokół domu, zwrócił mi już uwagę, krzycząc raz ze swojego ganku: - Eeee, sąsiaaaad! Lawn mooowing taaajm! Jest sobota, backyard zawalony drewnem do porąbania, kolejna kupka czeka na poukładanie. Zarządzam rodzinne porządki wokół domu. Najpierw układamy drewno w systemie podaj dalej. Potem biorę się za kosiarkę. Bestia czeka na mnie - a ja na nią: nie mogę się doczekać, kiedy ją odpalę, bo podobno na chodzie. Nigdy jeszcze nie operowałem spalinową, na pewno będzie fun. Odpalam. Raz, drugi, trzeci. Czwarty. Rzęzi, pierdzi, ale w końcu, niczym startująca lokomotywa, rusza. Dawno nie była w użyciu, była już na emeryturze. Nie marnuję czasu, natychmiast zapieram się i napieram pod kątem, bo grunt u nas dość pochyły. Ale już po chwili czuję, że mocy nie ma, obroty spadają, no i najgorsze: zaczyna kopcić jak traktor. Nieee, tylko nie to, zatarłem francę... Ale przecież sprawdziłem: był olej, powinno być ok. Liczę na cud i posyłam Lilę po buteleczkę oleju na stację. Już po wlaniu sprawdzam etykietkę i okazuje się, że to olej do dwusuwów... W sumie nie powinno rzutować... Odpalam, działa. Śmierdzi coś jakby trochę, ale idzie. Napieram. Udaje mi się skończyć tył domu, po czym TRRRACH i Bestia kończy swoje wcielenie. Zerwany wał, jeszcze olej się wylewa... Dobrze, że nie odnoszę uszczerbku na zdrowiu, obrażeń jakichś, ran szarpanych, kłutych, bo z Bestiami nigdy nic nie wiadomo. Parę dni później pojawia się Martin, który zauważa zwłoki Bestii przy płocie. Uprzedza mnie, bo i tak miałem się do niego wybrać: czuję, że martwa Bestia jeszcze mu się przyda. Nie mylę się: bez pytania anektuje sprzęt, ale jednocześnie użycza mi swojej. Nie mam nic przeciwko, Bestia użyczy jeszcze organów wewnętrznych. Dorzuca jeszcze klinową siekierę oraz kilka porad; na pewno spijemy kiedyś jakieś piwko.
SCHODY
W ramach powrotu do normalności po mojej dziesięciodniowej głodówce, która mentalnie wyłączyła mnie z realnego świata, postanawiam zdobyć z Adasiem okoliczny, niewielki, ale szczyt. Każdy cel wycieczek poza miasto był jak dotąd atrakcyjny, spodziewam się, że tym razem też będzie fajnie. Nie mylę się.
Celem jest pobliski Hakarimata Range z najwyższym szczytem 374 m.npm, zaledwie pół godziny jazdy od Hamilton. To dość popularny kierunek wycieczek z jednego ważnego powodu. Otóż na szczyt najkrótsza droga prowadzi najpierw piękną dolinką i wąwozem, potem zaś ostro w górę żlebem po... schodach. Drewnianych i estetycznych na szczęście, krętych i wąskich, ale dzięki temu trasa jest popularna. Na dodatek, jak później zaobserwuję, także wśród biegaczy, którzy próbują wbiec na górę, a potem zbiec, co może być nawet większym wyzwaniem, o czym wiedzą ci z Czytelników, którzy dużo chodzą/chodzili po górach.
My jednak nie chcemy wejść i zejść tą samą trasą. Wybieramy szlak, który trawersuje masyw. Dojdziemy w ten sposób na szczyt i zejdziemy schodami. W sumie jakieś cztery godziny. Świetna decyzja, jak się okazało. Szlak prowadzi wstępnie dawną linią kolejki wąskotorowej, kiedyś łączącą dwa kamieniołomy u stóp masywu. Piękna ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, która sprawia wrażenie nadającej się na spływ. Mój brat z żoną pewnie już by to zrobili. Urocze picknic area z estetyczną eko-toaletą kończy odcinek, a my "wbijamy się" w dziewiczy las deszczowy. Podziwiamy cudowną dolinkę żłobioną przez bystry potok tworzący wspaniały wodospad, wyżej zaś serię kaskad, gęste zarośla, paprocie, drzewa; runo, podszyt, podrost... Sycimy się zapachem wilgoci po ostatnich wielodniowych opadach. Szlak zakosami wspina się pod górę, pojawiają się schody. Adasia nie cieszą, mnie owszem. Na pocieszenie naświetlam mu wizję wspinaczki po stromej, śliskiej i zabłoconej po deszczach ścieżki. Faktycznie, schody są upierdliwe, ale wygodne, o czym przekonujemy się, gdy nagle te się kończą i zaczyna się śliska mordęga w kolorze jasnobrunatnym. Różnica komfortu jest kolosalna, ale za to doświadczamy prawdy o tej ziemi. Las staje się jeszcze piękniejszy, ale i groźny, przypomina mi się Mroczna Puszcza, odczuwam nawet lekki niepokój.
Pierwszy popas robimy w miejscu, gdzie wąska przecinka otwiera przestrzeń: widać wijącą się, ogromną Waikato River.
Czar dziewiczej przyrody rozwiewa głupawa muzyka ze smartfona: przed nami stadko żeńskiej gimbazy, a to oznacza, że jesteśmy w okolicach szczytu. Nagle ludzie: czyści, pachnący, w czystych, sportowych butach. My: uwaleni błotem, wyłaniamy się z krzaków niczym ekstremalni surwiwalowcy. Odkładamy jeszcze moment opuszczenia "naszego" szlaku, prężąc klaty i obserwując "maluczkich".
Na szczycie znajduje się ładna wieża widokowa, z której rozpościera się naprawdę piękny widok: na nasz masyw i inne, na Waikato River i jej dopływ Waipa River, która niczym brązowa taśma dokłada swoje mętne, górskie wody do błękitu rzeki- matki. Obok wieży znajduje się lądowisko dla śmigłowca (ratunkowego, jak czytamy). Tam wyciągamy garkuchnię: gaz, menażkę, owoce, orzechy; gotuję wodę na ciepłą herbatkę. Znikają hałaśliwi ludzie, robi się cisza. W końcu. Popijając owocowy napar, delektujemy się jedynie szumem wiatru.
Po godzinie wyruszamy w drogę powrotną. Od razu zaczynają się schody, dosłownie i w przenośni. Na początku jakoś tam idzie, ale już po paru minutach... a po parunastu... nogi stają się miękkie. Po pół godzinie ciągłego schodzenia każdy krok, po którym trzeba utrzymać całe ciało, staje się wyzwaniem. Dzielny Adaś... Mimo wysiłku, dzień później nie narzeka na żadne zakwasy. W przeciwieństwie do taty. Gdy schody się wreszcie kończą, ścieżka wiedzie wąską dolinką, a może już wąwozem, znów rzeźbionym przez wartki potok, którego urok rekompensuje nam trudy. Szata roślinna, kolejne kaskady, wodospadziki; odkrywamy niewielkie, nieco z boku położone ujęcie wodne w formie małego zbiornika spiętrzonego betonową, ale całkowicie porośniętą mchem malutką zaporą; zbiornik zasila potoczek wylewający się ze żlebu kolejnym wodospadem. Między wodospadem, a lustrem wody ciętym przez parę kaczek, drobny żwir i ławeczka zapraszają na odpoczynek... a może i piknik w przyszłości? Nieco wcześniej, w miejscu, gdzie szlak spotkał się po raz pierwszy z potokiem, wdaję się w pogawędkę z miejscowym. Mówi, że gdy jest ciepło, można iść w górę jej korytem, prawie aż pod szczyt. Zaglądam w głąb: niesamowity korytarz tonie i znika w dzikiej, zielonej biomasie paproci i zapowiada niezłą przygodę. Otwierają się kolejne możliwości...
ZGNIŁE JAJO - WISIENKA NA TORCIE
Sto kilometrów na południowy wschód od Hamilton znajduje się siedemdziesięciotysięczne miasto Rotorua położone nad dużym jeziorem o tej samej nazwie, jednym z siedemnastu w rejonie. To nowozelandzka stolica zjawisk geotermalnych, jedno z tych miejsc, które nie można nie zobaczyć. Słynie nie tylko z gorących źródeł, czy rezerwatu Wai-O-Tapu Thermal Wonderland, ale także specyficznego zapachu siarkowodoru wiecznie unoszącego się nad miastem.
Może niekoniecznie męczącym, nieznośnym jak odchody ssaków na przykład, albo rozkładające się zwłoki któregoś z ich przedstawicieli, ale co najmniej wzbudzającym czujność.
Po jakimś czasie zapach oswajamy, nawet o dziwo, polubimy go. Zresztą jakie inne wyjście...
Pod koniec dnia będziemy go szukać w drodze powrotnej we włosach, podrzucając głowę do góry, intensywnie przy tym wciągając do nosa ulokowane tam aromaty.
Po przyjeździe na miejsce drobna sprzeczka: kto idzie do visitor centre. Ja nie. Ja też nie. No to nie. Parkuję przy wybrzeżu jeziora. Przy przystani oprócz łodzi, dostrzegam helikopter oraz wodnosamolot. Chwilę później wszyscy wracamy do punktu informacyjnego.
Wai-O-Tapu zajmuje powierzchnię 18 km kw i jest, obok White Island, najbardziej aktywnym geologicznie punktem w około 250 kilometrowym pasie aktywności wulkanicznej. Zaliczają się do niego dwa najwyższe wulkany w NZ (które wkrótce wstępnie poznamy) oraz największe jezioro w kraju - Taupo, właściwie zalany krater największego wulkanu w NZ (krater-jezioro ma 193 km w obwodzie!). W sąsiedztwie miasta, pod koniec XIX wieku, jeden z nich się obudził i zmasakrował maoryską wioskę.
Wstęp nie jest tani: dorośli ok. 33 dolki, dzieci 11. Nie mamy jednak żadnych oporów. Pogoda jest piękna, nie ma tłumów, czegoż więcej trzeba...
Sztandarowym punktem zwiedzania jest Lady Knox Geyser, który codziennie o 10:15 przez godzinę eksploduje strumieniami "czynnika powierzchniowo czynnego" na wysokość około 20 metrów. Niestety jesteśmy na miejscu w południe, ale nie żałujemy specjalnie, będzie jeszcze okazja. Choćby dlatego, że Rotorua oferuje tyle atrakcji, że na pewno tu przyjedziemy na kilka dni, jak tylko będzie nas stać. Na początku zapadliska, których jest dużo; głębokie dziury w ziemi powstałe w wyniku erozji związków siarki wydają się groźne. Każda z nich posiada swój głos; w każdej coś mruczy, bulgocze lub syczy. Każda mieni się gamą kolorów.
Potem, na środku rozległej, białej płaszczyzny, pojawia się parujące jeziorko, którego woda permanentnie się gotuje. Wieje też słaby wiatr, więc biała para rozchodzi się dookoła. Z wrażenia sapiemy i wzdychamy. Najlepszy trik jest taki, że gdy stanie się przy jego brzegu do nawietrznej, twarz i całe ciało zanurza się w niezwykłej, białej kąpieli ciepła, niczym w płynącej wacie... Co kilka sekund wiatr rozwiewa ciepłą watę, wówczas na chwilę dociera właściwe powietrze, które wydaje się być zimne, suche i orzeźwiające. Naturalna sauna... Absolutny odjazd. Opuszczamy Champagne Pool, ścieżka prowadzi nas przez piękny zagajnik do kolejnej części. Tym razem idziemy doliną, co chwilę przysiadając z wrażenia. Wiedzieli, gdzie postawić ławeczki... Naszym oczom co chwila ukazują się cuda: białe tafle wyglądające jak zamarznięte jeziorka, potoki łączące się z wrzącą wodą, rozlewającą się dalej na płaskie jak patelnie syczące i bulgoczące poletka, groty z żółtymi zaciekami siarki, minigejzery z bulgoczącym wewnątrz wrzątkiem, malutkie jeziorka o mineralnych kolorach, wreszcie na końcu piękne jeziorko, które zebrawszy chyba całą tablicę Mendelejewa, przybiera kolor turkusu. Wszystko to we wspaniałej scenerii niskiego, zielonego lasu otaczającego kaniony, wąwozy i dolinki oraz wspaniałej panoramy, co jakiś czas otwierającej wąski pas nizinnej przestrzeni.
Wracając, podziwiamy przepiękne sosny rodzimego lasu, który tak bardzo przypomina Bory Tucholskie... Trasa liczy trzy kilometry, jednak zwiedzanie zajmuje nam ponad trzy godziny. Jeszcze na koniec kolejne zapadliska, większe i jeszcze głośniejsze oraz niezwykłe ze względu na kolor jeziorko w kolorze fluoroscencyjnej ("oczojebnej", jak kiedyś mawialiśmy) zieleni, która przypomina mi jezioro w Springfield, rodzinnym mieście Homera Simpsona, zasilane przez wody z elektrowni atomowej Mr Burnsa. Uspokaja mnie widok kaczki pływającej po tafli jeziorka, choć wyobraźnia uparcie podsuwa obraz zżartych do kości kaczych stópek.
Co za miejsce... Piękne, niezwykłe, o którym nie można zapomnieć; ukazujące siły Natury, na które nie mamy żadnego wpływu i które mogą nas w każdej chwili zmieść z powierzchni ziemi. Czym są nasze problemy wobec czegoś takiego... Wszyscy piejemy z zachwytu. Nawet Ignacy jest pod takim wrażeniem, że całkowicie zapomina o trudach marszu. Od tego dnia nic już nie będzie takie same, a Nowa Zelandia nabiera wreszcie konkretnego, swoistego smaku.
Najbliższe tygodnie zapowiadają się równie wspaniale, z czego weekend u stóp najwyższego w NZ wulkanu Ruapehu w zimowej scenerii, wydaje się być szczególnie pociągający.
czwartek, 3 września 2015
WYPRAWA ROWEROWA MOTYWACJA Dawno temu się nie zmęczyłem. Tak solidnie, żeby zakwasy rozśmieszały przez trzy dni. Czuję się wtedy dobrze. Ciało jest naprężone, gotowe do skoku, można działać. Dlatego tak lubię dać sobie w kość. Im bardziej boli, tym lepiej. Najlepszy jest poranek drugiego dnia po wysiłku, kiedy to
rozciągnięcie się w łóżku, pomacanie i rozmasowywanie obolałych mięśni,
wyciągnięcie szyi powoduje, że czuję się mocny, spełniony, młodszy. W sobotę nadarza się okazja, żeby się zmachać. Dianne, nasza przyjaciółka z gór, organizuje na farmie przyjaciela i byłego męża skromniutkie spotkanie z okazji wyprawy do południowej Europy. Zauważyłem na naszej kiepskiej mapie, że w większości da się uniknąć głównej trasy (State Highway 23), o co nie jest tu łatwo. To nie Polska, gdzie ruchliwa droga zawsze ma alternatywę przez wiochy, a ta - alternatywę przez pola, a ta - przez las. Ci, którzy jeżdżą z sakwami po wertepach, wiedzą, o czym mówię. My również mamy solidne sakwy, porządny rower, kask, światła, ciuchy, garkuchnię, więc czemu by nie. Oprócz pożądanego wysiłku to dobra okazja do rozpoznania terenu. W piątek emanuję zapałem, choć wieczorem, zamiast się przygotować (spakować itp), oddaję się z Lilą drobnym przyjemnościom - jak to w piątek. W efekcie idziemy spać za późno. W sobotę rankiem, baaardzo późnym rankiem, animuszu jakby mniej. Powinienem wyruszyć o 10 (dni są ciągle krótkie), ale o tej godzinie ciągle moszczę się w łóżku. Lila jednak motywuje bardzo skutecznie: - Jedź, nie marnuj okazji. - Jak nie ty, to ja jadę. Wreszcie pakuję graty, szkicuję mapę i wyruszam. Na razie jeszcze do pobliskiej kawiarni na latte. Gdy w końcu startuję, jest już południe. Do farmy główną drogą jest 45 km, ale moja trasa wydłuża dystans do co najmniej 60. Na dodatek muszę przebić się przez miasto, potem przeciąć pasmo górskie, spodziewam się więc "wyrypów". Pogoda taka sobie, słońce za chmurami. Trochę szkoda, bo dodałoby energii. Plan podróży zakłada opuszczenie głównej drogi najszybciej jak się da, w kierunku pd-zach. Jadę w stronę rzeki, gdzie niestety nie ma przeprawy, muszę więc odbić na północ dość ruchliwą szosą. Za mostem znów wracam na południe, tym razem mijając ładne miasteczko i urokliwe, ukwiecone domy. Droga wiedzie wzdłuż koryta rzeki, jest miło i płasko, między drogą i wodą przyjemna łączka zaprasza na odpoczynek. Niestety ogrodzona, nie ma szans. Przypomina mi się wyprawa Doliną Środkowej Odry... GÓRY Wiem, że sielanka za chwilę się skończy, bo muszę skręcić na zachód na drogę o groźnej nazwie Old Mountain Road. Nazwie niepokojącej, nie pozwalającej o niej nie myśleć, odpalającej w głowie projekcje mordęgi. Druga groźna nazwa, która wierci dziurą sufit w głowie, to State Highway 23. Brrrrr... Ale o tym później. Groźna nazwa jest ciekawa nie z powodu dawnego jej znaczenia, jakie ta sugeruje. Jest ciekawa, ponieważ jest jedną z nielicznych na mojej drodze nazw angielskich. Pozostałe to maoryskie, jak zresztą jakieś 90% tutejszych nazw geograficznych w ogóle. Dla odwzorowania: Odbijam na Tuhikaramea Rd, potem Koromatua, dalej miasteczko Whatawhata, rzeka Waipa, Te Pahu Rd, wioska Waitetuna, Te Mata Rd, Te Papatapu, mijam drogi Ruapuke, Waimaori, Kawhia. Tak więc koniec sielanki. Dopóki jest asfalt, wlokę się spokojnie pod górę i podziwiam plantację dojrzałych sosen radiata (kalifornijskich). Na zewnątrz lasu piękne, drzewiaste paprocie tworzą kontrastującą mieszankę dwóch, tak odmiennych gatunków. Szkoda, że las ogrodzony, nie można wejść. Asfalt jednak szybko się kończy i zaczyna się żwir. Niezbyt przyjemny; nie napełnia serca otuchą, ducha nie ubogaca. Spore kamole utrudniają jazdę, są też niebezpieczne. Uświadamiam sobie, że to dokładnie ten typ drogi, po której radośnie mknęliśmy autem wzdłuż wybrzeża trzy posty temu. Dopóki mogę, jadę. Stromizny pokonuję na "popychopociąg". Wraz z wysokością otwierają się widoki na południową stronę. Wspaniałe oczywiście, a jakże: głównie nieregularne fale, czy bąble zielonych, trawiastych wzgórz. I owce, a jakże. Powyżej niespokojna, dość poszarpana grań, czasem pojawiają się głazy, skałki. Młode góry. Wszystko ogrodzone. Wreszcie docieram na przełęcz, skąd otwierają się także widoki na północ: pięknie, a jakże. Jak poprzednio. Refleksja: widoki są przewidywalne, że użyję eufemizmu. Droga trawersuje do kolejnej przełęczy, którą przecina pieszy szlak, chwilowo zamknięty ze względu na okres wychowywania jagniąt. Jest to jednocześnie najwyższy punkt wspinaczki. Pora na późny lunch.
W pierwszej kolejności zasysam banana, potem daktyle. Potem dopiero, gdy wstępnie opanowuję pierwszy głód, wyciągam z sakwy rarytas: serową z grzankami firmy Knorr, którą bezwiednie przywiozłem do NZ w kieszeni plecaka. Odpalam kartusz i po chwili wlewam w siebie pyszny, gorący roztwór chemiczny.
Gdy zamieram na chwilę w bezruchu, zbierając siły do dalszej drogi, na poboczu zatrzymuje się auto, z którego wysiada mocno starszy pan. Podchodzi do mnie i pyta, czy wszystko w porządku. Następnie zaspakaja ciekawość zestawem podstawowych pytań o cel wycieczki, moje pochodzenie, miejsce zamieszkania, rodzinę, plany na przyszłość i tak dalej. Z ciekawością przygląda się również mojemu ekwipunkowi, zaglądając nawet do sakwy. Nie przeszkadza mi to, nie mam nic do ukrycia. Zresztą później się dowiaduję, że Nowozelandczycy, szczególnie starsi, są wścibscy (niekoniecznie w negatywnym tego słowa znaczeniu), a już na pewno zainteresują się kimś, kto wkłada tyle wysiłku, żeby poznać ich kraj. Sympatyczna, żartobliwa rozmowa zahacza również o kwestię wszechobecnych ogrodzeń - dowiaduję się, że grodzenie to jedna z podstawowych gałęzi lokalnego przemysłu. Nie jestem do końca pewien, czy to żart. OGRODZENIA Kwestia ogrodzeń jest wątkiem, który nie sposób pominąć. W naszej
okolicy każdy kawałek ziemi jest ogrodzony. Nie ważne, czy jest to teren
płaski, pagórkowaty, górski, stok, grań, szczyt, łąka, potok, zarośla,
las, wszystko jest ogrodzone. Nie można więc, tak jak w Polsce, iść
sobie na grzyby do lasu z wioski polną drogą. Jadąc rowerem, w żadnym
momencie nie mogłem odbić na łąkę i rozłożyć się na trawie, podziwiając
widoki. Dla kogoś przyzwyczajonego do rozbijania namiotu za krzakami, na
uboczu, jest to irytujące, frustrujące. Z drugiej strony trudno
się dziwić, że każdy piędź ziemi jest ogrodzony, skoro wszędzie,
dosłownie, pasą się owce. A w lesie to nawet krowy. Inna sprawa to stosunek do prywatności. Istnieje nawet czasownik trespassing, który chyba nie ma polskiego odpowiednika, a który oznacza "wtargnięcie, wkroczenie na teren prywatny". KRYZYS Czas wyruszyć w dalszą drogę: robi się późno, a ja nie przejechałem nawet połowy dystansu. Z
przełęczy ostro sunę w dół, jednak ostrożnie, bo kamienisty żwir jest
niebezpieczny. W niewielkiej wiosce w dolinie z radością witam
chropowaty asfalt, który wiedzie mnie do State Highway 23, której niestety nie da się uniknąć. To najgorszy etap wycieczki. Jazda główną drogą nigdy nie należy do przyjemności, ale ta wyjątkowo mnie przytłacza. Przede wszystkim męczą mnie mijające z prędkością 100-120 km/h auta. Co prawda mam do dyspozycji coś jakby pobocze, ale chropowaty asfalt wydaje tak nieznośny hałas, że już po chwili ciężko bluźnię pod nosem na swój marny los. Drugi problem to nieprzyjemne, długie i ostre podjazdy, które pojawiają się co chwilę. Czasem droga się zwęża kosztem pobocza i muszę ryzykować, blokując ruch. Niektórzy kierowcy bezpardonowo mijają mnie z dużą prędkością na "trzeciego", pozbawiając mnie resztek ducha. Kolejny depresant to deszcz. Dlaczego akurat teraz? Karma... Zlało mnie trzy razy, ale jestem tak zdesperowany, że nawet nie zakładam pałatki. Chcę jak najszybciej "łyknąć" te 10 km, ale wiadomo, jak to bywa: droga niemiłosiernie się wlecze.
Wreszcie widzę drogowskaz: Bridal Vein Falls. Odbijam w lewo i oddycham z ulgą. Sunę w miarę płaską, prostą jak strzała drogą, ale wiem, że potem będzie znów pod górę, i że mam jeszcze jakieś niecałe 20 km do celu. Jestem zmęczony, dodatkowo znów moczy mnie deszcz, pozdrawia mnie także lewe kolano swoim znanym, upierdliwym bólem. Zwykle mam maść, ale teraz nie jest zwykle. Jest niezwykle pod każdym względem. Robię krótki postój i zjadam jabłko, które niespodziewanie przywraca mi siły. Nie spieszę się, nie ma po co. Droga zaczyna wspinać się pod górę. Ból kolana wygrywa, schodzę z roweru. Marsz sprawia mi dużą przyjemność, ból znika. Gdy słyszę nadjeżdżające auto, udaję, że coś poprawiam przy rowerze. Bo co pomyśli kierowca? Ty patrz, ale cienias wymiękł, pcha rower, hehe, mógł frajer autem jechać. Śmieję się z samego siebie... Cholerne ego... Kolejna krótka przerwa na płyn, sikanie, dwie kostki ciemnej czekolady, daktyle i kilka orzechów nerkowca. Wykonuję jedyną i ostatnią fotografię na tym odcinku.
Dzwoni Lila. Jak tam, kochanie? Wszystko ok? Powstrzymuję się przed marudzeniem, w stylu: Może cholera ktoś by się zainteresował, domyślił, że skoro pada, to czy wyjechać autem naprzeciw, podrzucić, pomóc... Wiem, że już blisko, jakieś 7-8 km, dam radę. Wiem też, że pokonanie własnych słabości da mi niezłego kopa. Poza tym mam jeszcze spory zapas sił, jedyny problem to bolące kolano. Wreszcie odbijam w bok w szutrową drogę, która po 3 kilometrach, tuż przed zmrokiem, doprowadza mnie do celu. Jestem w Hakea. U CELU Na farmie obecna jest najbliższa rodzina Dianne, jej partnera Dave'a niestety nie było, jest za to jej ex-mąż, też Dave. Jest także Craig z dwójką chłopców, których samotnie wychowuje. W sumie niewiele osób, ale atmosfera jest przyjemna. Z nieukrywaną satysfakcją odbieram słowa uznania. Cierpliwie wyjaśniam, dlaczego nie wybrałem najkrótszej trasy. Mężczyźni leniwie sączą przy palenisku piwo, rozmawiając o błahych sprawach. Dzieci przemieszczają się to tu, to tam, kobiety przygotowują w kuchni posiłek. Ja dzielę czas między mężczyznami i kobietami. Do świata dzieci się nie wtrącam. W pewnej chwili oddalam się na chwilę w stronę zarośli i doświadczam głębokiej ciszy. Tak głębokiej, że aż masywnej, gęstej, niemal zmierzalnej jednostką miary w układzie SI. Szkoda jeszcze, że niebo przesłonięte jest chmurami, zapewne widok rozgwieżdżonego dopełniłby wrażenia. Swoją drogą czekam na sposobność ponownego spojrzenia na Drogę Mleczną, która stąd prezentuje się znacznie bardziej okazale: Na Północy widzimy jedynie jej niewielki fragmencik z widzialnego z Ziemi spektrum. Wreszcie wspólna kolacja. Wszystko jest pyszne i smakuje doskonale. HAKEA
PORANNY SPACER Następny dzień wita nas słońcem. Z izby, w której spaliśmy, roztacza się piękny widok na dolinę. Słoneczny, wilgotny poranek zachęca do spaceru, zresztą nie miałem jeszcze okazji zobaczyć Dave'a farmy. O powierzchni około 10 hektarów, obejmuje połowę doliny. Granica z sąsiadem z jednej strony przebiega jej dnem wzdłuż potoku, którego wartka woda wpływa do meandrującej między wzgórzami, szeroko rozlanej rzeki. Ta z kolei wpływa do zatoki zasilanej już wodą z oceanu, co oznacza, że pływy oceaniczne mają absolutny wpływ na poziom wody w rzece. Podczas przypływu jej przełom w kształcie litery U wypełnia się cofającą wodą do wysokości/głębokości 2-3 metrów (można się wówczas kąpać), zaś odpływ całkowicie odsłania dno przełomu. "Prawdziwa" rzeka wije się wówczas wśród odsłoniętych piasków. Na wyniesieniu doliny znajdują się budynki mieszkalne i gospodarcze, ale mimo wałęsających się owiec, farma w ogóle nie przypomina farmy w dosłownym rozumieniu. Budynki to raczej hacjendy, może altany dość prowizorycznie wyglądające, choć z pewnością wystarczająco solidne, jak na tutejszy klimat. Polskiej zimy i złodziei na pewno by nie przetrwały. Owiec nie spędza się na noc, nikt ich nie doi na oscypki, więc żyją sobie swoim życiem. Do sąsiada nie pójdą, bo cały teren jest ogrodzony. To piękny zakątek. Gdy reszta ekipy, łącznie z Adasiem, zjeżdża z dół pojazdem będącym skrzyżowaniem meleksa z quadem, Lila, Ignacy i ja schodzimy trawiastą dróżką przepięknym, pachnącym młodymi kwiatami i wilgotną ściółką gajem endemicznych drzew manuka. Ścieżka prowadzi nas aż do rzeki, przy której na niewielkiej polance znajduje się miejsce biwakowe z paleniskiem. Idealny zakątek do rozbicia namiotu w przyszłości. Ze skarpy podziwiamy zakole rzeki. Gdyby było lato, pewnie żałowałbym, że akurat jest odpływ.
Droga powrotna wiedzie tym razem grzbietem doliny, mamy więc możliwość podziwiania wspaniałego przełomu rzeki otwierającego się na zatokę niczym kieliszek do szampana. Szkoda, że akurat w tym momencie rozładowuje się bateria w aparacie. ZATOKA KAWHIA Po śniadaniu opuszczamy Dave'a, Dianne oraz Craiga z dwójką chłopców i udajemy się na południe w kierunku niewielkiej osady rybackiej o dźwięcznej nazwie Kawhia, leżącej na półwyspie powstałym w efekcie wcięcia się w głąb lądu dwóch zatok. Szutrowa droga zapewnia nam niesamowite widoki nie tylko ze względu na malownicze góry i pagórki, ale także fakt, że częściowo wiedzie wzdłuż północnej zatoki.
A że akurat jest odpływ, cała jej ogromna, otoczona wzgórzami, płaska jak stół przestrzeń odsłania piaszczyste dno, gdzieniegdzie tylko porysowane szukającymi oceanu rzekami i rzeczkami. Miejscowość znana jest głównie z dość niezwykłej plaży, na której można się wytaplać we własnym, gorącym źródle. Trzeba tylko być tam nie wcześniej niż dwie godziny przed odpływem i mieć swoją łopatę. Nie łopatkę, tylko łopatę, bo dziura w piasku musi mieć średnicę ok 2 metrów i być odpowiednio głęboka. Jej wypełnienie ciepłą, śmierdzącą zgniłymi jajkami wodą też trochę trwa. My nie mamy ani czasu, ani łopaty, jesteśmy też o niewłaściwej porze - w czasie odpływu. Wystarczy nam do szczęścia rozległa, czarna plaża uwieńczona pięknymi czarnymi wydmami. MIASTECZKO Wracamy do Kawhia, parkujemy auto przy przystani, z której wyluzowani, krzykliwi Maorysi łowią ryby. Obok znajduje się niewielki park z placem zabaw dla dzieci oraz rampą dla skate'ów, z której nikt chyba nigdy nie korzystał. W parku maoryska młodzież głośno słucha muzyki reggae, część gra w mini rugby. Czuję się dziwnie: trochę jak intruz albo raczej jak turysta w osadzie indiańskiej. Z drugiej strony miejsce zaskakuje swym urokiem: przyjaźni mieszkańcy zachowują się naturalnie, krzykliwe dzieciaki biegają wokół, nie ma turystów. W pobliskiej restauracyjce zamawiamy fish'n'chips, które pochłaniamy na ławce w parku. Tym razem wreszcie frytki smakują jak frytki, a ciasto-panierka do ryby ma należyty smak. Potem jeszcze kawa, lody i w drogę. NA POŻEGNANIE W drodze powrotnej skręcamy jeszcze w boczną drogę, która prowadzi nas na drugą północną stronę
półwyspu. Asfalt wije się pośród wzgórz, a niskie słońce tworzy niesamowitą paletę cieni odcieni zieleni. Wreszcie po siedmiu kilometrach docieramy do niezamieszkałej na stałe osady Aotea, składającej wyłącznie z domów letniskowych. Z tablicy informacyjnej przy parkingu dowiadujemy się, że do ujścia zatoki wytyczony jest półtorakilometrowy szlak pieszy, z którego oczywiście korzystamy. Wygodna ścieżka prowadzi grzbietem wydmy: po lewej stronie mamy dojrzewający las sosnowy, którego zapach przypomina polskie lasy sosnowe, po prawej zaś plażę z żółtym piaskiem, co dla mnie jest nowością w NZ. Szlak kończy się w miejscu, w którym potężny klif przy wejściu do zatoki uniemożliwia dalszą wędrówkę. Chwila na plaży i czas na powrót. Rozpoczyna się spektakularny zachód słońca...
Kiedyś nastąpi ten dzień, kiedy osiądę; zacumuję na stałe, obsieję ogród, nauczę się naprawiać kosiarkę, wyposażę garaż w kompletny zestaw ulubionych narzędzi stolarskich i ślusarskich, być może wezmę nawet jakiś kredyt, auto młodsze niż dziesięcioletnie kupię, zaprenumeruję periodyk.
Być może.
Póki co jednak nadal dryfuję po karmicznych wodach życia, wypełniając dany mi czas zdarzeniami. Kiedy jednak odnajdę swoją przystań, do której zacumuję na dłużej, na tyle długo, żeby zabrudzić narzędzia stolarsko-ślusarskie równo poukładane w garażu oraz zabezpieczyć spłatę kredytu, nadal codziennie będę sprawdzał cumy, bresty i szpringi, aby zawsze nadawały się do zdjęcia z polera.
Zawsze gotowy do drogi.